Rozrywka

Znamy wszystkie gwiazdy tegorocznego OWF –u

Aleksandra Urbańska Aleksandra Urbańska
09 maja 2013
Znamy wszystkie gwiazdy tegorocznego OWF –u

Szykuje się nie lada gratka dla fanów rapu. Dla miłośników tego nurtu muzycznego mam dobrą wiadomość bo na scenie Orange Warsaw Festival wystąpi brytyjski raper Tinie Tempah. To kolejny, obok Basement Jaxx, sub-headliner pierwszego dnia OWF-u.

9c5271bb22e470f8bfc56f3aa17530facea

Tinie Tempah zaczął rapować w wieku 11 lat i szybko usłyszał o nim świat, już kiedy miał 18 lat. Wszystko to za sprawą  piosenki „Wifey”, która 2006 roku przez 10 tygodni utrzymywała się na szczycie listy przebojów Channel U. Jego debiutancki singiel „Pass Out” wyniósł go na pierwsze miejsca hiphopowych zestawień muzycznych. Utwór z dnia na dzień trafiał do europejskich rozgłośni radiowych, by po kilku miesiącach stać się hitem Nowej Zelandii.

Debiutancki album artysty „Disc –Overy”, wydany w 2010 r., promują single „Pass Out” , „Frisky” i „Writen In Stars. Ten ostatni opowiada o obecnych i przyszłych ambicjach Tiniego. Posłuchajcie tej nuty poniżej.

Tinie jest pierwszym brytyjskim raperem, który sprzedał ponad milion singli w Stanach Zjednoczonych. Ma na swoim koncie wynik 1.3 miliona sprzedanych egzemplarzy albumu Disc –Over ,12 zdobytych nagród (w tym dwie BRITS, trzy MOBO, Ivor Novelo i BetAward) i występy u boku m.in. Jaya –Z, Rihanny i Mr. Hudson.. Do tych wyróżnień dołączył jeszcze tytuł –„najbardziej stylowego mężczyzny 2012 r.” nadany mu przez magazyn „GQ”, określany męskim odpowiednikiem „Vogue’a” – news bardziej dla Pań ;-)

Muzyk zawojował już Wyspy, odniósł sukces w Stanach, Nowej Zelandii, a teraz próbuje swoich sił także u nas. Uda mu się? Znacie jego kawałki? Będziecie rapować razem z Nim podczas OWF? Jestem ciekawa waszych komentarzy.

Tinie Tempah zamyka tegoroczny line -up.

Więcej informacji znajdziecie na stronie WWW, profilu na fb i oficjalnej stronie Tinie Tempah


Bezpieczeństwo

Świat ufa naszej kryptografii

Michał Rosiak Michał Rosiak
09 maja 2013
Świat ufa naszej kryptografii

Zaufanie... Niektórzy w dzisiejszych czasach, stojących pod znakiem wszechobecnej pogoni za pieniądzem, uważają je wyłącznie za przereklamowane hasło. Są jednak dziedziny, w których niezmiennie pozostaje kluczowe – np. kryptografia, oparta na Infrastrukturze  Klucza Publicznego (PKI).

O ile na poziomie korespondencji prywatnej weryfikacja nadawcy wiadomości nie stanowi wielkiego problemu (zawsze przecież można zadzwonić), o tyle już w firmach – a szczególnie w dużych korporacjach, jak choćby Orange Polska – nie jest tak łatwo, podczas, gdy przy wadze przesyłanych informacji przydałoby się mieć pewność co do osoby nadawcy... Wtedy na pomoc przychodzą właśnie rozwiązania PKI.

O naszej Bezpiecznej Poczcie pisaliśmy już na łamach Bloga Technologicznego (tutaj i tutaj). W skrócie, pomijając kwestie stricte kryptograficzne, można powiedzieć, że PKI (nie tylko używane u nas, ale w ogóle) opiera się na zaufaniu. Na poziomie firmy lokalne Centrum Certyfikacji (nazywane z angielska Certificate Authority, CA) swoją renomą gwarantuje, że posiadacz certyfikatu jest osobą zaufaną, czyli mówiąc po ludzku, że maila podpisanego przeze mnie w ramach naszej sieci korporacyjnej faktycznie wysłał Michał Rosiak. CA gwarantuje, że dane w certyfikacie są według jego wiedzy prawdziwe i zostały sprawdzone zgodnie ze znaną (tzn. opublikowaną) procedurą weryfikacji. Rozwiązania kryptograficzne nie pozwalają nam podrobienie i/lub zmianę zawartości certyfikatu, zaś budowa urządzenia do składania podpisu cyfrowego (w naszym przypadku jest to podobny do pendrive'a token USB) nie pozwala na "wyciągnięcie" prywatnych danych użytkownika i przeniesienie ich np. na token cyber-przestępcy.

