Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (29)

6 lipca 2019

Co w gadżetach piszczy (29)

Wracamy z gadżetami, tęskniliście? Dziś coś na sen, na czyste mieszkanie i… w sumie sam nie wiem na co. Fajny laptop po prostu 🙂

Bose SleepBuds – Najdroższe zatyczki do spania na świecie

Wielokrotnie mówiłem, chyba nawet na blogu przy testach opaski do spania, że gdybym był jednym ze smerfów, byłby to Śpioch. Dobra, ewentualnie Maruda, ale chyba bardziej śpioch. Stąd w moje ręce (czy raczej do moich uszu) musiały prędzej czy później trafić Bose Sleepbuds. Produkt, który w zasadzie… nie powinien powstać.

Wiem, wiem – nieźle się zaczyna 🙂 No ale sami powiedzcie, czy w sytuacji, gdy robi się topowe słuchawki z aktywną redukcją szumów, ma jakiś sens robienie zatyczek… bez tej funkcji? I z możliwości puszczenia w nich jedynie preinstalowanych dźwięków? Co więcej – wycenienie ich na niemal 1200 złotych? Z czysto biznesowo punktu widzenia ciężko mi to objąć rozumem.

W kwestii używania rzecz jasna nie ma się do czego przyczepić. Same zatyczki to mikroskopijne „pchełki”, które możemy umieścić w gumkach o trzech różnych rozmiarach. Są one wyprofilowane tak, by dzięki dodatkowemu zaczepianemu o małżowinę „haczykowi” nie wypaść z uszu nawet jeśli straszliwie się wiercimy (mnie jedna wypadła raz). A co potem? Instalujemy aplikację na smartfonie, uruchamiany jeden z predefiniowanych usypiających dźwięków (ja najbardziej lubię szum wodospadu), ustawiamy godzinę pobudki i dźwięk, który łagodnie wybudzi nas ze snu… i tyle.

To działa. Naprawdę śpię dobrze, mocno, a odczyty z mojego smartwatcha pokazują, że również efektywnie. Na pewno SleepBuds znajdą swoich amatorów, ale ja w tej cenie spodziewałbym się znacznie więcej.

Roomba 696 – Czysto, markowo i dostępnie

Moja babcia – chyba nawet pisałem o tym na blogu – określała kiedyś każdy odkurzacz mianem „elektroluks”. Tak to już jest, że rozwiązania niektórych firm stają się synonimami całej kategorii sprzętów. Zmieniły się czasy, zmieniły odkurzacze, a ja – po babci? 🙂 – na robota sprzątającego mówię po prostu „Roomba”.

W większości przypadków ta marka wywołuje błagalne rozmarzone spojrzenia na okrągły kształt odkurzacza, a następnie smutne zerkanie na widniejącą pod nim cenę. Tak, topowe sprzęty iRobot Roomba to nie są tanie rzeczy, ale kto powiedział, że zawsze trzeba brać to, co najdroższe?

Roomba 696 od trzech miesięcy regularnie sprząta moje 70-metrowe mieszkanie. Dobra, gwoli dokładności to regularnie sprząta salon i kuchnię, bo w pozostałych zaułkach mogłaby się pogubić i nie wrócić do stacji dokującej. Pytanie jednak, czy koniecznie musimy mieć odkurzacz, który narysuje sobie dokładną mapę wszystkich podłóg i optymalizując trasę odkurzy je szybciej niż my? Mnie i tak w trakcie dnia nie ma w domu, raz na tydzień/dwa mogę wyczyścić ręcznie pojemnik na brudy i co 7 dni „ręcznie” przestawiać „Hipacego” (jak ochrzciłem swoją Roombę) do innych pokojów. Bo to, że zapłacimy za niego poniżej 1/3 ceny najbardziej wypasionego modelu, powoduje, że staje się znacznie bardziej dostępny. A uwierzcie mi – to naprawdę ułatwia życie.

Huawei Matebook D14 – Cichy, skromny, niepokonany?

Przyznam się Wam do czegoś. Zapomniałem już czym jest prywatny laptop… Dobra, może nie do końca, bo zdarzało mi się czasami korzystać z Chromebooka, ale żeby taki zwykły, na Windowsie? Po co, skoro do grania mam konsolę, a do internetu smartfona albo tablet?

