Bezpieczeństwo

RODO za 10 dni, czyli apogeum szaleństwa

15 maja 2018

RODO za 10 dni, czyli apogeum szaleństwa

RODO, czyli Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych. Jeśli jesteście przedsiębiorcami, ta nazwa najprawdopobniej spędza Wam sen z powiek. Cyberprzestępcy dobrze o tym wiedzą i zamierzają uszczknąć z Waszego niepokoju duże co nieco dla siebie.

„Certyfikat LTE”

Socjotechniczne sztuczki używane podczas phishingowych ataków w sieci grają na naszych podstawowych emocjach. Opierają się w znacznej większości na naszym strachu i/lub niewiedzy. Ja jestem – hmmm, inny niż większość społeczeństwa, ale jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy otrzymując SMSa o konieczności „zainstalowania certyfikatu LTE 5+” po prostu to zrobią. Media zarzucają nas mnóstwem nierzadko kompletnie niezrozumiałych informacji o RODO. Przedsiębiorców straszą, a zwykłych użytkowników uspokajają, że „ich dane będą teraz bezpieczniejsze”. W sumie przestępcom należą się brawa za spryt. W końcu jeśli coś ma być bezpieczniejsze, to certyfikat na pewno się przyda, prawda?

Będzie zalew phishingu „na RODO”?

Obawiam się, że ten sprytny atak, kierowany w użytkowników telefonów z systemem Android, to dopiero początek. Dlatego pamiętajcie, że jeśli jesteście zwykłymi użytkownikami internetu, jedyne do czego większość z Was zmusi RODO to ponowne potwierdzenie, że zgadzacie się na przetwarzanie Waszych danych we wszystkich miejscach, gdzie je kiedyś specjalnie lub nieopatrznie zostawiliście (ja np. traktuję to jako świetny pomysł na wypisanie się z niechcianych mailingów 😉 ).

Na pewno ze względu na RODO nie będziemy Wam wysyłać próśb o instalację mobilnej aplikacji, nie będziemy blokować Waszych połączeń i transmisji danych, nie będziemy limitować internetu, czy blokować kont mailowych. Pamiętajcie, by absolutnie nie instalować niczego z podejrzanych linków (a w przypadku Androida nie ruszać aplikacji spoza Sklepu Play), nie wchodzić na dziwne strony, nie podawać swoich danych wrażliwych jeśli nie jesteście pewni, że korzystacie z witryny operatora, nie odpowiadać na podejrzane maile (bo nie wszystko musi być tym, czym się wydaje), a jeśli macie wątpliwości co do prawdziwości treści – wyślijcie mail (jako załącznik) do CERT Orange Polska. Wtedy pomożecie też innym potencjalnym ofiarom.

Jak zawsze – nie dajcie się oszukać.

Udostępnij: RODO za 10 dni, czyli apogeum szaleństwa

Oferta

Mój FunBox w nowej odsłonie

8 marca 2018

Mój FunBox w nowej odsłonie

W ubiegłym tygodniu pisałem, że rozpoczynamy wymianę starych Liveboxów 1.0, na nowocześniejsze i bezpieczniejsze Liveboxy 2.0. To oznacza, że już niedługo wszyscy klienci, którzy dotąd korzystali ze starszego liveboxa będą mieli w domu znacznie nowsze urządzenia. To oznacza także, że będą mogli skorzystać z wielu nowych możliwości jakich im one dostarczają. Mamy dla nich, choć nie tylko dla nich – jeszcze jedną dobra wiadomość. Odświeżyliśmy właśnie aplikację Mój Funbox, która wszystkim użytkownikom Liveboxów 2.0 i 3.0 oraz użytkownikom FunBoxów 1.0, 2.0 i 3.0 pomoże w łatwym i wygodnym zarzadzaniu Waszym urządzeniem i całą siecią domową.

Do czego służy Mój FunBox?

 Tym wszystkim, którzy jeszcze nie mieli do czynienia z aplikacją, po krótce nakreślę korzyści jakie daje jej zainstalowanie i używanie. Ogólnie rzecz ujmując, ściągnięcie apki na smartfon czy tablet nie jest ani skomplikowane, ani nie zajmuje dużo czasu. Również waga – 48,6 MB nie stanowi problemu. Warto więc ją ściągnąć i wypróbować. Dzięki niej zyskacie:

  • Pomoc już od pierwszego kroku – jeśli właśnie wymieniacie Liveboxa lub FunBoxa – aplikacja służy prostą instrukcją, jak go zainstalować – krok, po kroku.
  • Wygodę zarządzania domową siecią Wi-Fi, czyli możliwość łatwego ustawiania dostępności Wi-Fi, np. w celu kontroli rodzicielskiej. W ten sposób można dokładnie określić, które z Waszych urządzeń, kiedy może korzystać z dostępu do sieci.
  • Możliwość bardzo wygodnego udostępniania sieci domownikom lub gościom za pomocą SMS-a lub QR kodu, bez konieczności wpisywania często skomplikowanego hasła.
  •  Łatwą zmianę hasła dostępu i nazwy sieci, na własną – spersonalizowaną.
  • Diagnostykę i pomoc w eliminacji ewentualnych problemów we współpraca naszych urządzeń z domową siecią, a także ewentualnych kłopotów z działaniem usług.  Oprócz tego znajdziecie też opis Waszego urządzenia i informacje na temat jego możliwości oraz praktyczne porady na temat jego optymalnego wykorzystania.

Dla tych, co już mają i używają

 

Od kilku dni w Play Shopie jest dostępna nowa wersja aplikacji Mój FunBox. Oznaczona jest symbolem 2.0.1 – choć nie jest to bezpośrednio związane z wymianą Liveboxów 1.0 na 2.0 – taki ciekawy zbieg okoliczności. 😉

Od poprzedniej rożni się przede wszystkim szatą graficzną, nawiązującą do tej, jaką znamy z aplikacji pod iOS’a. Zmieniło się też rozmieszczenie poszczególnych elementów, które jest bardziej intuicyjne i pozwoli jeszcze szybciej znaleźć potrzebne opcje. Oczywiście to tylko zmiany, które widać. Wprowadzenie nowej wersji było też okazją do kilku usprawnień i poprawek  technicznych podnoszących jakość działania aplikacji. Jeśli więc macie już na swoim telefonie Mój FunBox, możecie teraz pobrać aktualizację i korzystać ze swojej sieci domowej zarządzając nią jeszcze wygodniej.

To aplikacja naprawdę lubiana przez użytkowników – zobaczcie sami:

Mój Funbox blog

 

Udostępnij: Mój FunBox w nowej odsłonie

Bezpieczeństwo

Androidowy Cleaner narzędziem przestępców

11 stycznia 2018

Androidowy Cleaner narzędziem przestępców

Pamiętacie jeszcze swój pierwszy smartfon? Ja tak – dostałem wtedy do testów (chyba jeszcze za czasów TP SA i PTK Centertel!) HTC Cha Cha. Ależ to była super sprawa – wypasiony Android 2.3.3, jednordzeniowy Snapdragon S1 z kosmicznie szybkim 800-megahercowym zegarem… A że Angry Birdsy można było instalować tylko „na pusty” telefon, od razu po restarcie, bo inaczej brakowało pamięci? Przecież w Sklepie Google jest jeden, czy drugi Cleaner, prawda?

„Bo Android zamula”

„Czasy się zmieniają, ale pan ciągle jest w komisjach” – legendarny cytat z „Psów”, w wykonaniu granego przez Bogusława Lindę Franciszka Maurera, to klasyk polskiego kina. Pozostając w klimatach można by rzec, że czasy się zmieniają, telefony nowocześnieją, a aplikacje „czyszczące” ciągle można znaleźć w Google Play. Nawet wtedy, kiedy ich istnienie nie ma sensu, bo nie dość, że najnowsze wersje Androida odpowiednio zarządzają pamięcią, to jeszcze nawet topowe telefony (jak choćby Huawei z serii P/Mate, czy LG G/V mają wbudowane w oprogramowanie mechanizmy  dbające o efektywną pracę systemu. Czy jednak na pewno aplikacje typu Cleaner nie są potrzebne? Nam nie – ale przestępcom jak najbardziej.

Cleaner wyczyści… konto bankowe

Bo przecież trzeba gdzieś schować malware, a skoro mit zamulającego Androida pokutuje od lat, trzeba łapać okazje na monetyzację. Jednym z przykładów jest Swift Cleaner, odnaleziony w Sklepie Play przez analityków firmy Trend Micro (co ciekawe, to pierwszy malware napisany w open source’owym języku Kotlin). Aplikacja oczywiście okazała się malwarem, a jedyne co może wyczyścić to docelowo nasze konto bankowe. Oczywiście po tym, jak się zainstaluje, wykradnie nasze loginy i hasła, a następnie bez naszej wiedzy (dzięki Mike278 😉 ) przejmie SMSy autoryzacyjne i wpisze je gdzie trzeba. To nie wszystko co potrafi. Umie także zdalnie wykonać kod na zainfekowanym urządzeniu, przekierowywać na ustawione przez przestępcę witryny internetowe i wstrzykiwać własne reklamy. No i – co może bardzo boleć – zapisywać ofiarę bez jej wiedzy do serwisów SMS Premium.