Funkcjonujące w strukturach Orange Polska Centrum Certyfikacji Signet poszło o krok dalej. Nasze CA „zyskało zaufanie” organizacji WebTrust, dzięki czemu trafiło do wąskiego elitarnego grona centrów zaufanych w skali światowej. A to oznacza, iż nie ograniczamy się li tylko do poziomu sieci korporacyjnej Orange Polska, a certyfikaty wystawiane klientom komercyjnym są automatycznie uznawane za zaufane, niebawem znajdą się również m.in. w najpopularniejszych przeglądarkach internetowych.

Czy łatwo dostać się do takiego grona? Jeśli powiedzielibyście to komukolwiek z ekipy, związanej z Signetem, nie skończyłoby się to dla Was dobrze :) Niesłychanie szczegółowy i drobiazgowy audyt, przeprowadzany przez niezależną instytucję, który musimy przechodzić corocznie, to sporo bezsennych nocy i jeszcze więcej emocji. Duma z tego, że mamy usługę wiarygodną w skali całego globu jest tego jednak bez wątpienia warta.


Odpowiedzialny biznes

Most, który udźwignął prawdę

Marcin Dąbrowski Marcin Dąbrowski
08 maja 2013
Most, który udźwignął prawdę

Niektóre przeżycia muszą swoje przeleżeć w umyśle, by można było zamienić je na słowa. Oto refleksje po weekendzie, któremu towarzyszył mecz z Ukrainą i  Półmaraton Warszawski. Oba wydarzenia połączył most, który w ciągu trzech dni nie zawalił się pod naciskiem ludzkich łez. Tych cierpkich i tych radosnych. A miał do tego prawo.

ff1084bad7385355cdc983d1640ae466c38

Most. Most, a na nim tłum wściekłych ludzi, przemarzniętych, wyciszonych. Słychać tylko stukot butów, spokojne rozmowy. Wszyscy idą w nieproporcjonalnie szybkim tempie. Wiele osób po prostu biegnie. Mróz przedziera się przez najgrubsze swetry, żądli najprecyzyjniej utkane skarpety. Kurtka sprawdza się najwyżej kilka minut, bo zimno znajduje szczeliny, przelewa się górą, aż w końcu napiera z taką siłą, że zaporę zupełnie obala. Bronisz się, ruszasz, skaczesz, tańczysz, wiercisz. I nic. Tak było. Teraz, po przetrwaniu tego wszystkiego, po prostu idziesz niezrozumiałą siłą woli. Ze ściśniętym gardłem. Z niedowierzaniem. Most nie chce się skończyć. Musi z pokorą słuchać ciszy. Jeden do trzech. Zadaję sobie pytanie, czy kiedykolwiek zmarzłem bardziej. Kompletnie nieświadomy tego, że dwa dni później moje ciało doświadczy zimna dwukrotnie brutalniejszego.

Ten sam most, który był świadkiem wielkiego upokorzenia, który musiał unieść ściśnięte masy żalu i pytań bez odpowiedzi, teraz drga z radości. Dziesięć tysięcy ludzi. Wielu ubranych od stóp do głów, choć znajdują się śmiałkowie w krótkich spodenkach i bez czapki. Jednym z wolontariuszy jest chłopiec, który sięga mi do kolan. Bierze ode mnie plecak i spory worek, układa w rządku, systemem jakimś. Wioska dla biegaczy przypomina trochę scenę ze strategicznej gry komputerowej. Namioty porozstawiane w szeregu pełnią wszystkie ważne funkcje - poją, przechowują, informują. Niestety, nie gwarantują ciepła.

Półmaraton w miesiąc

Pamiętam dzień, gdy siedziałem przed telewizorem w czymś tam i bez sensu. Jakiś kanał dwudziestoczterogodzinny donosił o rzeczach nieważnych, których absolutnie nie chciałem pamiętać. Ale wtedy to przemknęła przez ekran informacja o półmaratonie. Miesiąc został, się uparłem i wybiegłem z domu. Dlatego tylko dobiec chciałem, bez walki o czas i bez ścigania, co zwykłem robić, zresztą zupełnie nieroztropnie, na krótszych dystansach.

Zatrzymuję się, choć jeszcze nie zacząłem biec. Tak jak Polacy z Ukrainą - stracili bramkę, choć jeszcze nie zaczęli grać. Moja grupa po dwóch metrach obija się o mur kolejnych uczestników. Ruszamy z obu stron jezdni na moście - to jeszcze nie nasza kolej. Teraz start właściwy, z uśmiechem. To już nie jest niekończący się most, lecz most szczęśliwości. Kibice, transparenty, wspierający nas wolontariusze. – Panie Zbyszku, niech Pan biegnie! – krzyczy jeden z nich, bo Pan Zbyszek ma pod numerem imię. Tysiące ludzi, tak różnych, gdyby oceniać ich z zewnątrz, a jednak identycznych w swoim uporze. Kucyki wystają z otworów w czapkach kobiet, oddechy słychać nierównomierne o każdym znanym tonie. Jedni gonią Kenijczyków, inni biją rekordy życiowe.

