;

Odpowiedzialny biznes

Czy Arsene Wenger już nie jest wielki? (0)

Marcin Dąbrowski

26 marca 2012

Czy Arsene Wenger już nie jest wielki?
0

Kiedy w trzeciej kolejce Arsenal poległ na Old Trafford 8:2, wydawało się, że to będzie kolejny nieudany sezon dla zespołu, który już od ośmiu lat nie zdobył żadnego trofeum. Gdy na początku lutego Kanonierzy rozbili 7:1 Blackburn, nadzieje kibiców odżyły. Zwłaszcza, że klub awansował do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Wtem przyszła kolejna klęska – 0:4 w Mediolanie. Trzy dni później Arsenal odpadł z Pucharu Anglii po porażce z Sunderlandem. Cały świat zagrzmiał, że nadszedł już czas Arsene’a Wengera. Nie po raz pierwszy pojawiły się głosy, że pod jego wodzą zespół już nigdy nie osiągnie znaczącego sukcesu. I właśnie wtedy, w najmniej spodziewanym momencie, stało się coś niebywałego.

Arsenal wygrał u siebie arcyważny mecz z Tottenhamem 5:2, rozprawił się z Liverpoolem i zagrał jeden z najpiękniejszych meczów w tym roku w Europie. W rewanżu z Milanem zobaczyliśmy wściekły pressing, błyskawiczną wymianę piłki, mądrze konstruowane akcje i niebywałą determinację w wykonaniu absolutnie każdego gracza Kanonierów. Zwycięstwo 3:0 dało awans Włochom, ale o grze Arsenalu, tym razem w samych superlatywach, znowu mówił cały świat. Po tym spotkaniu przyszły jeszcze zwycięstwa z Newcastle, Evertonem i Aston Villą. Wygrana w miniony weekend była już siódmą z kolei w lidze.

Aby było ciekawiej, od momentu gdy Harry Redknapp stał się głównym kandydatem na selekcjonera reprezentacji Anglii, Tottenham zaczął seryjnie tracić punkty. Do tego słaba forma Chelsea doprowadziła do zwolnienia Villasa-Boasa. Efekt? O mistrzostwo Anglii będą walczyć wyłącznie kluby z Manchesteru, ale na trzecim miejscu usadowił się Arsenal.

Krytycy stwierdzą, że Wenger może już z Arsenalem niczego nie wygrać. Że zawsze pod jego wodzą zespół będzie dryfował w okolicach podium, obijał się o fazę pucharową Champions League, karmił swoich fanów iluzją, że zalicza się do największych światowych potęg.

Zastanówmy się jednak, co w praktyce oznacza „potęga”. Gdy popatrzymy na najbardziej prestiżowe rozgrywki klubowe od momentu, gdy Wenger został trenerem Arsenalu, czyli od sezonu 1996/1997, w finale grało 15 drużyn. Od tego czasu zmiany na stanowisku trenera następowały w nich nieustannie: w Interze – 17, w Realu – 15, w Valencii i Milanie – 12, w Chelsea, Porto, Monaco i Bayerze – 11, w Bayernie, Borussii i Juventusie – 10, w Barcelonie – 8, w Liverpoolu – 5. Czy „potęgę” tworzy zatem permanentna rewolucja?

Tylko w Man Utd panuje nadal Alex Ferguson, i to nawet dłużej od Wengera, bo od 25 lat. Obaj udowadniają, że ciągłość pracy gwarantuje stałą obecność klubów na szczycie krajowych i europejskich rozgrywek. Francuz w ciągu 15 lat pracy z Arsenalem wywalczył 11 tytułów. Dla porównania Ferguson zdobył 37 trofeów, w tym dwukrotnie Puchar Mistrzów. Ale, ale… Uczynił to w odstępie 9 lat. To udowadnia, jak trudne jest zwycięstwo w tych rozgrywkach. Od 1997 roku tylko cztery kluby wygrały PM więcej niż raz: Barcelona i Real Madryt – po 3, a Milan i Man Utd – po 2.

