Rozrywka

Kamera, monitor i powrót do przeszłości

Michał Rosiak Michał Rosiak
28 sierpnia 2026
Kamera, monitor i powrót do przeszłości

Czasem tak mam, że jak trafi do mnie gadżet to po chwili nie wyobrażam sobie bez niego życia. Do tego stopnia, że od razu go kupuję. Właśnie trafił mi się jeden z takich sprzętów.

A oprócz niego jeszcze urządzenie, którego nie potrzebujesz do momentu... gdy z niego skorzystasz oraz nostalgiczny powrót do przeszłości dziecka lat 80. Czyli mnie.

Logitech Brio 500. „Po co Ci kamera, przecież jest w laptopie!”

Nie pamiętam, od kiedy tak jest, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie czasów, gdy laptopy nie miały wbudowanej kamery. Od pandemii i pracy zdalnej to element obowiązkowy. Przez długi czas myślałem, że ta w laptopie mi wystarczy, aż do momentu, gdy wystąpiłem w podcaście Rozmowa Kontrolowana i zobaczyłem jak wyglądam po drugiej stronie wbudowanej w laptopa kamery. Koszmar.

Od tamtej pory wiedziałem, że nie tylko wśród gadżetów, ale po prostu urządzeń, z którymi codziennie pracuję, musi zagościć kamera. Gdy po raz pierwszy podpiąłem Logitech Brio 500 wiedziałem, że to jest to, czego szukałem.

Logitech Brio 500 to nie najnowsze urządzenie, ale fakt, że w cztery lata z okładem jego cena spadła nieznacznie dowodzi, że mamy do czynienia ze sprzętem, który w 100% spełnia oczekiwania. No i w sumie kamery internetowe nie ewoluują tak bardzo, by zmieniać je co roku. A co potrafi Brio 500?

Gdy miał premierę, testowałem bardziej rozbudowane urządzenie innego producenta. Teraz okazuje się, że Logitech Brio 500 dałby mi niemal to samo co wielki sprzęt dla średniej wielkości sal przy nieporównywalnie mniejszym - można rzec kieszonkowym - rozmiarze.

Brakuje mu tylko głośnika, ale bez przesady - laptopy też go mają i to akurat aspekt nie tak kluczowy jak prezentowany obraz. W pracy na otwartej przestrzeni korzystam z zestawu słuchawkowego, w domu jednak zdaję się na wbudowany mikrofon Brio 500, a ten - niezależnie od tego w którym miejscu mocuję kamerę, działa na tyle dobrze, że nikt nigdy nie miał uwag co do jakości głosu.

A jak wideo? 1080p to standard bardziej niż wystarczający nawet do wymagających spotkań (czy podcastów). Mnie w tym niepozornym urządzonku najbardziej spodobał się jednak fakt dynamicznego zoomu. Gdy wstaję od komputera – plan zmienia się na szerszy i śledzi mnie, by zbliżyć twarz dopiero gdy się zatrzymam. Co więcej – gdy w trakcie spotkania ktoś podejdzie do mojego komputera, kamera wyczuje dynamiczny ruch i przesunie się na tę osobę.

Problemy ze wspominanego podcastu? Bez szans. Wtedy wyglądałem jak w niedoświetlonej norze – Logitech Brio 500 dostosowuje jasność obrazu do stanu co najmniej przyzwoitego (testowane w tym samym miejscu – jakość nieporównywalnie lepsza.

Jasność, poziom zbliżenia i kąt widzenia kamery (do 90 st.), ale także HDR, balans bieli, czy sporo innych szczegółów możemy ustawiać z poziomu aplikacji Logi Tune. Kamera jest certyfikowana do pracy z najpopularniejszymi platformami wideokonferencji. Sprawdzałem na Teamsach i Google Meets – działa jak trzeba. Dysponuje oczywiście fizyczną przesłoną obiektywu, a do komputera podłączamy ją za pomocą stałego kabla USB-C (działa też przez huba). Gdy obrócisz kamerę pionowo w dół – włączy się tryb Show Mode, dzięki któremu możesz prezentować obecnym na spotkaniu rysunki. Takie analogowe, na kartce. Brio 500 – gdzie byłeś, jak Cię najbardziej potrzebowałem?

W naszym sklepie urządzenia Logitech znajdziesz przede wszystkim w ofercie dla MŚP, zaś profesjonalne rozwiązania – w ofercie dla dużych firm.

