Urządzenia

HTC U12+ – telefon, który lubi przytulanie

31 maja 2018

HTC U12+ – telefon, który lubi przytulanie

Nie macie czasami wrażenia, że wszystkie kolejne smartfony wyglądają tak samo? Nic więc dziwnego, że producenci szukają przynajmniej dla swoich flagowców jakiegoś wyróżnika. Nie inaczej jest w przypadku HTC U12+, którego miałem przyjemność używać przez ostatni tydzień.

Przytul mnie

Takim wyróżnikiem w przypadku tajwańskiego producenta jest począwszy od poprzedniego modelu technologia Edge Sense. Przyznam się szczerze, że o ile zachwytów nad nią nie do końca rozumiem, tak faktycznie czasami ułatwia to życie. Domyślnie ściśnięcie bocznych krawędzi uruchamia aparat, zaś kolejne powoduje zrobienie zdjęcia. Jeśli natomiast przytrzymamy dłużej – pojawi się menu szybkiego dostępu (które odkryłem w zasadzie przypadkiem 🙂 ).

W tegorocznym flagowcu inżynierowie HTC rozszerzyli możliwości Edge Sense, dodając również gesty… stukania w boczną część obudowy telefonu. Oczywiście tam też wywoływane funkcje są w pełni konfigurowalne – ja na przykład korzystałem ze stukania, by opuszczać belkę powiadomień. W tym telefonie taka pomoc faktycznie się przydaje, bowiem kryjąca sześciocalowy ekran bryła U12+ wydaje się być dość spora i robi wrażenie masywnej (w sumie 188 g to niemało). Matryca to Super LCD6, w rozdzielczości QHD, oczywiście w formacie 18:9 i – hosanna! – bez notcha! Inna rzecz, że brak spopularyzowanego przez Apple brzydactwa jest w pełni uzasadniony.

„Cztery oczy” HTC U12+

Dwa aparaty z przodu to nie nowość – choć wciąż rzadkość. Cel oczywisty – toż bokeh, czyli programowe rozmycie tła przy „selfiaczku” jest od jakiegoś czasu bardzo modne. Oba „oczka” to 8 megapikseli, wybaczcie, ale oszczędzę Wam moich selfie – mogę jednak zapewnić, że rozmycie nie wydaje się sztuczne, wygląda to naprawdę bardzo zgrabnie.

Rozmyć możemy oczywiście także przy użyciu głównych obiektywów aparatu, których też mamy do dyspozycji parę.

Główny to 12 megapikseli ze światłem f/1.8 i dużymi pikselami (1.4µm), drugi zaś – 16 Mpix, f/2.6, 1.0µm. Do tego oczywiście standardowy już coraz częściej we flagowcach hybrydowy autofocus, korzystający z lasera i detekcji fazy. Z tyłu znajdziemy też wyraźnie wyodrębniony czytnik odcisków palców (żadnych problemów z trafianiem na ślepo) i półprzezroczystą obudowę. Ciekawie to wygląda, telefon dzięki temu jest bardziej – hmmm – geeky.

A jak wychodzą zdjęcia?

Nocna Warszawa, pełna sztucznego, żółtego światła.

Chmury widoczne z poznańskiego Mostu Dworcowego.

Kolejny wyróżnik flagowców HTC już od kilku lat to wyjątkowe możliwości muzyczne. Akurat zdjęcia muzyki – choćbym bardzo chciał – nie dam rady zamieścić, ale muszę przyznać, że w tym aspekcie po raz kolejny się nie zawiodłem. Nie jestem audiofilem, ale jest czysto i głośno do tego stopnia, że koledzy z pokoju szbko wyszli ze zdecydowaną propozycją, bym już zakończył testy głośnika 🙂

Telefon z Sensem

Na co dzień HTC U12+ to przede wszystkim zgrabny – choć spory – telefon nie do zarżnięcia (Snapdragon 845 i 6 GB RAM robią swoje), ze 128 GB miejsca na pliki, w wersji dual SIM, z nakładką HTC Sense, cechującą się znanym od lat skrajnym ekranem z newsami, informacjami z kalendarza i feedem z naszych mediów społecznościowych

i wirtualnym asystentem, podpowiadającym nie za często i – co więcej – na temat 🙂

Nakładka HTC Sense jest jak dla mnie najbardziej specyficzna ze wszystkich „ubranek” dla Androida, oferowanych przez producentów i jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy potrzebują czasu, że akurat do niej się przyzwyczaić. Czy warto? Kwestia gustu, mnie się całkiem podoba, choć ikony robią wrażenie… hmmm, dużych 🙂

Przyciski bez przycisków

A na koniec zostawiłem sobie nowość HTC, która zapewne stanie się języczkiem u wagi, gdy U12+ trafi do sprzedaży. Jak myślicie, co widać na zdjęciu poniżej?