Co robić?

Przede wszystkim nie instalować niepotrzebnych aplikacji. Zanim skusimy się na kolejne cudo – choćby i z oficjalnego sklepu – zastanówmy się. Po pierwsze, czy w ogóle tego potrzebujemy, po drugie zaś: czy nasz smartfon sam tego nie potrafi. W dzisiejszych czasach już urządzenia ze średniej półki potrafią zaskakująco sporo. Jeśli – jak śpiewał Jerzy Stuhr – czasami człowiek musi, inaczej się udusi, spójrzmy chociaż przed instalacją, jakich uprawnień udzielamy aplikacji. Wysyłanie i odbieranie SMSów, wykonywanie połączeń, odczytywanie ich listy, odczytywanie kontaktów – to tylko część z uprawnień, które w większości przypadków powinny zapalić czerwoną lampkę w głowie każdego świadomego użytkownika smartfona. I nawet, jeśli mamy pewność, że te dane nie zostaną wykorzystane w niecnych celach, warto się zastanowić, czy naprawdę chcemy je komuś udostępniać?

Photo by Christiaan Colen on CC-BY-SA-2.0 licence.

Udostępnij: Androidowy Cleaner narzędziem przestępców

Odpowiedzialny biznes

Fundacja Orange edukuje dzieci poprzez aplikacje mobilne!

9 stycznia 2018

Fundacja Orange edukuje dzieci poprzez aplikacje mobilne!

Miesiące ciężkiej pracy wreszcie dały efekt. Światło dzienne ujrzała pierwsza aplikacja mobilna Fundacji Orange – MegaMisja z Psotnikiem. Pobierzecie ją za darmo: iOS TUTAJ, Android TUTAJ.

Najpierw program, potem gra z Psotnikiem

Nasza, jeszcze gorąca, bezpłatna aplikacja to uzupełnienie programu edukacyjnego Fundacji Orange – MegaMisji. Na jego mocy w 600 szkołach w całej Polsce uczniowie przechodzą gruntowny kurs edukacji cyfrowej: uczą się odróżniać prawdziwe informacje od fałszywych, tworzą swoje filmy, poznają sposoby ochrony przed niebezpieczeństwami w sieci i zgłębiają wiele innych zagadnień. Zajęcia mają formę zabaw i wyzwań edukacyjnych realizowanych na świetlicach, po to aby były ciekawe dla 7-9 latków, czyli grupy dla której dedykowana jest MegaMisja.

MegaMisja z Psotnikiem to swoisty krok dalej. Nasza nowa aplikacja dotyka tych samych problemów co program edukacyjny. Jest wyposażona w tych samych bohaterów, którzy pojawiają się w scenariuszach lekcji MegaMisji. Różnica? Aplikacja dedykowana jest rodzicom i ich dzieciom. Znakomicie sprawdzi się na jeszcze szerzą skalę – odnajdą się w niej także te dzieci, które w szkole nie miały styczności z MegaMisją.

Na czym polega aplikacja?

Po zainstalowaniu aplikacji (na tablet lub telefon) użytkownik staje przed zadaniem zaopiekowania się wesołą sztuczną inteligencją – Psotnikiem. Może karmić go, myć, głaskać, ubierać. Może też stworzyć galerię z różnymi przebraniami Psotnika. Zdobywa prezenty i urządza pokój swojego stworka. Musi nauczyć go życia w Cyfrowym Laboratorium. Aby osiągnąć ten cel, w kolejnych poziomach wypełnia krótkie zagadki, quizy i memo oraz odblokowuje minigry. Całość utrzymana jest w przyjaznej, wesołej szacie graficznej. Co kluczowe – nawigację po grze wspiera lektor, więc korzystanie z aplikacji nie wymaga umiejętności czytania.