No ale jak dają do testowania to się nie narzeka, tylko bierze 🙂 A najpopularniejszy laptop w Polsce w ostatnim roku, Matebook D14 od Huaweia, nie jest czymś, czego nie chciałoby się w ręce wziąć. Zgrabna, aluminiowa, przypominająca Macbooka (hihi, tylko z pawiem zamiast jabłka) obudowa, niecałe 1,5 kilograma nie przeszkadzające zbytnio jako dodatkowy ładunek w plecaku.

Jak to działa? Nie byłem chyba nigdy PC hardcore userem (a już na pewno nie w erze post PC), mogę więc powiedzieć, że nie ma się do czego przyczepić. Internet i praca biurowa – błysk. Gry – też bez żadnych uwag, choć faktycznie w produkcje AAA nie grałem (od tego mam konsolę). Procesor Ryzen 5 karta graficzna Radeon Vega dają radę. Ekran? Cóż, filmy czasami oglądałem od razu na ekranie komputera, bo z lenistwa nie chciało mi się podpinać kabla HDMI do monitora. Nawet jeśli przewalczyłem lenia, wolałem, gdy dźwięk odtwarzał komputer. Głośniki stereo z certyfikacją Dolby Atmos niestety przebijają mój całkiem niezły domowy telewizor.

Ciężko mi wyobrazić sobie standardowe zastosowanie, któremu Matebook D14 nie dałby rady. A kupić możecie go w naszym sklepie 🙂

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (29)

Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (28)

2 marca 2019

Co w gadżetach piszczy (28)

Dawno nie było o gadżetach, pewnie zdążyliście zapomnieć, że taki cykl w ogóle na blogu był, co? No ale od zawsze zapowiadałem, że to będzie nieregularnik 🙂 Tematem dzisiejszego odcinka będzie coś, co brzydko z angielska określamy mianem „game winnera” (wybaczcie, ale określenie „wyróżnik konkurencyjny” wydaje mi się takie… zimne) – opiszę krótko trzy urządzenia, w których (przynajmniej) jedna cecha stawia je ponad konkurencją i czyni je wyjątkowymi. Jesteście ciekawi o czym mowa?

PocketBook Touch Lux 4 – Związek idealny

Lubię czytać. Czytam dużo, raz zdarzyło mi się nawet przekroczyć 60 książek w ciągu roku. Kiedyś, za czasów szkolno-licealnych, w bibliotekach czułem się bardziej jak gospodarz, niż gość, i do dziś zastanawiam się, jak mój kręgosłup przetrwał te wszystkie noszone w plecaku książki. Na szczęście teraz już nie musi – mamy czytniki e-booków 🙂

Jako, że dla mnie synonimem e-czytnika od zawsze jest Kindle, z radością położyłem ręce na sześciocalowym flagowcu (jest jeszcze „nadflagowy” czytnik 7,8”) pochodzącej ze Szwajcarii firmy PocketBook, modelu Touch Lux 4. Już na pierwszy rzut oka (czy też raczej wzięcie do ręki) wydaje się być wyraźnie lżejszy od amerykańskiej konkurencji. Ekrany w topowych czytnikach to w zasadzie taki sam standard, baterie działające tygodniami to też nic zaskakującego. Podświetlenie w PocketBooku robi dla mnie wrażenie bardziej inwazyjnego – trochę jakby rozpalić lampkę, a nie rozjarzyć kartki. Odniosłem wrażenie, że przy „przerzucaniu kartek” Touch Luxowi czasami zdarza się przez zauważalną chwilę zastanowić, ale jakoś przesadnie mnie to nie raziło. Jest jednak przynajmniej jedna – ale bardzo istotna – kwestia, w której szwajcarski sprzęt bije konkurencję na głowę…

…a jest nią korzystanie z Legimi. W „Netflixie dla książek”, jak czasami żartobliwie mówi się o abonamencie tej e-księgarni, Touch Lux 4 czuje się jak ryba w wodzie. Nie ma mowy o limitowaniu liczby książek na miesiąc, ich ręcznym ściąganiu, synchronizacji z aplikacją desktopową… Tu aplikacja księgarni po prostu jest na czytniku i z jej poziomu możemy ściągać kolejne książki. Samograj, związek idealny, gdybym korzystał ze wspomnianego abonamentu, bardzo by mnie taki zakup kusił. Game winner.

Huawei Watch GT Sport – To jego w ogóle trzeba ładować?

Eee tam ten Twój zegarek, Apple Watch i żaden inny! – mój brat spojrzawszy na testowany przeze mnie gadżet był jak zwykle monotematyczny.

