Znowu wyciekły do sieci. Mam wrażenie, że łatwiej i szybciej udałoby się wyliczyć co ładniejsze amerykańskie celebrytki, których zdjęcia NIE znalazły się jeszcze w internecie. Czasami się wręcz zastanawiam, czy to nie przemyślana zagrywka PR, ale nie o tym zamierzam pisać. Nawet nie o tym, by nie trzymać tak bardzo prywatnych treści w chmurze, gdzie nigdy nie będziemy mieć pewności, czy nie wpadną w łapy tych, którzy nie powinni ich dostać.
Ręka w górę, kto z Was już szukał w sieci tych zdjęć? Panowie (przede wszystkim) nie wstydźcie się :) Myślę, że ja, gdyby nie moje zboczenie zawodowe, też bym się może skusił (jasne, etyka, prywatność, ale na litość - wrzuciły je DO SIECI!). Ale doświadczenie (że o zdrowym rozsądku nie wspomnę) plus odrobina statystyki wskazują, że znacznie ponad 90% (stawiam wręcz na 95-98%) linków nie ma nic wspólnego ze skradzionymi fotografiami, a gdyby wrzucić je do serwisu URL Void (tutaj) to chyba wszystkie możliwe miejsca rozjaśniłyby się na czerwono.
Pamiętajcie - zawsze, gdy mamy do czynienia z wydarzeniem na skalę światową (a o takie w świecie zmierzającym do Web 3.0 nietrudno) cyber-przestępcy też o tym wiedzą. I zazwyczaj wiedzą, na jaką treść lada moment rzucą się rozochoceni internauci na tyle wcześnie, by zdążyć naszpikować ją wszelkimi możliwymi pułapkami. I choć dzięki temu moi koledzy i ja mamy pracę, wolelibyśmy, żebyście nie dawali się łapać na tak frajerskie numery.

Michał Rosiak