Oferta

Co w gadżetach piszczy (54)

Michał Rosiak Michał Rosiak
18 kwietnia 2026
Co w gadżetach piszczy (54)

Ale wstyd! Za niecały miesiąc minie rok od ostatniego odcinka mojego gadżetowego nieregularnika! A ponieważ publikuję tę serię od 12 lat, stanowczo muszę zmniejszyć te przerwy. Inaczej przed emeryturą nie dociągnę do setnego odcinka.

A póki co dzisiaj: słuchamy, sprzątamy i czytamy komiksy.

TCL NXTPaper 14. Tablet (nie tylko) do komiksów 

Podobno tablety są już passe. Skoro tak, to ja jestem niedobitkiem minionej epoki. Może to poniekąd z racji wieku? I to niekoniecznie ze względu na przyzwyczajenia (choć to też). Sytuacja jest znacznie prostsza. Po prostu wzrok powoduje, że lepiej mi zapoznawać się z treściami na większym ekranie. 

W przypadku TCL NXTPaper 14 nawet dużo większym, bowiem ta liczba w nazwie modeli nie pojawiła się przypadkiem. Większość ludzi, którzy pierwszy raz widzieli w moich rękach ten 14-calowy tablet, pytało: 

Ej, po co Ci przenośny monitor? 

Żarty żartami, ale faktycznie ekran urządzenia od TCL jest po prostu OG-ROM-NY. Dokładnie 14,3” przekłada się na rozmiary całego urządzenia 32x22 cm (i 7 mm grubości). Do tego masa bliższa (nieco, ale zawsze) kilograma niż jego połowy - 740g – czyni TCL NXTPaper urządzeniem co do którego określenie "przenośne” można traktować granicznie. 

I faktycznie przede wszystkim korzystałem z niego w domu i niekoniecznie do oglądania materiałów wideo. Choć faktycznie kolejnych odcinek serialu w zaciszu sypialni na tak dużym ekranie ogląda się nieporównywalnie lepiej, niż na telefonie. Nawet gdy ekranowi do perfekcji brakuje całkiem sporo, nadrabia rozmiarem. 

Clou programu w TCL NXTPaper to bowiem technologia jego ekranu. Nie jest ona "inną wersją e-papieru". Nie jest to komfort Kindle’a, jednak ekran NXTPaper sprawia, że czytanie na takim urządzeniu jest nieporównywalnie bliższe czytnikowi niż tabletowi i faktycznie mniej męczy oczy. Hardware’owy przełącznik umieszczony z boku pozwala przełączać tryby na "e-papier" i "kolorowy e-papier", co w połączeniu z wielowarstwową matową strukturą wyświetlacza, fizyczną redukcją niebieskiego światła i ograniczeniu migotania sprawia, że można się czuć jakbyśmy czytali na olbrzymim e-czytniku. Odpalenie na tym komiksu w pliku CBR? Kapitalne wrażenie. Jakbym się z przygodami Tytusa cofnął do dzieciństwa, z tą różnicą, że nie miałem w ręku wyświechtanego papieru wypożyczanego przez tysiące dzieciaków bibliotecznego egzemplarza. 

Tablety w naszym sklepie znajdziecie tutaj. Wśród nich TCL NXTPaper w wersji 11-calowej. Opisywany przeze mnie 14-calowy kolos w wersji Re (odnowiony) jest obecnie niedostępny, ale możecie sprawdzać, czy wróci.

Shokz OpenSwim Pro. Sala koncertowa pod wodą 

Przez lata, gdy testuję na łamach Bloga przeróżne gadżety, bardzo często wpadały mi w ręce słuchawki. Były to jednak modele over-ear, on-ear i moje ulubione dokanałowe. Takie jak te, które opiszę, wpadły mi w rę... – w sumie raczej na głowę – raz. W 2018 roku. I co ciekawe, były to poprzedniczki Shokz OpenSwim Pro! 

To bowiem rzadko spotykane na rynku słuchawki oparte o przewodnictwo kostne. Sprzęt, którego grupą docelową są teoretycznie – patrząc na nazwę – pływacy, ale praktycznie może on zainteresować każdego sportowca. Dzięki temu, że wykorzystują one mechanizm przewodnictwa kostnego możemy bowiem słuchać muzyki czy podcastów jednocześnie nie odcinając się od odgłosów z zewnątrz. Dlaczego to ważne? Ja np. (o tym jeszcze będzie dalej) biegam w przestrzeni miejskiej, wielu jeździ rowerami. W takiej sytuacji to czy/kiedy usłyszymy dźwięk świadczący o niebezpieczeństwie może zaważyć nad tym, czy dotrzemy do domu, czy na SOR. 

No ale zacznijmy od pływania. OpenSwim Pro to jedyny model Shokzów z wbudowanym odtwarzaczem MP3. Po co? Bo nawet gdybyśmy położyli telefon obok basenu, gdy schowamy głowę (i słuchawki) pod wodę, zerwie się połączenie Bluetooth. Ale gdy słuchamy „empetrójek” jest… dziwnie. Mega dziwnie wręcz. Jesteście sobie w stanie wyobrazić, że dźwięk staje się najczystszy, gdy… zanurzycie głowę pod wodę? Ba – w zestawie z Shokz OpenSwim Pro są nawet… zatyczki do uszu. Czystość dźwięku chwilami jest wręcz szokująca, bowiem woda odcina nas od wszelkich dystraktorów - czy to głosów innych pływaków, bulgotu jacuzzi, czy szumu kurtyn wodnych. 