Przepis na hit

Aplikacja błyskawicznie zyskała uznanie użytkowników. Zdaniem Dagmary Hicks, popularnej blogerki parentingowej z bloga CalaReszta.pl, która testowała ze swoimi pociechami aplikację, to znakomite narzędzie, aby nauczyć dzieci… troski o innych. – Moje sześciolatki przechodzą teraz taki etap, w którym pragną opiekować się kimś młodszym. Wykazują się cierpliwością i zabieganiem o względy maluszka. W tej roli Psotnik sprawdza się idealnie. Można się nim opiekować, a jednocześnie wspólnie zdobywać wiele pożytecznych umiejętności. Staje się nie tylko młodszym bratem, ale i fajnym kolegą. Mam poczucie, że czas, jaki moje dzieci spędzają na zabawie z Psotnikiem, nie jest jałowym gapieniem się w ekran. W ciągu ostatnich kilki tygodni, w czasie których testowaliśmy aplikację, moje dzieciaki nie tylko pokochały Psotnika, ale i zdobyły szereg nowych umiejętności. Oczywiście z pomocą mamy, która siedzi i czeka na swoją kolej gry. Takie zabawy z dziećmi to ja lubię. Psotnik ostatecznie mnie przekonał, że aplikacje mobilne dla dzieci mogą być fajne i mądre – pisze.

Jej zdanie podziela Marlena Wróblewska – ekspertka parentingowa z bloga Makoweczki.pl, której dzieci zauroczyły się aplikacją. – Aplikacja oprócz warstwy edukacyjnej jest także doskonałą zabawą. Nie jest banalnie prosta, ale także nie jest za trudna (Lenka kilka razy potrzebowała mojej pomocy). Jest to także dobry moment, żeby porozmawiać z dziećmi o tematach technologicznych, a także zagrożeniach wynikających z ich użytkowania – puentuje.

MegaMisja z Psotnikiem – zapamiętaj, i pobierz. Nie pożałujesz.

Polecam,
Bartosz Rymkiewicz

Udostępnij: Fundacja Orange edukuje dzieci poprzez aplikacje mobilne!

Urządzenia

Sierżant LG K4 2017

7 czerwca 2017

Sierżant LG K4 2017

Historia uczy nas, że wielkie bitwy wygrywają generałowie. Brzmi nieźle i każdy z nas o tym słyszał, jednak tak na prawdę, bitwy wygrywają szeregowi żołnierze. Można powiedzieć, że podobnie jest z telefonami. Generałowie – flagowce przyciągają uwagę, wyznaczają trendy i powodują szybsze bicie serca u każdego, kto się nimi interesuje, jednak prawda jest taka, że nie każdy ma aspiracje by mieć „generała” i całkowicie wystarcza mu „żołnierz”, który z powodzeniem wygrywa codzienne bitwy z kluczami i innymi szpargałami, które nosimy w kieszeni czy torebce, razem z telefonem.  Dziś będzie parę słów LG K4 2017 – o jednym z nich.

LG K4 2017 – Prawie jak flagowiec

Pierwszym skojarzeniem jaki przyszło mi do głowy po wzięciu w dłoń LG K4 2017, że ja ten telefon gdzieś już widziałem, a może to jakiś brat iPhone’a 3G – ale to tylko wrażenie wywołane metaliczną obwódką okalającą przednią cześć obudowy, łagodnie zaokragloną na bokach. LG K4 2017 jest większy i zdecydowanie mniej „jajowaty” od dosyć archaicznego już iPhone’a. Jest też cieńszy – nawet od iPhone’a 4 – ma zaledwie 7,9 mm grubości, a to zaledwie o 0,6 mm więcej od flagowca własnej marki – LG G5. Mimo, że z pewnością do jego produkcji użyto tańszych materiałów jest całkiem solidnie zbudowany i choć klasyczny w formie – może się podobać.

Nano sim i klasyczne rozwiązania

Nie wiem jak Wam, ale mnie pojawienie się fabrycznie zamkniętych – zaklejonych na amen smartfonów wcale nie przypadło do gustu. Lubię w razie potrzeby zajrzeć do telefonu, otworzyć obudowę – choćby po to, by wyjąc baterię i w ten prosty sposób zresetować urządzenie kiedy np. się zawiesi, a zdarza się to wszystkim. Nie mówię już o możliwości samodzielnej wymiany baterii lub używaniu zapasowej. Pod tym względem K4 bardzo mi odpowiada – ma mocowaną na zatrzaski klapkę z fajnie fakturowanego, kolorowego tworzywa. Na plecach znajdziemy typowe dla LG rozmieszczenie klawisza „powrotu” a nad nim pojedynczą lampę błyskową LED i kamerę – obiektyw aparatu. Pod klapką oprócz baterii mamy slot na kartę pamięci microSD do 32 GB oraz… nanoSIM , co mnie trochę zaskoczyło – spodziewałem się micro. Całość jest zgrabna, dobrze leży w dłoni i pozwala na obsługę jedną ręką. Jedynie czasem ciche skrzypnięcie klapki przypomina, że obudowa K4 2017 jak cały telefon jest budżetowa.