Nieprawda, wcale nie przyciski 🙂 To są – jakby to określić – wybrzuszone elementy obudowy. Nie da się ich wcisnąć, ale przy naciśnięciu odpowiadają wibracją. Trzeba się do tego przyzwyczaić, ale po kilku dniach takie korzystanie z przycisków jest zupełnie naturalne (choć czasami jeszcze trochę dziwne). Skąd taki pomysł? Ciekawe, ale faktycznie im mniej mechanicznych części tym mniejsze ryzyko, że coś się zepsuje 🙂

Co nie zmienia faktu, że HTC U12+ nie wygląda na telefon, który miałby się w ogóle zepsuć, nawet od wpadnięcia do wody (choć ja, mając w ręku egzemplarz techniczny, wolałem nie wrzucać go do wody). To porządne, szybkie, solidne urządzenie, nie przypominające dziecięcej zabawki. I robi fajne zdjęcia 🙂

Udostępnij: HTC U12+ – telefon, który lubi przytulanie

Urządzenia

Samsung Note 8: wielki, śliczny i praktyczny

25 października 2017

Samsung Note 8: wielki, śliczny i praktyczny

Nie lubię rzeczy, które są modne. Jakiś taki przekorny jestem, ale to bez wątpienia był jeden z powodów, dla których nie było mi po drodze z Samsungami z serii Galaxy S. Drugim była ciężka, niczym mamut, nakładka graficzna. Od S6 zaczęło mi przechodzić. Note 8 natomiast to jeden z najlepszych telefonów, z jakich miałem przyjemność kiedykolwiek korzystać.

Precz z ramkami!

Nigdy nie potrafiłem zrozumieć marnotrawstwa miejsca i wielkich ramek w smartfonach, zza których wychylał się nieśmiało ekran. Ale to trochę tak, jak w cytacie przypisywanym Albertowi Einsteinowi:

Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić.
I wtedy pojawia się ten jeden, który nie wie,
że się nie da, i on właśnie to coś robi.

Najpierw LG ze swoim G6, a potem Samsung z S8, S8+ i właśnie Note 8 pokazały, że się da. Że można zrobić urządzenie, w którym ekran jest „przede wszystkim”, a nie „przy okazji”. Jak dla mnie, to posunięcie okazało się genialne. Starszymi Note’ami można było grać w pingponga (tylko z podkręcaniem byłoby kiepsko). Wielkie ramki sprawiały, że telefon wydawał się ogromny. W Note 8 nie mam takiego uczucia.

Samsung Galaxy Note 8 i rysik

Samsung Note 8 lepszy od tabletu

Paradoksalnie, tak jak S8 Plus wydawał mi się za wielki, tak liczący aż 6,3 cala(!) ekran najnowszego Note’a wydaje się być… normalny? Może to kwestia podejścia – Note 8 to urządzenie biznesowe, więc może powodować odczucia takie, jakbym wsiadał do Bentleya. Co z tego, że jest dużo – przede wszystkim ma być, i jest, wygodnie. Być może też dlatego, że z Plusa usiłowałem (bezskutecznie) korzystać jedną dłonią, do Note 8 podchodząc już z założenia jako do urządzenia „dwuręcznego”. Nie da się inaczej, po prostu.

Sam ekran jest bezkonkurencyjny. Nie ma się do czego przyczepić, choć bardzo chciałem: nasycenie, jasność, czernie – nic! Dodatkowo, fakt, iż mamy do czynienia z ekranem nie tylko wielkim, ale też w znanym z S8/+ formacie 18,5:9 powodował, że często nie chciało mi się sięgać po 8-calowy tablet i skróty meczów NFL, czy odcinki seriali, oglądałem na telefonie.

