Rozrywka

Co obejrzeć w weekend? „Jojo Rabbit” poruszy, rozśmieszy i wzruszy

Beata Giska Beata Giska
11 grudnia 2020
Co obejrzeć w weekend? „Jojo Rabbit” poruszy, rozśmieszy i wzruszy

Zastanawiałam się czy oglądać ten film, bo tematyka wydała mi się absurdalna. Młody chłopiec, który zaprzyjaźnia się z wyimaginowanym przyjacielem… Hitlerem. Czułam, że może wyjść z tego prześmiewczy i niesmaczny obraz wojny, na której przecież walczyli nasi dziadkowie. Ale z drugiej strony, czy historie wojenne zawsze muszą być pełne patosu? A może, patrząc oczami dziecka, świat wtedy wyglądał zupełnie inaczej?

 

Ryzykowne scenariusze z bombami w tle

Długo zbierałam się, zanim zasiadłam do tego filmu. Gdy niedawno pojawił się na Canal+ postanowiłam go obejrzeć (kusił mnie i intrygował ten Oscar za najlepszy scenariusz adaptowany). Choć czułam, że może to być coś dziwnego i ciężkiego. I jakie było moje zdziwienie… Tym odkryciem chcę podzielić się z Wami.

„Jojo Rabbit” to film wojenny, który nie mieści się w żadnych ramach i to jest jego wielki atut. Coś jak „Bękarty wojny” Quentina Tarantino – które były świetną, nietuzinkową, choć totalnie nierealną i szaloną historią o żydowskim odwecie na hitlerowcach. Reżyser i jednocześnie scenarzysta „Jojo Rabbit” - Taika Waititi – również wykazał się odwagą, wyobraźnią, poczuciem humoru, jakże czarnym i inteligentnym, a jednocześnie subtelnością i tym, że nie przekroczył granic smaku. Pokazał nam wojenną opowieść z zupełnie innej perspektywy – dziecka. Tak wiem, taki temat pojawiał się już w wielu filmach, mówiących o wydarzeniach z tego okresu, ale nie w takim kontekście. Tym razem młody bohater nie jest ofiarą, jak to zwykle bywa. On stoi po tej drugiej, „złej” stronie barykady. I całe to zło go kręci.

jojo rabbit - oscarowe filmy w orange

Materiały prasowe

Młody gniewy Jojo vel. Rabbit

Jojo ma na oko może z dziesięć lat. Jest wychowywany w nazistowskich Niemczech. Od małego słyszy o tym, że bohaterem jest Adolf, a prawdziwy patriota nosi swastykę na ramieniu i walczy z wrogiem - potomkiem Szatana. Na ulicach widzi młodych mężczyzn ubranych w eleganckie mundury, chodzących z bronią i chwalących się swoimi wyczynami. I jak taki chłopiec, bawiący się na podwórku z kolegami w wojnę, wymachując patykami, ma nie marzyć o tym, by zostać prawdziwym żołnierzem? Tym bardziej, że ma taką możliwość.

Jojo jest zafascynowany tym, co dzieje się w kraju i chce stać się bohaterem. Takim prawdziwym. Poczuć się jak dorosły, przynależeć do elitarnej - według niego – organizacji i przypodobać się rówieśnikom, którzy dotychczas raczej się z niego tylko naśmiewają. Poza tym on wie, że ojciec walczy na froncie. Chce więc być jak tata, którego od dawna nie było w domu, i który jest gloryfikowany w opowieściach matki.

filmy w orange tv

Materiały prasowe

Wakacje z granatami i dziwnymi istotami

Film zaczyna się niebawem po tym, jak nasz młody Jojo wyjeżdża na letni obóz Hitlerjugend i tu robi się zaskakująco... zabawna część, przypominająca klimatem uroczych „Kochanków z księżyca” Wesa Andersona. Choć jak zobaczyłam na ekranie Rebel Wilson (grającą zwykle w kiepskich amerykańskich komediach), a także Sama Rockwella (który choć zdobył Oscara za wspaniałe „Trzy billboardy…”, to wg mnie – przerysowuje każdą postać, jaką gra) - miałam obawy. W którą stronę pójdzie ten film? Czy nie skończy się na żartach niskich lotów? Im jednak historia szła dalej, tym bardziej byłam zaciekawiona jak się potoczy. Wszelkie moje wątpliwości i obawy zostały rozwiewane, jak poranna mgła w lesie, w którym rozbito wakacyjne obozowisko.