K4 lifting

LG K4 2017 jest młodszym, choć nieco większym bratem K4, który miał premierę w styczniu 2016 r. Na szczęście jego nowe wcielenie nie idzie w kierunku oszczędności i w efekcie LG daje nam nowe – znacznie lepsze urządzenie. Najważniejsze zmiany to większy – 5 calowy wyświetlacz z powłoką Gorilla Glass, większa o 25 % bateria (2500 mAh), szybszy procesor (quad-core, Qualcomm MSM8909 Snapdragon 210, 1.1 GHz, Adreno 304) i Android 6.0. Znaczna zmiana zaszła też w przednim aparacie fotograficznym – wielbiciele selfie znajdą tu kamerę o rozdzielczości 5 Mpix współpracującą z ciekawą funkcja doświetlania twarzy za pomocą ekranu smartfona. Dzięki temu, zarówno przednim, jak i tylnym aparatem możemy zrobić dosyć przyzwoite zdjęcia o rozdzielczości 2592×1944 pix.

Przykładowe zdjęcie wykonane głównym aparatem LG K4 2017. (Po kliknięciu wyświetli się oryginał).

Przykładowe zdjęcie wykonane głównym aparatem LG K4 2017. (Po kliknięciu wyświetli się oryginał).

Niestety ekran nie pozwoli nam w pełni wykorzystać rozdzielczości wykonanych zdjęć. Wyświetla obraz 480×854 pix. To nie dużo, ale nie jest źle – jakość obrazu jest całkiem, całkiem – czasem sprawia wrażenie znacznie lepszej niż wynikałoby z nominalnych parametrów. Jeśli miałbym się czegoś czepiać, to może jasność w słoneczne dni – nie zawsze jest wystarczająca, jednak w tym przedziale urządzeń cudów się nie spodziewałem.

Przykładowe zdjęcie wykonane głównym aparatem LG K4 2017. (Po kliknięciu wyświetli się oryginał).

Przykładowe zdjęcie wykonane głównym aparatem LG K4 2017. (Po kliknięciu wyświetli się oryginał).

Skuterem w świat

Na zakończenie garść subiektywnych przemyśleń o tym co dla niektórych najważniejsze – komfort używania, a co dla mnie się z nią wiąże, szybkość działania. Urządzenie ma czterordzeniowy procesor taktowany zegarem 1,1 MHz + 1 GB RAM. Kiedyś, gdybym miał taki komputer byłbym w ósmym niebie (1 pietro wyżej niż siódme niebo). We współczesnych smartfonach to jednak nie najwięcej. Telefon zachowuje się poprawnie, choć demonem prędkości nie jest i czasem trzeba chwilę zaczekać aż zareaguje na dotyk czy uruchomi aplikację. Z pewnością nie jest bolidem formuły 1 ale tez nie jest ślimakiem czy hulajnogą – to całkiem niezły skuter, czyli pożyteczne urządzenie zapewniające możliwość sprawnego przemieszczania się – może nie po ulicy ale po wirtualnym świecie. Uczciwie mówiąc używałem go 4 dni i nie znalazłem wad, które by mnie zniechęciły. Znalazłem za to kilka rozwiązań i cech, które uważam za całkiem fajne. Pewnie dla siebie wybrałbym jednak coś szybszego – droższego, jednak np. niejednemu znajomemu czy mojemu synowi z pewnością mógłbym polecić LG K4 2017 jako niedrogi, wdzięczny i poręczny smartfon do dzwonienia, SMSowania oraz doraźnego przeglądania internetu. Przecież nie każdy musi jeździć Lamborgini, a wystarczy spojrzeć na ulicę ilu mamy fanów skuterów i to naprawdę zadowolonych, że zrobiło się ciepło i wreszcie mogą wyjechać na ulicę.

Jeśli więc myślicie o nowym „skuterze” weźcie pod uwagę LG K4 2017. Kupicie go w Orange z planami abonamentowymi do wyboru. Na przykład z abonamentem za 49,99 zł dostaniecie go za 0 zł na start, a rata za urządzenie to tylko 10 zł miesięcznie – przez 24 miesiące. Do wyboru są dwie wersje kolorystyczne – czarna i tytanowa.

Udostępnij: Sierżant LG K4 2017

Dodano do koszyka.

zamknij
informacje o cookies - Na naszej stronie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z orange.pl bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza,
że pliki cookies będą zamieszczane w Twoim urządzeniu. dowiedz się więcej