Swoją drogą na basenie właśnie zaciekawiła mnie jedna rzecz, o którą ochoczo spytałem „współbaseniarek”. Tak – gdy odpaliłem muzykę i zanurzyłem się pod wodę, one, będąc w bezpośrednim pobliżu, też ją słyszały :) Tak więc, jeśli płyniesz i nagle ni stąd ni zowąd słyszysz Nightwisha – to mogę być ja. 

A jak w bieganiu i na rowerze? W moim przypadku to jedyne rozwiązanie do biegania, ponieważ nigdy nie biorę ze sobą telefonu. Jak dla mnie te słuchawki dają perfekcyjny balans między muzyką i bezpieczeństwem. To nie jest tak, że Shokz OpenSwim Pro są ciche jak grób i dźwięki z nich słyszysz tylko Ty. Nawet mimo tego, iż jako jedyny model Shokzów przewodzą wyłacznie przez kości, gdy środowisko jest w miarę ciche, stojący obok mogą usłyszeć czego słuchasz. Czyżby w tej sytuacji nasza głowa w pewnym sensie robiła za głośnik? 

Przede wszystkim jednak do aktywności sportowych na ulicy, gdzie istnieje ryzyko przecięcia drogi z pojazdem mechanicznym – nie ma lepszego sprzętu. Tak, da się pogodzić słuchanie muzyki i niewpadnięcie pod samochód. No i słuchawki, które owiniemy sobie wokół karku, zaczepimy o uszy i nie zgubimy – niezależnie od tego jak długi trening przed nami. Kusi mnie spróbowanie modelu OpenRun Pro 2, który łączy przewodnictwo kostne i powietrzne - może dam się przekonać, żeby pobiegać z telefonem? 

Duży wybór słuchawek na każdą głowę (i kieszeń) znajdziecie w Sklepie Orange

Laresar X11. Więcej niż wystarczający 

Raz na jakiś czas na te łamy trafiają odkurzacze. Nie zawsze takie, które da się połączyć z internetem, ale wychodzę z założenia, że gadżet to gadżet i jeśli ma przynajmniej wyświetlacz - to zasługuje na miejsce tutaj. Przy założeniu oczywiście, że jest albo wyjątkowo dobry albo totalnie... nieudany i trzeba Was przed nim ostrzec. Laresar X11 zdecydowanie mieści się w tej pierwszej kategorii. To mój kolejny impulsowy zakup, a nie urządzenie wzięte na testy. Co ciekawe – wcześniejszym był... odkurzacz (czy raczej robot), którego opisywałem w poprzednim odcinku.

Robot robotem, ale w każdym domu przydaje się zgrabny i lekki pionowy odkurzacz. Jak coś się wysypie, dziecko przyniesie z dworu pół piaskownicy, pył naniesie się na dywan... Startowanie robota nie ma sensu. 

Laresar X11 wpadł mi w oko podczas wyprzedaży na jednej z popularnych azjatyckich platform handlowych. W mediach społecznościowych co jakiś czas bombardowały mnie informacje jak to ten sprzęt wciąga (hehe) legendarną markę pionowych odkurzaczy za ułamek ceny. I jakoś tak mi się kliknęło, zapłaciło (poniżej 400 PLN), a po 3 dniach odebrałem paczkę. 

Nie porównam opisywanego sprzętu do legendarnej marki. Z prostego powodu – z tej drugiej nie miałem okazji korzystać. Laresar X11 zastąpił u mnie w domu “pionowca” znanej europejskiej marki i – podobnie jak z opisywanym rok temu Dreame – od pierwszego dnia wiem, że był to świetny zakup. Jeśli lubicie liczby: moc silnika 550W, siła ssania do 55 kPa. Nie mam pojęcia o co chodzi z tymi kilopaskalami, ale wiem, że w trzeci, najmocniejszy tryb przełączam mojego X11 od wielkiego dzwonu. Podstawowy starcza na większość (nieprzesadnie dużego) mieszkania, a level 2 odpalam na dywan. Chwila roboty i wszystkie brudy lądują w pojemniku. Nie to co u poprzednika, gdzie po wyłączeniu odkurzacza połowa tego co wciągnął wracała na podłogę... 

Wspomniany na wstępie wyświetlacz pełni rolę absolutnie podstawową - pokazuje włączony aktualnie tryb i poziom baterii. Gdy czytam recenzje Laresara X11 widzę, że jeśli ktokolwiek na coś narzeka to na pojemność ogniwa właśnie. Jak wspominałem moje mieszkanie nie jest przesadnie duże, więc nawet przy nominalnych 20 minutach w trybie max zdążyłbym je posprzątać ze trzy razy. Sama bateria ładuje się kilka godzin przy użyciu dołączonej do odkurzacza ładowarki (ech, marzyłoby się USB-C). No i warto też zaznaczyć, że X11 jest zaskakująco cichy. Może niekoniecznie w trybie najmocniejszym, ale mam wrażenie, że na poziomie 1 można by nim sprzątać nawet przy śpiącym niemowlaku. Czy jest lepszy od topowych odkurzaczy pionowych? Pewnie nie. Ale dla mnie jest więcej niż wystarczający za ułamek ich kosztów. Aaa, no i ma fajny myk - wkładkę aromatyczną. Mały sztywny pachnący wacik, który dodaje do sprzątania delikatny, nie walący po nosie chemią zapach.

Scroll to Top