A gdy główny bohater, w chwilach trudności i słabości, rozmawiał ze swoim przyjacielem na niby – Hitlerem, to znając już cały kontekst, zniknęła kontrowersyjna otoczka. Jako widzowie zaczynamy rozumieć chłopca, współczuć mu, wspierać go. Uzmysławiamy sobie, jak wielka jest dziecięca wyobraźnia i potrzeba posiadania męskiego wzorca, bohatera, który i będzie opiekunem, doradcą i zaimponuje kolegom. Pięknie jest to pokazane w scenie, gdy matka chłopca (Scarlett Johansson)... przebiera się za ojca. Malowała sobie brodę i odgrywała scenki przed juniorem, w których to stawała się dla niego na zmianę mamą i tatą.

A co do dziecięcych pomysłów i sposobie na ucieczkę od okrutnego świata dorosłych, można przytoczyć też inny, niezwykły wojenny film – „Labirynt Fauna”. W tej mrocznej baśni Guillerma del Toro, mała dziewczynka, podczas wojny, tworzy w swojej głowie równoległy świat – pełen dziwnych stworzeń. Jest to odskocznia od problemów, a także miejsce, do którego tylko ona (taka jak tutaj Jojo) ma wstęp.

Co jeszcze poza przyjaźnią z Hitlerem zaskakuje w filmie? To, że chłopiec dowiaduje się przypadkiem, że w jego domu skrywa się największy wróg – Żyd! A dokładnie młoda Żydówka, która przebywa na strychu za zgodą jego matki. I o dziwo dziewczyna (Thomasin McKenzie) nie ma ciała pokrytego łuskami, jak to uczył się dotychczas młody buntownik. Jak to na niego wpłynie i jak potoczą się dalej losy tej nietuzinkowej rodziny – to trzeba koniecznie sprawdzić.

jojo rabbit orange

Materiały prasowe

Film  kryje w sobie wiele wartości oraz nawiązań do kinowych (i literackich) klasyków oraz sporo smaczków. Nie chce Wam zdradzać za dużo i psuć radości z oglądania.

Mali aktorzy z wielkim talentem

Po psychologicznej analizie głównego bohatera, której nie mogłam pominąć, muszę wspomnieć i o postaciach czy twórcach. Młody Jojo został zagrany przez debiutanta - Romana Griffina Davisa - po prostu genialnie. Chłopiec podczas kręcenia tego filmu miał około jedenastu lat, a wykazał się taką naturalnością i perfekcjonizmem! Zasłużona nominacja do Złotego Globu (i jakie zacne towarzystwo – Leonardo DiCaprio i Daniel Craig). Zobaczycie, ja już prognozuję, że młody Davis za parę lat będzie gwiazdą Hollywood. Tak jak stało się to m.in. w przypadku Abigail Breslin (zaistniałej w „Małej Miss”, później grającej np. w „Sierpień w hrabstwie Osage”), czy Nicholasa Houlta (tego zabawnego chłopca z „Był sobie chłopiec”, a dziś amanta w Fabryce snów).

Bezwarunkowo dzieciaki kradną show w „Jojo Rabbit”. To one brylują na ekranie. Jakże cudowny jest też przyjaciel głównego bohatera - Archie Yates (wcielający się w postać Yorkiego). Każde jego pojawianie się na ekranie wywołuje uśmiech na naszej twarzy. On i Jojo to tacy dwaj nieporadni outsiderzy, którzy nie pasują do tamtego świata, ale tak bardzo chcą się wykazać i tak bardzo potrafią nas rozśmieszyć czy wzruszyć.

filmy w orange

Materiały prasowe

No i dochodzimy do trochę starszej obsady, choć o niej już wspomniałam wcześniej, ale np. perełką jest drugoplanowa postać Deertza (Stephen Merchant), który do złudzenia przypomina Her Flicka z kultowego wojennego serialu komediowego – „Allo Allo”. Przypadek?