Samsung Odyssey OLED G8 UWQHD G85SD. Radość z grania na pececie.

Jeszcze niedawno nie pamiętałem, kiedy ostatnio grałem na komputerze. Mam w domu konsolę, na niej Maddena, Minecrafta i EA FC, no i przede wszystkim duży telewizor. Nie ma niczego co sprawiłoby, żeby miał ochotę wrócić do peceta!

No to Samsung potrzymał mi... No sami wiecie co.

Zawsze byłem ciekaw, jakby mi się pracowało na monitorze w formacie 21:9, więc gdy pojawiła się możliwość przetestowania Samsunga Odyssey OLED G8 UWQHD G85SD, z radością jej przyklasnąłem. Wyjąłem sprzęt z pudła, złożyłem (chwila roboty, wkręcenie czterech śrub i wpięcie monitora w stopkę z wyraźnym, budzącym zaufanie kliknięciem) i...

Matko, jaki on jest wielki!

Tzn. wielki w porównaniu do mojej dotychczasowej 24” w standardowym formacie. Monitor 21:9 to tak jakby postawić koło siebie dwie 24-ki. Jasne, przestrzeń robocza w tej drugiej konfiguracji jest nieco większa, ale w przypadku G8 UWQHD mamy: pojedynczy szeroki ekran o ciągłej powierzchni, no i AMOLEDA z jakością ekranu do jakiej nie zbliżą się monitory biurowe i jakiej ja na tego typu sprzętach jeszcze nigdy nie doświadczyłem.

Krótko o pracy biurowej. W Miasteczku Orange pracuję na zestawie trzech ekranów: lewy monitor 23,8” ustawiony pionowo, w środku laptop, z prawej 23,8” poziomo. Gdy na home office zamiast dwóch monitorów miałem Samsunga, mimo ciut mniejszej powierzchni roboczej nie czułem, że brakuje mi miejsca. Już po kwadransie wiedziałem, że pracując w domu nie wrócę do starej konfiguracji – wygoda związana z szerokim formatem jest nie do zastąpienia. Fakt, iż mamy do czynienia z monitorem zakrzywionym ani trochę mi nie przeszkadzał. Ale nie oszukujmy się - nie po to go brałem. 34” szerokiego ekranu 21:9 AMOLED z rozdzielczością UWQHD (3440x1440), odświeżaniem 175 Hz i czasie reakcji 0,03 ms pokazuje pazura w grach!

I pazur to jedno, ale połączenie formatu 21:9 z wygięciem monitora daje ka-pi-tal-ną immersję. Gdy odpaliłem WRC 9 z kamerą na masce auta czułem się jakbym po kilku dekadach wrócił do rajdówki, ale tym razem na fotel kierowcy. Autentycznie – gdy dojeżdżałem na metę odcinka specjalnego musiałem się „mentalnie otrząsnąć”, by zdać sobie sprawę, że siedzę we własnym domu. Z innych klimatów: odpaliłem Detroit: Become Human. Gra bardzo specyficzna, psychologiczna, sprawiająca, że mocno wczuwamy się w losy postaci, którą gramy. Do tego mroczne klimaty miasta przyszłości, pełne czerni w nocy i w zapuszczonych zaułkach, czy budynkach. Na ekranie laptopa pewnie bym odpuścił po jednym poziomie. Ale na G-ósemce? Tutaj wygięcie monitora wręcz „wrzucało” mnie w centrum akcji, a poziom szczegółów i obłędne Amoledowe czernie sprawiały, że nie chciało się przerywać.

No i filmy/seriale. Ich byłem bardzo ciekaw, bowiem 21:9 to standardowy format kinowy, jednocześnie natywny dla większości produkcji jednego z dostawcy usług streamingowych. I muszę przyznać, że oglądanie serialu bez pasków na górze jest bardzo przyjemne, a większa powierzchnia ekranu sprawiała, że czułem jakbym faktycznie widział więcej. Swoje robiły też wbudowane w monitor – a to nie zdarza się często – dobrej jakości głośniki. Co ciekawe, Samsung G85SD może pełnić rolę domowego telewizora, a po przełączeniu w ten tryb działa pod kontrolą systemu Tizen. Do tego jednak niezbędny jest uniwersalny pilot Samsunga – w innym przypadku próba przełączenia czegokolwiek, czy zalogowania się, wywoła co najwyżej frustrację.