Samsung Galaxy Note 8

Smartfon przed duże Smart

Tego wszystkiego w mniejszej lub większej skali się spodziewałem, ale przynajmniej jednej rzeczy nie. Co prawda z takim wykorzystaniem możliwości ekosystemu Google kiedyś już się spotkałem, ale raz i nie wspomnę w jakim telefonie. Przyszedł do mnie SMS, w skrzynce widzę, że numer jest nieznany, nie mam go w kontaktach. Tymczasem okazało się, że to nie jest żaden problem – wchodząc w treść na dole zobaczyłem… imię i nazwisko nadawcy. Podobnie dzieje się, gdy dzwonimy lub odbieramy rozmowę z nieznanego numeru. Pojawia się wtedy ikonka „smart” i nazwa instytucji/rozmówcy wraz z informacją, czy numer jest znany z telefonów „spamowych”. Żadna magia – stawiam na dostęp do API Google i wyszukiwanie skojarzenia numeru z nazwiskiem, czy bazą zgłoszeń spamowych. Wciąż nie mogę się zdecydować, czy to bardziej creepy, czy pomocne.

Robi ładne zdjęcia, ale ja fotografem jestem przez małe f, więc nie spodziewajcie się zbyt dużo. Rozmywa tło, bardzo dobrze radzi sobie po ciemku i ma fajnego prawdziwego, nie cyfrowego, zooma. Co prawda skokowego, między x1 i x2, ale zawsze to coś, gdy nie musimy biegać z wyciągniętym przed siebie telefonem.

Rysika używałem przede wszystkim do robienia szybkich screenshotów (wycinając od razu to, co chcę), a czasami z przekory pisałem nim SMSy. I byłem w szoku, bo choć bazgrzę jak kura pazurem, Note’owy OCR jest świetny, musiałem się poprawiać 1-2 razy na 100 prób. No i ekran krawędziowy, wielbię od początku, gdy tylko się pojawił! Ten element tak jak rysik, ma fanów i hejt… tzn. ludzi, którzy uznają go za zbędny. Mnie w każdym „nie -Galaxy” go brakuje

Galaxy Note 8, czyli PC od Samsunga

Biznesmen, który wybierze Note 8, nie będzie żałował tej decyzji. Telefon działa idealnie, bez przycięć, niezależnie od tego, ile i czego otworzymy (najszybszy Exynos i 6 GB RAMu robią swoje). Biurowa magia zaczyna się natomiast, gdy włożymy go w stację dokującą DeX. Otwieramy mały, okrągły „statek kosmiczny”, podłączamy HDMI, dopinamy LANa, mysz i klawiaturę i ze smartfona robi się komputer. Z ekranem tak wielkim, jak nasz domowy (albo hotelowy) telewizor i mnóstwem możliwości w środowisku „niby-PC”. Ten zestaw to najlepszy przykład na to, że era post-PC to nie jest marketingowy bełkot. 30 sekund podłączania i mamy urządzenie klasy (i wydajności!) dobrego peceta. Z prezentacjami, XLSami, dokumentami tekstowymi, przeglądarką, itd. Nie mam problemu w wyobrażeniu sobie ludzi, dla których Note 8 z DeXem oznacza brak konieczności wożenia do domu ciężkiego laptopa.

Kiedyś nie lubiłem zbyt wielkich telefonów i nie przepadałem za Samsungami. Pora zmienić zdanie, bo Samsung Note 8 to smartfon bliski urządzeniu kompletnemu. Drogi? To pojęcie względne, mając odpowiednie pieniądze i alternatywę w postaci iPhone X nawet nie spojrzałbym się w stronę urządzenia z jabłkiem, które w mojej opinii potrafi zdecydowanie mniej. A czemu bliski? Bo o ile czytnik tęczówek działa bardzo dobrze, nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego po wpadce z S8 nowy Note wciąż ma czytnik odcisków palców w najgorszym możliwym miejscu.

P.S. widzieliście już ten film? Nie wiem czy wiecie, ale na blogu trwa konkurs, w którym można wygrać właśnie Note 8.

Udostępnij: Samsung Note 8: wielki, śliczny i praktyczny

Film

„Wałęsa. Człowiek z nadziei” – zbiorowa minirecenzja

27 września 2013

„Wałęsa. Człowiek z nadziei” – zbiorowa minirecenzja

Wczoraj wybrałem się na specjalny pokaz filmu „Wałęsa. Człowiek z nadziei” w ramach Orange kocha kino. Przyznam szczerze, że film mnie oczarował. Zapadł mi w pamięć i ciągle siedzi w głowie. Długo po seansie wymienialiśmy się ze znajomymi uwagami na temat tego filmu.
Czy warto pójść na ten film? Zdecydowanie tak! Dlaczego? Zapraszam do przeczytania opinii Artura Kurasińskiego (blog.kurasinski.pl), Grześka Ułana (Antyweb.pl) i Bazyl Lia (załóż w końcu bloga!;)