Z wąsem mu do twarzy

No i jeszcze on - Adolf Hitler. Zagrał go sam reżyser – Taika Waititi. Patrząc na tę rolę, jak i na całą jego twórczości, widzimy że bawi się on kinem, a kręcenie filmów sprawia mu frajdę. Najważniejsze, że udziela się to również widzom. Warto jeszcze wspomnieć, że Waititi jest Nowozelandczykiem, który zaczynał od oryginalnego kina niszowego (nakręcił np. „Orzeł kontra rekin” – zabawna i specyficzna produkcja, która dziś uznana byłaby za film dla geeków), by w ostatnich latach robić bardziej komercyjne projekty. Odpowiada m.in. za reżyserię „Thora: Ragnaroka”, dorzucając do marvelowskiej bajki sporą dawkę humoru. Zdarza mu się kręcić też reklamy. W ostatnim czasie stworzył ciekawą świąteczną reklamę (popularnego napoju), będącą wręcz małym dziełem bardzo krótkiego metrażu. Chociaż można doszukiwać się tu powiązań czy inspiracji do filmu „Sekretne życie Waltera Mitty”.

Ale od filmów przeszłam do reklamy, a więc żebyście nie pomyśleli – „jaka piękna recenzja, taka nie za długa…” to kończę i podsyłam Wam na deser „Jojo Rabbit”. Film, którym można się delektować.

jojo rabbit movie

Dajcie znać w komentarzach jak się Wam podobało!

A więcej filmowych propozycji na grudzień polecam Wam tutaj.

PS. Takie kinowe hity, jak „Jojo Rabbit” znajdzie na Canal+, kanale dostępnym w pakietach Orange Love czy światłowodu z telewizją. Jeśli już go macie lub chcecie stać się nowym użytkownikiem – czeka Was niespodzianka! Przez najbliższe 2,5 miesiąca dodatkowo bezpłatnie odkodowane są kanały z oferty Canal+ Prestige – z serialami, sportem i dokumentami. Szczegóły dostępne są pod linkiem.

 

Komentarze

pablo_ck
pablo_ck 11:09 14-12-2020

To może być fajna komedia ? Tylko kiedy nadrobić wszystkie zaległości? Mam nawet kod na netflixa i…….nie ma czasu na tv. Wolne chwilę wykorzystujemy na regenerację i odpoczynek.

Odpowiedz
    Beata Giska
    Beata Giska 09:40 16-12-2020

    Pablo – polecam naszykować sobie listę do obejrzenia i połączyć ją z postanowieniami noworocznymi. Może w ten sposób uda się nadrobić wszystkie filmowe zaległości 😉

    Odpowiedz

Rozrywka

Ekipa Orange z bliska – poznajcie Michała

Stella Widomska Stella Widomska
11 grudnia 2020
Ekipa Orange z bliska – poznajcie Michała

Obiecałam Wam tu na blogu przybliżyć sylwetki członków naszej Ekipy Orange. Są z nami już dwa lata, a ostatnio zadebiutowali nawet w świątecznej kampanii Orange w telewizji, więc to już chyba czas najwyższy zdradzić Wam trochę ich sekretów. ? Tydzień temu mieliście szansę poczytać więcej na temat naszej jedynej dziewczyny w składzie Ekipy – Ulki Woźniakowskiej. Dziękuję za tak ciepły odbiór, bo to był w życiu blogowym mój pierwszy wywiad. Ale skoro się przyjęło, to idziemy dalej i dziś na ławkę przesłuchań trafia Michał Dudziński, który jest z nami jak Ulka od samego początku. Michał jest aktywny w mediach społecznościowych, gdzie możecie go podglądać na prywatnym kanale na Instagramie. Z wykształcenia aktor, który zarządza najmniejszym teatrem świata w mediach społecznościowych. Zawodowo zajmuje się castingami np. do seriali. Czasem też w nich grywa. Kocha podróże, zdrowy styl życia, dobre jedzenie, ale żeby Wam dozować emocje (jak w klasycznym filmie Hitchcocka) zacznę od najbardziej szokującego wyznania – Michał jest AFOLem! ?