W naszym sklepie monitorów Samsunga co prawda nie znajdziesz, ale telewizorów i soundbarów mamy spory wybór. A ja – cóż – w dniu, gdy G85SD wracał do Samsunga, odbierałem mój nowy monitor 21:9. Innej firmy, w niższym budżecie – ale jak ktoś raz skorzysta z tak szerokiego ekranu to nie wróci do tego, co kiedyś wydawało się standardem. Napiszę o nim w którymś z kolejnych odcinków.

The Spectrum White. Biały kruk, na którego czekaliśmy 43 lata

Sinclair ZX Spectrum. Pierwsze urządzenie, określone mianem komputera osobistego, które obecnie możliwościami „zjada” pierwszy lepszy smartwatch. Kiedyś opisywaliśmy go wspólnie z Bartkiem, ale teraz w moje ręce trafił egzemplarz wyjątkowy.

ZX Spectrum było czarne, co widać w cytowanym materiale. Skąd zatem biały – nomen omen – kruk? Początkowo planowano wydać serię w śnieżnej bieli w grudniu 1983 na cześć wyprodukowania i sprzedania milionowego egzemplarza „Spektrumny” w zaledwie 20 miesięcy od jej rynkowej premiery! Ostatecznie nic z tego nie wyszło, a jedyny w historii biały ZX Spectrum trafił to twórcy tego legendarnego urządzenia, Sir Clive’a Sinclaira. Ale czy aby na pewno jedyny?

Już nie! Plaion Polska odpowiedzialny za przywrócenie do życia najwspanialszego urządzenia mojego dzieciństwa zdecydował się na wydanie tej wyjątkowej, białej edycji. Czy różni się czymkolwiek od „czarnego”? Cóż, to... nie miałoby sensu. To wciąż zabawka emulująca ten sam sprzęt sprzed przeszło 40 lat. Chociaż nie, czekajcie! Jest coś nowego!

Bartek półtora roku temu narzekał, że nie potrafi się przemóc i grać na gumowej klawiaturze z nieintuicyjnym (dla niego) układem kursorów. Dla takich marudów w The White dodano... joystick! Ale żeby nie było – nie nowoczesny, dokładny, z perfekcyjnym responsem. W życiu! Jaki – ehkmmm – komputer, taki joystick. Nieco toporny, robiący wrażenie, że przy bardziej zdecydowanym ruchu rączka zostanie w dłoni gracza (a uwierzcie mi – wiem, o czym mówię!), z odczuwalnym input lagiem i wielkimi, topornymi czerwonymi przyciskami. Jako człowiek który wychował się na Spektrusiu mogę powiedzieć tylko, że właśnie czegoś takiego oczekiwałem! To nie ma być perfekcyjna konsola do gier. To ma być sprzęt oddający totalnie vibe pierwszego kompa, który trafił pod strzechy. Dla gościa z pokolenia X – nostalgiczny powrót do dzieciństwa. Dla Zetki – albo dowiedzenie jak wyglądały „konsole naszych czasów” bądź pokazanie jak dużo zyskali, że nie muszą już na tym grać.

A gra się… no kurczę pięknie się gra! 48 preinstalowanych gier to tylko początek. Emu-scena ZX Spectrum jest ogromna, a 5 minut poszukiwań wystarczy do znalezienia setek mniej lub bardziej popularnych gier w formatach, które The Spectrum White (i czarny też) odczyta. Wtedy można je wrzucić na dołączanego do The White pendrive’a (stylizowanego na ówczesny czytnik nośników zewnętrznych, Microdrive) i hulaj dusza, przenosisz się w czasie! Nie to, że jednym kliknięciem – gry na Spectruma potrafiły się wgrywać z magnetofonu kilka minut i w przypadku jednego z formatów zapisanych plików to też się emuluje!

No i samo granie… Saboteur w wersji remasterd, Attic Attack, Manic Miner, legendarny tekstowy Hobbit, The Great Escape (gra bazująca na prawdziwej ucieczce alianckich lotników ze Stalagu Luft III w Żaganiu!), czy The Way of the Exploding Fist to tylko kilka przykładów, które gościom w moim wieku momentalnie przypominają dzieciństwo! Jakby co to polecam włączenie emulacji kineskopowego telewizora – jak Spectrum to Spectrum!

A dla największych hardkorów – możecie nawet poprogramować w Basicu! Czasu nie da się cofnąć. Ale jeśli chodzi o przywracanie wspomnień – The Spectrum White absolutnie daje radę.

Scroll to Top