Lech Wałęsa to postać kontrowersyjna. Z jednej strony bohater i najbardziej znany Polak za granicą, z drugiej strony oskarżany o współpracę z SB. Film Andrzeja Wajdy nie jest laurką. Przytacza również ciemniejsze momenty historii, jednak pozwala bardziej zrozumieć jak i dlaczego się tak stało. Z drugiej strony pokazuje jak doskonale rozegrał negocjacje z komunistami.
Pokazuje szarą codzienność w nienormalnym kraju, który walczy z robotnikami i Kościołem. Gdzie wszystko, nawet wózek dla dziecka, trzeba załatwiać po znajomościach.
Nie będę pisał o Robercie Więckiewiczu oprócz tego, że jest genialny – idealnie wcielił się w rolę prezydenta. Rola Agnieszki Grochowskiej zachęciła mnie do zakupu książki Danuty Wałęsa – po raz pierwszy spojrzałem na ten dramatyczny czas przez pryzmat zwykłej rodziny. I chyba to jest jedna z największych wartości tego filmu.
To co najbardziej rzuca się w oczy to świetny montaż. W film wplecione są wstawki archiwalne czy z innych części tryptyku o „Człowieku z…”. Czasami trudno zorientować się co jest fabułą a co dokumentem.
No i muzyka! Nie spodziewałem się, że w filmie Andrzeja Wajdy usłyszę kapele z dzieciństwa: Tilt, Dezerter, KSU – ale ich muzyka i słowa pasują najbardziej do historii o walce z totalitarnym państwem. Obok tego filmu nie można przejść obojętnie, zostaje na długo w głowie i na pewno zobaczę go jeszcze kilka razy.
To świetna lekcja historii dla młodych, a dla starszych przypomnienie jak wtedy się żyło.

Artur Kurasiński (blog.kurasinski.pl)
„Film Wajdy jest bardzo dobrze wyważony od zachwytu nad postacią Wałęsy jako trybuna ludowego po pokazanie Lecha w sytuacjach domowych, wręcz intymnych. W rozmowie z Orianą Fallaci widzimy zarozumiałego bufona ale podczas negocjacji z wicepremierem Jagielskim wytrawnego gracza i negocjatora. Wałęsa to film o człowieku, który „nie chciał ale musiał” stanąć na czele 10 mln ruchu robotniczego. Bardzo ciekawy w kontekście niedawno wydanej książki jest wątek Danuty Wałęsowej – czasami miałem wrażenie, że to ona jest postacią pierwszoplanową. Gra aktorska, dialogi, montaż, muzyka – wszystko jest spójne, dobrze prowadzone, w odpowiednim tempie. Wajda zrobił film w zasadzie nie dla polskiego widza a raczej po to żeby postać i fenomen Wałęsy mogła zostać zrozumiana w końcu również za granicą. Film kończy się przemówieniem Wałęsy w Senacie USA. Prawdopodobnie nigdy już żaden Polak nie będzie tak autentycznie fetowany przez Amerykanów.”

Grzegorz Ułan (Antyweb.pl)
W 1980 roku miałem raptem 4 lata, ale pamiętam ciągle zasłonięte okna w domu. Zaglądałem wtedy zza zasłon i widziałem przetaczające się czołgi. Jako dziecko nie rozumiałem za bardzo co się wtedy działo, ale czuć było napiętą atmosferę w domu, ciągłe rozmowy rodziców o jakiejś godzinie policyjnej. Pamiętam za to już lepiej następne lata i stanie w kolejkach za cukrem, kawą itp. Jako dzieci byliśmy tzw. „staczami” jakich dziś znacie z historii o nowych iPhonach:). Oglądając ten film i czarno białe zajawki z historii tych wydarzeń niejako odświeżyło mi pamięć z tych wydarzeń, nie są mi więc obce, ale sam film pozwolił mi lepiej nakreślić istotę i wagę tych wydarzeń dla dzisiejszych czasów. To, że dziś dzięki tym ludziom żyjemy w innych lepszych czasach. Co do samego filmu, bezbłędna gra aktorska Roberta Więckiewicza. W pewnych momentach miałem problem z rozróżnieniem, kiedy to są zajawki z przeszłości z prawdziwym Wałęsą, a kiedy scena z filmu z Więckiewiczem. Bezbłędna rola, myślę, że jego najlepsza w karierze.