Dobra, a na ile wystarcza bateria w tym Twoim? – zapytałem ze słodkim uśmiechem.

No jakbym chciał monitorować sen, to pewnie musiałbym go najpierw naładować

No właśnie, a ja o tym, że mój zegarek jest smart, przypominam sobie po 2-3 tygodniach, jak dostanę info, że zostało 10 procent baterii…

Game winner po raz drugi. Do Huaweia Watch GT (odmiany różnią się w zasadzie tylko paskami – skórzanymi i gumowymi) można się teoretycznie przyczepić w wielu kwestiach, widziałem na Youtubie sporo głosów krytyki i… zastanawiam się, dlaczego? Na początku też zaskoczył mnie fakt, że nie ma synchronizacji z Endomondo, jak praktycznie każdy fitnessowy zegarek. Po pierwszych biegach doszedłem do wniosku, że jest mi to kompletnie zbędne. Biegam dla siebie, a nie dla pokazania znajomym, a jak bardzo chcę się pochwalić trasą, zrobię screenshota z aplikacji i wyślę/opublikuję. Co więcej – dołączę do niego statystyki, rozbudowane do poziomu, który widziałem wyłącznie w wysokiej klasy profesjonalnych, trzykrotnie droższych urządzeniach. Nie doinstaluję aplikacji? Od aplikacji mam telefon, nic innego ponad wbudowane funkcje Watcha GT (dostępne po jednym wciśnięciu fizycznego przycisku) przez kilka miesięcy korzystania nie było mi potrzebne. Są nawet głosy, że jest zły, bo nie da się doinstalować nowych tarcz. Serio? 🙂

Nie zgadzam się z głosami, że w tańszym smartwatchu Huawei mamy tak naprawdę do czynienia z opaską fitnessową w okrągłej obudowie 🙂 Powiem wręcz, że przez pewien okres korzystałem z GT wspólnie z Watchem 2 i w każdej chwili wybiorę GT. Ze względu na przejrzystszy interfejs (Google Wear bierze chyba udział w konkursie na największe skomplikowanie nawigacji), szczegółowe statystyki aktywności sportowych, bardzo dokładną analizę snu i – last, but not least – baterię. No i cenę, ale tę możecie sami sprawdzić w naszym sklepie.

Honor View 20 – Z dziurą zamiast brwi

Notch… Grrr, kompletnie nie podobają mi się smartfony z upowszechnionym od premiery iPhone’a X wcięciem na kamerę i czujniki. No ale z drugiej strony przecież jeśli chcemy pogodzić funkcjonalność z estetyką to jakoś sobie trzeba z tym poradzić, prawda? Można np. zrobić dziurkę na przednią kamerę, a zanim zrobił to Samsung, na rynku pojawił się Honor View 20.

Pierwsze pytanie, które zadawał każdy, widząc mnie z V20 brzmiało: „A to nie przeszkadza?”. Totalnie nie. Nawet grając w moje ulubione PUBG, gdy po prostu ustawiałem telefon tak, by „oczko” (ukrywające 25-megapikselową kamerę do selfie) było w lewym dolnym rogu.  Wydajność? Kirin 980 to top mobilnych procesorów, do tego 8 GB RAMu i 256 GB (!!!) na nasze pliki. Do tego NFC (adieu, karty płatnicze!), wyjście słuchawkowe i błyskawicznie ładujący się (dedykowaną ładowarką) 4000 mAh bateria i 48-megapikselowy aparat ze wsparciem sztucznej inteligencji.

Honor od powstania marki kojarzył mi się z czymś, co można by określić mianem „taniego Huaweia”. Chińczycy już jakiś czas temu funkcjonalnie rozdzielili obie marki i mam wrażenie, że w Excelach u księgowych widać same korzyści. O ile ciężko powiedzieć o Honorze View 20, że jest tani (to wciąż niemal 3000 do wydania), ale ustawiwszy go obok flagowców czołówki jedyna różnica, którą widzimy, to właśnie cena. Niektórym może nie podobać się błyszcząca obudowa z mieniącym się pod górną warstwą szkła wzorem w kształcie litery V, inni nie lubią interfejsu użytkownika, znajdą się pewnie tacy, którzy wymagają jeszcze więcej od aparatu. Obiektywnie jednak patrząc, V20 absolutnie nie ma się czego wstydzić. A dziura zamiast tej brzydkiej brwi jest bardzo fajna. No i powoduje, że absolutnie nie czujemy, że przekątna zajmującego prawie całą bryłę telefonu ekranu mierzy aż 6,4 cala!