Pamiętajmy jednak, jak potężne sumy wydaje się w tych klubach na transfery. Tymczasem Wenger słynie z kupowania piłkarzy za niewielkie kwoty, często nieznanych jeszcze szeroko w Europie, jak Patrick Vieira czy Robin van Persie. To on nie bał się stawiać na młokosów: Cesca Fabregasa, Theo Walcotta czy Wojtka Szczęsnego. Potrafił kupić Nicolasa Anelkę za 500 tysięcy funtów z PSG, by sprzedać go dwa lata później Realowi Madryt za 23,5 miliona (!) funtów. Dodajmy, że w czasie jego pracy Arsenal zbudował nowy stadion za 430 milionów funtów, przez co klub musiał ograniczać wydatki na transfery. Wenger jako jeden z nielicznych potrafi zachować zdrowy rozsądek w obliczu gigantycznych kwot, którymi szastają największe europejskie potęgi. Potrafi wypracowywać zysk na transferach, nie gwarantuje astronomicznych kwot kontraktów swoim zawodnikom. Dlatego oceniając jego pracę powinniśmy się zastanowić, czy sukces to zastrzyk gigantycznych środków, życie na kredyt, masowe transfery, błyskawiczne wyniki, czy raczej długofalowa praca z dala od długów, umiejętne wyszukiwanie i prowadzenie talentów i ciągłe utrzymywanie się w ścisłej europejskiej czołówce.

Udostępnij: Czy Arsene Wenger już nie jest wielki?
podaj nick
komentarz jest wymagany
Please prove you are human by selecting the Star. wybierz ikonę
proszę zaznaczyć zgodę

;

Odpowiedzialny biznes

Narcyz z Facebooka? (0)

Krzysztof Swidrak

26 marca 2012

Narcyz z Facebooka?
0

Dziś mam dla Was społecznościową ciekawostkę. Amerykańscy naukowcy twierdzą, że im więcej użytkownik Facebooka ma znajomych na portalu oraz częściej aktualizuje swój status, tym większe prawdopodobieństwo, że jest „społecznie destrukcyjnym” narcyzem.

Czasopismo „Personality and Individual Differences” opublikowało wynika badania, które na grupie 294 studentów w wieku od 18 do 65 lat, korzystających z Facebooka, przeprowadzili naukowcy z Western Illinois University. Analizowali dwa destrukcyjne elementy narcyzmu. Pierwszy, to potrzeba bycia w centrum uwagi (grandiose exhibitionism – GE) oraz drugi, czyli oczekiwanie szacunku ze strony innych osób, chęć manipulowania nimi i ich wykorzystywania (entitlement/exploitativeness – EE).

Okazało się, że im więcej znajomych na Facebooku, tym wyższy wynik na skali GE. A ponadto ci, którzy mieli wysokie wyniki na obu skalach, częściej akceptowali prośby o przyjęcie do grona znajomych całkowicie obcych osób. Wyniki pokazały również, że ci, u których stwierdzono wysoki poziom narcyzmu częściej aktualizują swój status na Facebooku.Jedni powiedzą, że naukowcy się nudzą i zawsze coś wymyślą. Inni pewnie przyznają im rację. A co Wy sądzicie o tych wynikach?

Udostępnij: Narcyz z Facebooka?
podaj nick
komentarz jest wymagany
Please prove you are human by selecting the Plane. wybierz ikonę
proszę zaznaczyć zgodę

;

Odpowiedzialny biznes

Ale że Dudka nie wzięli na mundial… (0)

Marcin Dąbrowski

23 marca 2012

Ale że Dudka nie wzięli na mundial…
0

Każdy z nas chętnie usiadłby z Franciszkiem Smudą przy kawie i udzielił mu kilku wskazówek. Właściwie każdy z nas zamieniłby się z nim rolami i samodzielnie wybrał kadrę na Euro 2012. Sam miałbym na to wielką ochotę. Zastanawiam się tylko, czym tak naprawdę my, kibice, kierujemy się przy wyborze piłkarzy i skąd czerpiemy inspirację dla własnej wizji pierwszej jedenastki reprezentacji Polski.