Polacy śpią, my marzniemy, a ja próbuję odczytać myśli Fornalika nie z twarzy - tej nie widzę - lecz z włosów na głowie. Stoi na krawędzi strefy dla trenera, ale jego głowa nic nie wyraża. Czy głowa trenera na dwudziestostopniowym mrozie przy wyniku 0:2 nie powinna czegoś wyrażać? Tak, to moje myśli. Zgłupiałem z zimna. – Cicho tam! – mówi podniesionym głosem, bo nawet nie krzyczy, starszy pan na trybunach. Mówi tak w kierunku sektora Ukraińców, maleńkiego, a jednego zagłuszającego Narodowy. Później, gdy część ludzi wychodzi, ten sam mężczyzna krzyczy: - Ludzie, co z Was za kibice?! A oni zwyczajnie poszli sobie.

Trasa wiedzie przez Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście, ludzie przystają, spontanicznie podnoszą na duchu, choć pojęcia nie mają, kim jesteś. Robią zdjęcia. Nieudolnie próbują przejść na drugą stronę ulicy w tłumie. Jest ten facet, ubrany w głowę łosia czy jelenia, który wali w bęben i śpiewa coś, podskakując infantylnie. Ileż on dodał energii! Biegniesz i uśmiechasz się do świata. To jest atmosfera, którą chcesz wdychać. Nawet, gdy jesteś źle ubrany, gdy spocona bluzka przykleja się do ciała, żeby je oziębić i zadać pytanie, czy nie warto było jednak zmienić kanału.

Moja Ukraina

Warto, dla każdego uśmiechu wzdłuż trasy było warto. Po horyzont biegną ludzie. Odwracam się - nie widzę końca tego tłumu. Ależ to musi robić wrażenie z lotu ptaka. Taka chmara przeszczęśliwych wariatów. Zespół rozłożony na skrzyżowaniu, jakieś transparenty w oddali. Kolorowo. Zimno i pięknie. Nie biało. Na 15 kilometrze spotykam moją Ukrainę. To mój podbieg pod Alpe Cermis - Belwederska. Niektórzy pokonują ten odcinek drepcząc, ja zwalniam jedynie, pochylając się nieświadomie, czym utrudniam sobie oddychanie. Się udało. Ktoś krzyczy, że teraz będzie już tylko z górki. Jakoś tego nie odczuwam.

Wracam na most, biegnąc w kierunku przeciwnym do tego, w którym szedłem pospiesznie, roztrząsając w myślach porażkę z Ukrainą. Pewnie, mina z początku biegu - szeroki uśmiech - zmieniła mi się w nieco skwaszoną. Ale nie ma już w sercu żalu, nie ma goryczy i niedowierzania. Jest ból, ale inny taki, ciało krzyczy ze zmęczenia, a jednocześnie z radości śpiewa. Ten stukot finiszującego tłumu jest inny. Wszystkie łzy, które dwa dni wcześniej most gromadził mimowolnie, parują gdzieś. Nadmuchiwana konstrukcja przy mecie. Wpadam, ciasno, zakorkowało się, przez cały bieg zimno można było przetrwać, ale co teraz? Nie ma się stąd jak wydostać, wieje, szpile zimna maltretują ciało. Cierpliwość, w takim momencie, po dużym wysiłku, wzniecić niełatwo. Owijam się folią - chroni mnie od wiatru tak, jak chroniłby przed deszczem zamknięty parasol. Uczucie bezsilności, bo ogrodzenie sprawia, że nie możesz się stąd wydostać. Dobiegłem do mety, tak jak bym strzelił kontaktową bramkę, ale teraz już wiem, że nic nie zależy ode mnie. Być może przesadzę, bo zimno logikę zabiło, ale 10 minut w tej kolejce tkwiłem.

Przemarznięty widzę uśmiechniętą wolontariuszkę, zakłada mi na szyję medal. Taki sam dostał każdy z 10 tysięcy uczestników. Na mecie jestem siedem tysięcy „któryś”. Marnie? Miliony zostały w domu.

Most, który słyszy prawdę

Kiedy kompletnie nieświadomie, mechanicznie, instynktownie przebieram się pod foliowym namiotem, przypominam sobie przerwę w meczu na Narodowym, gdy ludzie przyklejali się do kaloryferów w łazienkach, aby tylko ukraść trochę ciepła na drugą połowę. Już w kurtce będąc, dygoczę w kolejce po gorącą herbatę. A most wciąż na to wszystko patrzy. Musiał udźwignąć rozczarowanie ponad 40 tysięcy ludzi, teraz powiew natchnienia dostał od 10 tysięcy biegaczy. Bilans jest więc ujemny.

Pobiegnijcie tam jeszcze dzisiaj i pomóżcie mu to wynagrodzić.

Scroll to Top