Mógłbym go używać na co dzień.

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (28)

Oferta

Mikołajki w nju mobile

6 grudnia 2018

Mikołajki w nju mobile

Pamiętaliście o wystawieniu buta? Znaleźliście w nim swój upominek? Jeśli nie, jeszcze nic straconego. Na Mikołajki nju mobile nie zwalnia tempa.

Choć nadal trwa promocja z przeniesieniem numeru, to żółty kolega zaprasza po kolejne prezenty. By je dostać, wystarczy być klientem sieci i polecić ją znajomemu. Jeśli kupi on plan nju podstawowy lub nju internetowy, bądź przeniesie swój numer do nju, to obaj zgarną taki sam zestaw nagród.

To pierwsza taka akcja w nju mobile. Zyskują obie strony: polecający i korzystający z tego polecenia, więc jeśli jesteście w nju lub chcecie zmienić swoją sieć to do dzieła. Do wygrania zestaw gadżetów: głośnik, smycz USB (ładuje telefony działające na iOS i na Androidzie), ring na smartfona oraz chustka marki „Buff”.

Jak się do tego zabrać przeczytacie w regulaminie promocji. W skrócie trzeba złożyć zamówienie przez WWW, zarejestrować je na stronie promocji podając jego numer i co ważne pamiętajcie o wpisaniu tam numeru telefonu klienta nju, który polecił Wam akcję. A potem noga na nogę i czekacie na prezenty 🙂

Udostępnij: Mikołajki w nju mobile

Urządzenia

Technologie przez lata – 10 lat Bloga

4 grudnia 2018

Technologie przez lata – 10 lat Bloga

„Rosiu, wybierz 5 najlepszych tekstów o technologiach, zlinkuj i coś o nich wspomnij” – Piotrek Domański postawił mnie przed nie lada wyzwaniem. 10 lat bloga, tysiące materiałów (dobra, nie wszystkie moje 😉 ), mnóstwo tematów, rozwój technologii… i co? I mam znaleźć jeden materiał na każde 2 lata bloga? Dlatego zrobiłem mu trochę na złość, ale ciii… 😉

Niezgrabne pierwsze kroki

Każdy kiedyś musiał zacząć, ale przyznam Wam szczerze, że gdy patrzę na moje wideo początki i test Samsunga Galaxy S5 (ktoś jeszcze pamięta ten telefon, może ktoś korzysta?) to nie wiem, czy wolę się śmiać, czy raczej włosy powinny mi stanąć dęba. Tak w ogóle to pierwszy był test Blackberry Z10, ale on był jeszcze w starym blogu, w jakimś dziwnym playerze i gdzieś go wcięło. Może to i dobrze? 🙂

Jak bardzo zmieniło się nasze blogowe wideo przez te lata, jak olbrzymią zmianę przeszedł nasz warsztat (i wzrosło moje doświadczenie) można zobaczyć na znacznie nowszym materiale wideo, z jednym z moich ulubionych telefonów w głównej roli (specjalnie linkuję Was najpierw do tekstu, każdy dodatkowy ruch na blogu jest dobry 😉 ).

Hity sprzed lat

Lubię zerkać w przeszłość i patrzeć jak przez te lata rozwijały się technologie. Co prawda po raz pierwszy zdecydowałem się podsumowywać rok w smartfonach zaledwie 4 lata temu, podobnie jak zacząć mój wyjątkowo nieregularny cykl „Co w gadżetach piszczy”, ale i tak ciekawie jest spojrzeć, czym się „jaraliśmy” zaledwie 4 lata temu.

A czasami – cóż, czasami zdarzało mi się pisać o technologiach… bez technologii. To chyba jeden z moich najbardziej udanych tekstów egzystencjalnych.

Nie jestem sam!