Jedna kolejka ekstraklasy to 8 meczów w ciągu 4 dni, rozgrywanych o różnych porach. Gdyby się uprzeć, możnaby obejrzeć w telewizji wszystkie transmisje na żywo. Poświęcilibyśmy na to 12 godzin. Możnaby się nawet pokusić o obejrzenie każdego dnia po jednym meczu bezpośrednio na stadionie. Wszak nawet największy telewizor ogranicza pole widzenia, nie oddaje w pełni, jak poszczególni gracze poruszają się po boisku, jak się ustawiają, jaki mają przegląd pola. Oglądając 4 mecze od poniedziałku do piątku z trybun, już po dwóch kolejkach moglibyśmy powiedzieć, że choć raz na własne oczy widzieliśmy wszystkich piłkarzy naszej ekstraklasy. Oczywiście z wyjątkiem rezerwowych.

Problemy zaczynają się z Polakami za granicą. Na najwyższym szczeblu rozgrywek w mocnych i średnich ligach europejskich mamy co najmniej kilkudziesięciu potencjalnych kadrowiczów. Niemcy, Francja, Anglia, Włochy, Holandia, Belgia, Turcja, Grecja, Rosja, Ukraina. Te kraje przede wszystkim powinny się znaleźć w orbicie naszych zainteresowań. Nawet gdybyśmy wzięli długi urlop, zarezerwowali z wielkim wyprzedzeniem całą serię biletów tanich linii lotniczych, zobaczenie wszystkich Polaków na własne oczy graniczyłoby z cudem.

Wyobraźmy sobie jednak, że nam się udało. Przez dwa miesiące lataliśmy po całej Europie, zwiedziliśmy dziesiątki stadionów i przyjrzeliśmy się uważnie z wysokości trybun wszystkim kandydatom do gry kadrze. Dodatkowo obejrzeliśmy setki transmisji i nagrań meczów. Czy teraz z czystym sumieniem możemy wyselekcjonować kadrę? Nie, co najwyżej możemy nieco zawęzić obszar zainteresowań, by rozpocząć kolejną serię podróży po Europie i wędrówek po kanałach tv – by kontrolować aktualną formę piłkarzy, którzy zapadli nam w pamięć.

Oczywiście nikt z nas nie może – choć z pewnością wielu miałoby ochotę – rzucić wszystkiego, by nie pominąć żadnego występu polskich graczy. Warto jednak dodać, że i tak mecze są naszą jedyną szansą na obejrzenie ich gry. Nie wiemy, jak się spisują na treningach, czy są zdrowi. Nie znamy ich problemów z życia prywatnego. Nie wiemy, jak radzą sobie ze stresem. Nie znamy wyników badań trenerów przygotowania motorycznego i fizycznego. Jednym słowem – nasze obserwacje są często bardzo pobieżne. Bazujemy na doniesieniach mediów, skrótach meczów, opiniach – w wielkim cudzysłowie – ekspertów.

Dlatego, gdy 2 maja usłyszymy szeroki, 26-osoby skład kadry na Euro 2012, pamiętajmy o tym, że sztab szkoleniowy podjął decyzję, rozważając znacznie więcej kryteriów niż my. Selekcjoner właśnie potwierdził, że możemy się spodziewać niespodzianek, zapowiadając powołanie Marcina Kamińskiego i Rafała Wolskiego. Ponieważ nie możemy być pewni, czy zdrowie pozwoli na grę Perquisowi i Głowackiemu, a forma Jeleniowi, Pawłowi Brożkowi czy Boenischowi, ostateczny skład z pewnością nas zaskoczy.

Udostępnij: Ale że Dudka nie wzięli na mundial…
podaj nick
komentarz jest wymagany
Please prove you are human by selecting the Key. wybierz ikonę
proszę zaznaczyć zgodę

Dodano do koszyka.

zamknij
informacje o cookies - Na naszej stronie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z orange.pl bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza,
że pliki cookies będą zamieszczane w Twoim urządzeniu. dowiedz się więcej