Bazyl Lia
Jestem gdańszczanką. Moi najbliżsi brali bezpośredni udział w wydarzeniach lat 70-tych i 80-tych na wybrzeżu. Cała nasza rodzina jest przesączona tym, co się wtedy działo. Może dlatego trudno nabrać mi dystansu do tej części historii naszej ojczyzny. I pewnie również dlatego, dla mnie osobiście, ten film powstał za wcześnie. Mam jednak świadomość, że dla świata może to być „ten”, najlepszy moment.
Doceniam fakt, że film zrobił Andrzej Wajda. Jeden z niewielu polskich twórców, który potrafi odtworzyć klimat i atmosferę tamtych czasów, z tak niezwykłym zaangażowaniem i osobistą troską. Powstał obraz, pełen emocji i świetnej gry aktorskiej, dzięki któremu każdy oglądający będzie miał szansę zobaczyć jak wyglądał upadek komunizmu w Europie Wschodniej. „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, to piękna cegiełka w budowaniu świadomości historycznej współczesnych.

Udostępnij: „Wałęsa. Człowiek z nadziei” – zbiorowa minirecenzja

Film

Rock o filmie Jobs

29 sierpnia 2013

Rock o filmie Jobs

Nie macie czasami wrażenia, że wszystkie kolejne smartfony wyglądają tak samo? Nic więc dziwnego, że producenci szukają przynajmniej dla swoich flagowców jakiegoś wyróżnika. Nie inaczej jest w przypadku HTC U12+, którego miałem przyjemność używać przez ostatni tydzień.

Przytul mnie

Takim wyróżnikiem w przypadku tajwańskiego producenta jest począwszy od poprzedniego modelu technologia Edge Sense. Przyznam się szczerze, że o ile zachwytów nad nią nie do końca rozumiem, tak faktycznie czasami ułatwia to życie. Domyślnie ściśnięcie bocznych krawędzi uruchamia aparat, zaś kolejne powoduje zrobienie zdjęcia. Jeśli natomiast przytrzymamy dłużej – pojawi się menu szybkiego dostępu (które odkryłem w zasadzie przypadkiem 🙂 ).

W tegorocznym flagowcu inżynierowie HTC rozszerzyli możliwości Edge Sense, dodając również gesty… stukania w boczną część obudowy telefonu. Oczywiście tam też wywoływane funkcje są w pełni konfigurowalne – ja na przykład korzystałem ze stukania, by opuszczać belkę powiadomień. W tym telefonie taka pomoc faktycznie się przydaje, bowiem kryjąca sześciocalowy ekran bryła U12+ wydaje się być dość spora i robi wrażenie masywnej (w sumie 188 g to niemało). Matryca to Super LCD6, w rozdzielczości QHD, oczywiście w formacie 18:9 i – hosanna! – bez notcha! Inna rzecz, że brak spopularyzowanego przez Apple brzydactwa jest w pełni uzasadniony.

„Cztery oczy” HTC U12+

Dwa aparaty z przodu to nie nowość – choć wciąż rzadkość. Cel oczywisty – toż bokeh, czyli programowe rozmycie tła przy „selfiaczku” jest od jakiegoś czasu bardzo modne. Oba „oczka” to 8 megapikseli, wybaczcie, ale oszczędzę Wam moich selfie – mogę jednak zapewnić, że rozmycie nie wydaje się sztuczne, wygląda to naprawdę bardzo zgrabnie.

Rozmyć możemy oczywiście także przy użyciu głównych obiektywów aparatu, których też mamy do dyspozycji parę.

Główny to 12 megapikseli ze światłem f/1.8 i dużymi pikselami (1.4µm), drugi zaś – 16 Mpix, f/2.6, 1.0µm. Do tego oczywiście standardowy już coraz częściej we flagowcach hybrydowy autofocus, korzystający z lasera i detekcji fazy. Z tyłu znajdziemy też wyraźnie wyodrębniony czytnik odcisków palców (żadnych problemów z trafianiem na ślepo) i półprzezroczystą obudowę. Ciekawie to wygląda, telefon dzięki temu jest bardziej – hmmm – geeky.

A jak wychodzą zdjęcia?

Nocna Warszawa, pełna sztucznego, żółtego światła.

Chmury widoczne z poznańskiego Mostu Dworcowego.