Najbardziej jednak w tym wszystkim chyba mnie cieszy, że od jakiegoś czasu nie jestem jedyną osobą, tworzącą na naszym blogu  materiały o technologiach. I nie chodzi mi wcale o Piotrka, bo informacje o tym, że coś wchodzi do sprzedaży, to nie technologie 😉 Poza tym on robi swoje świetne materiały o sieci, a o technologiach – tadaaaam! – Marta:

PS: Tak, umiem liczyć do pięciu. Może Piotrek nie zauważy 😉

Udostępnij: Technologie przez lata – 10 lat Bloga

Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (27)

8 września 2018

Co w gadżetach piszczy (27)

Stęskniliście się za tekstem o gadżetach? Właśnie zdałem sobie sprawę, że dawno nie było, a faktycznie miałem w rękach parę rzeczy wartych opisania. Dzisiaj więc najpierw – w dość niestandardowy sposób – posłuchamy muzyki, potem pooglądamy telewizję (też na urządzeniu dość specyficznym). A na koniec – cóż, nie mogłoby zabraknąć smartfona 🙂

Trekz Air – Słuchawki, do których nie potrzeba uszu

Na pomysł słuchawek AfterShokz Trekz Air wpadł na przełomie XVII i XIX wieku… Ludwig van Beethoven. Brzmi szaleńczo, ale to genialny kompozytor, radząc sobie z objawami głuchoty, jako pierwszy używał przewodnictwa kostnego. Trzymał w zębach kawałek metalu, który przewodził muzykę bezpośrednio do jego czaszki. Technologia w zasadzie się nie zmieniła, ale czasy tak, więc słuchanie muzyki bez użyciu uszu jest na szczęście znacznie wygodniejsze 🙂

Trekz Air ważą zaledwie 30 gramów, a biorąc pod uwagę, że nie wkładamy ich do uszu, łatwo zapomnieć, że w ogóle je mamy! Pozycjonowane są jako słuchawki dla sportowców, z czym nie sposób się nie zgodzić. Ja np. jadąc na rowerze nie słuchałem muzyki, bojąc się, że nie usłyszę np. klaksonu samochodu. Jeśli np. biegamy wieczorami w słabo oświetlonej okolicy, to właśnie zmysł słuchu może nas ostrzec przed zagrożeniem.

Jak to działa? W zasadzie idealnie. Jeśli odpowiednio ustawimy głośność, nie odetniemy się od tego, co dzieje się wokół, jednocześnie słuchając muzyki. Sam dźwięk po części słychać również z otworów w słuchawkach. Tego, iż kluczem są drgania przetworników dotykających kości, dowodzi fakt, iż przy zatkaniu uszu… wszystko słychać nieporównywalnie głośniej i wyraźniej! Co więcej, zamiast zakładać Trekz Air nad uszami możemy równie dobrze przytknąć je do… czoła 🙂 Oczywiście możemy przez nie również rozmawiać, a jakość dźwięku z dwóch mikrofonów moi rozmówcy oceniali najlepiej ze wszystkich dotychczas używanych przeze mnie bezprzewodowych słuchawek.

O wyjątkowo wysokiej jakości oczywiście nie ma mowy, ale to nigdy nie miał być sprzęt audiofilski. Ja od Trekz Air oczekiwałem dobrej jakości muzyki, nie odcięcia od otoczenia, wygody noszenia (bez ryzyka, że spadną podczas aktywności fizycznej) i odporności na pot, czy deszcz. I dokładnie to dostałem.

Ferguson FBOX ATV – Prawie jak Shield, ale lepszy

Urządzenia FBOX od znanej od lat głównie z satelitarnych tunerów polskiej marki Ferguson testuję od pierwszego modelu. Gdy jakiś czas temu w moje ręce trafił model ATV (to było już jakiś czas temu, przyznaję, że trochę się u mnie przeleżał) od samego podłączenia zobaczyłem jak olbrzymią zmianę przeszła seria FBOX. Od urządzenia, które działało z trudem, ale nie było dlań alternatywy (wtedy Smart TV były rzadkością) do sprzętu, który działa tak, że mógłby zawstydzić wiele telewizorów.

Kluczowa zmiana w porównaniu do poprzednich modeli to fakt, że ATV nie korzysta z klasycznego Androida, lecz z systemu Android TV. Różnica jest kosmiczna. W połączeniu z 64-bitowym procesorem dedykowanym do obsługi multimediów i szybką pamięcią DDR4 daje „user experience” na poziomie systemu wbudowanego w telewizor. Systemu, który obsłuży każdą treść, włącznie z coraz popularniejszymi i częściej spotykanymi produkcjami w jakości 4K i w trybie HDR, a także dźwięk Dolby Atmos 9.1.2 (słabsze oczywiście też 😉 ). Nie ma mowy o „krztuszeniu” się i przycinaniu. W sporej części pomaga w tym też charakterystyczny „kafelkowy” interfejs Android TV. Ekran telewizora z podłączonym FBOXem ATV przypomina mocno Nvidia Shield i… wcale nie „do złudzenia”. Przy próbie połączenia z urządzeniami zewnętrznymi ATV przedstawia się bowiem właśnie jako „Shield” 🙂 Sprzęt współpracuje oczywiście z dyskami zewnętrznymi. Dzięki gniazdu USB 3.0 bez problemu radzi sobie nawet z plikami wielkości kilku gigabajtów.

O ile większości użytkowników wystarczy to, co powyżej, warto zaznaczyć, że na FBOXie ATV obok Android TV możemy równolegle uruchomić… Linuxa. Po co? Choćby po to, by uruchomić na nim aplikację wyszukującą filmy, która je pobierze, serwer Plex uruchomiony na tym małym urządzonku wrzuci plik do konkretnego katalogu, a oprogramowanie klienckie pod Android TV – zindeksuje, pokaże i pozwoli na jego streamowanie. Kosmos. Oczywiście nie musimy ograniczać się do kwestii multimedialnych, również dobrze na podpiętym do FBOXa ATV dysku, czy włożonej doń karcie SD możemy hostować WordPressa, czy postawić serwer FTP.

No i – last, but not least – mówimy o sprzęcie, zgrabnym, małym, nowocześnie – a wręcz futurystycznie – wyglądającym, w kolorze idealnej czerni, którego nie wstyd postawić w salonie.

LG G7 Thinq – Po prostu… jest

„Na grzyba komu ten notch!?” – taka była moja pierwsza myśl, gdy wziąłem do ręki najnowszego flagowca LG. Moda na wycięcia na górze ekranu wciąż mnie zadziwia, ale nie ukrywam, że począwszy w zasadzie od G3 „ci drudzy” (choćby pod względem sprzedaży) Koreańczycy mają u mnie duży kredyt zaufania. Aparaty z najlepszym światłem, pierwsza (nieudana) próba z telefonem modułowym, wreszcie drugi, szerokokątny obiektyw, czy profesjonalny Quad DAC – LG zawsze próbowało „macać” rynek czymś nowym i intrygującym.

Jakby tak przemyśleć powyższe to chyba G7 Thinq jest… najspokojniejszym modelem LG od lat. Bryła bardzo podobna do G6, ponownie drugi szeroki (acz z mniejszym kątem) obiektyw, ponownie świetny przetwornik muzyczny, nawet to „Thinq” z nazwy było już choćby w V30. G7 Thinq to w zasadzie jego wielu poprzedników zebranych w jeden telefon, którego mimo, iż jest bardziej ewo- niż rewolucją nie oddawałem przez ponad dwa miesiące. W nim po prostu wszystko jest na swoim miejscu. Idealnie leży w ręku, mimo zmniejszenia kąta drugiego obiektywu pozwala na zmieszczenie na zdjęciu znacznie więcej, a po podłączeniu przewodowych słuchawek (głośnik niestety tylko mono :(, choć całkiem niezły) jakość dźwięku wyrywa z butów. Zawarte w nazwie „Thinq” – jeśli nie zapomnimy go włączyć – po chwili namysłu automatycznie ustawia nam parametry aparatu przy robieniu fotografii i faktycznie miałem wrażenie, że wtedy fotki wyglądały ładniej.

G7 Thinq to pierwszy telefon z dedykowanym przyciskiem do wirtualnego Asystenta Google. Nie asystenta w ogóle (właściciele koreańskiej konkurencji coś o tym wiedzą), tylko tego od producenta systemu, który niebawem będzie mówił po polsku. W zasadzie już mówi i – hmmm, powiedzmy, że w tym zakresie „doszły mnie wieści” – wychodzi mu to nadspodziewanie dobrze. W takiej sytuacji używanie bocznego przycisku w celu wywołania „nasłuchu” jest intuicyjne i znacząca ułatwia korzystanie z Asystenta.

Gdybyście mnie poprosili o wymienienie trzech cech, które powodują, że tak przypadł mi do gustu LG G7 Thinq, chyba nie dałbym rady ich wymienić. On po prostu… jest, zgrał się ze mną idealnie i z żalem go oddawałem. Jeśli sami chcecie sprawdzić, w czym tkwi magia G7 Thinq, znajdziecie go w naszym sklepie.

 

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (27)

Dodano do koszyka.

zamknij
informacje o cookies - Na naszej stronie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z orange.pl bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza,
że pliki cookies będą zamieszczane w Twoim urządzeniu. dowiedz się więcej