Kolejny wyróżnik flagowców HTC już od kilku lat to wyjątkowe możliwości muzyczne. Akurat zdjęcia muzyki – choćbym bardzo chciał – nie dam rady zamieścić, ale muszę przyznać, że w tym aspekcie po raz kolejny się nie zawiodłem. Nie jestem audiofilem, ale jest czysto i głośno do tego stopnia, że koledzy z pokoju szbko wyszli ze zdecydowaną propozycją, bym już zakończył testy głośnika 🙂

Telefon z Sensem

Na co dzień HTC U12+ to przede wszystkim zgrabny – choć spory – telefon nie do zarżnięcia (Snapdragon 845 i 6 GB RAM robią swoje), ze 128 GB miejsca na pliki, w wersji dual SIM, z nakładką HTC Sense, cechującą się znanym od lat skrajnym ekranem z newsami, informacjami z kalendarza i feedem z naszych mediów społecznościowych

i wirtualnym asystentem, podpowiadającym nie za często i – co więcej – na temat 🙂

Nakładka HTC Sense jest jak dla mnie najbardziej specyficzna ze wszystkich „ubranek” dla Androida, oferowanych przez producentów i jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy potrzebują czasu, że akurat do niej się przyzwyczaić. Czy warto? Kwestia gustu, mnie się całkiem podoba, choć ikony robią wrażenie… hmmm, dużych 🙂

Przyciski bez przycisków

A na koniec zostawiłem sobie nowość HTC, która zapewne stanie się języczkiem u wagi, gdy U12+ trafi do sprzedaży. Jak myślicie, co widać na zdjęciu poniżej?

Nieprawda, wcale nie przyciski 🙂 To są – jakby to określić – wybrzuszone elementy obudowy. Nie da się ich wcisnąć, ale przy naciśnięciu odpowiadają wibracją. Trzeba się do tego przyzwyczaić, ale po kilku dniach takie korzystanie z przycisków jest zupełnie naturalne (choć czasami jeszcze trochę dziwne). Skąd taki pomysł? Ciekawe, ale faktycznie im mniej mechanicznych części tym mniejsze ryzyko, że coś się zepsuje 🙂

Co nie zmienia faktu, że HTC U12+ nie wygląda na telefon, który miałby się w ogóle zepsuć, nawet od wpadnięcia do wody (choć ja, mając w ręku egzemplarz techniczny, wolałem nie wrzucać go do wody). To porządne, szybkie, solidne urządzenie, nie przypominające dziecięcej zabawki. I robi fajne zdjęcia 🙂

Udostępnij: Rock o filmie Jobs

Odpowiedzialny biznes

Jak zrobić portal dla wszystkich

14 stycznia 2013

Jak zrobić portal dla wszystkich

Otrzymałam właśnie od Fundacji Widzialni nowiutki egzemplarz książki „WCAG 2.0 Podręcznik Dobrych praktyk”, której partnerem jest Orange. Dla niewtajemniczonych – skrót WCAG (Web Content Accessibility Guidelines) to międzynarodowy standard pokazujący, w jaki sposób serwisy internetowe powinny być przygotowywane, aby były dostępne dla jak największej liczby użytkowników wykluczonych cyfrowo. Standard ten obowiązuje w wielu krajach Europy, a od ubiegłego roku także polskie instytucje publiczne mają zgodnie z nim przygotowywać swoje strony internetowe.

Podręcznik nie tylko pomaga tworzyć strony www zgodnie ze światowym standardem WCAG, ale pokazuje nam w jaki sposób korzystają z Internetu osoby niewidome, niedowidzące, niesłyszące, starsze, które w codziennym życiu są narażone na tzw. wykluczenie cyfrowe. Ta książka to coś więcej niż podręcznik, to opowieść o komunikacji i wzajemnym rozumieniu się.  My również uczymy się tego porozumienia i we współpracy z Fundacją Widzialni zmieniamy  właśnie naszą stronę www.

e2e10d4184b4683c949c93d7a3dfdfd0252.jpg

Książka została wydana przez Fundację Widzialni i uzyskała patronat Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, Urzędu Komunikacji Elektronicznej i Uniwersytetu Śląskiego

Udostępnij: Jak zrobić portal dla wszystkich

Dodano do koszyka.

zamknij
informacje o cookies - Na naszej stronie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z orange.pl bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza,
że pliki cookies będą zamieszczane w Twoim urządzeniu. dowiedz się więcej