Świat z klocków

Stella: Michał, no to po takim wstępie pytanie nasuwa się samo. Kim jest AFOL?

Michał: To dorosły, który bawi się klockami LEGO. Ale to nie ja. Nigdy nie powiedziałem, że jestem dorosły.

S: Oj tak, bo niby widziałam datę urodzenia w Twoim paszporcie, ale potwierdzam, że żyjesz zgodnie z zasadą „Never grow up!”, co jest bardzo pozytywnym podejściem do życia, którego ja się na razie uczę. To jeszcze pozostając w temacie LEGO opowiedz wszystkim czym jest prowadzony przez Ciebie najmniejszy teatr świata i co się w nim dzieje na co dzień?

M: Na szczęście pandemia i lockdown ominęły mój teatr szerokim łukiem. Odwiedzając go nie trzeba zakładać maski ani zachowywać dystansu. Mojego miasta LEGO Covid na szczęście nie odwiedził. Teatr LEGO to mój autorski projekt - świat, który mieszka w mojej głowie. Od zawsze marzyłem, żeby zostać aktorem. Pochodzę z dosyć małej miejscowości w której hasło "teatr" kojarzone było z chałturami, pseudo spektaklami wystawianymi w salach gimnastycznych w szkołach lub domach kultury. Do najbliższego teatru miałem ponad 100km, nie mogłem sobie pozwolić na częste wizyty, a żyła wciąż we mnie jakaś taka wielka tęsknota i przyciąganie do tej instytucji. To były czasy, kiedy w polskich domach zaczęto zakładać pierwszy internet, stałe łącze, które nie naliczało już opłat jak modem telefoniczny. Całymi nocami siedziałem w internecie przeglądając strony wszystkich teatrów w Polsce i oglądałem zdjęcia ze spektakli. To mnie czarowało. Nie miałem dostępu do teatru, więc to musiało mi wystarczyć. Bardzo mnie kręciła scenografia, kostiumy, światła, ujęcia... aż pewnego razu zacząłem się bawić w teatr klockami LEGO (tego nigdy w domu nie brakowało, a pierwsze zestawy były z Pewex’u). Zacząłem układać jakieś scenki, bawić się światłem. I coś mnie natchnęło, żeby zacząć robić zdjęcia. Zabawa ewoluowała. Zbudowałem dioramę, czyli miniaturę profesjonalnej sceny, zacząłem przerabiać ludziki, rozpisywać ujęcia, projektować światła. Zdąża mi się "zrobić spektakl" na podstawie popularnych dramatów, natomiast większość historii jest wymyślana przeze mnie. Teksty i dramaty, które są w mojej głowie, ale nigdy ich nie napiszę, bo nie umiem pisać. Umiem je jedynie pokazać na zdjęciu. Bawię się tak od jakiegoś 17 roku, czyli przez pół życia.

 

Na co dzień

S: Jak wspomniałam na wstępie wiem, że zdarzało Ci się pojawiać w serialach czy programach telewizyjnych. W czym mogliśmy Cię zobaczyć i pracę, na planie którego z nich wspominasz najlepiej?

M: Właśnie sobie uświadomiłem, że pracuję w zawodzie od 14 lat. Debiutowałem w Teatrze Słowackiego w Krakowie, w tym samym roku w którym dostałem się na Wydział Aktorski w Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Przez ten czas zagrałem kilkadziesiąt ról w filmach, serialach i teatrze. Większych i mniejszych. A epizody zagrałem chyba w co drugim polskim serialu, z tych, które powstały od 2006 roku. ;-) Co do wspomnień z planu - nie zawsze te najprzyjemniejsze przynoszą te najlepsze efekty. Niestety zapamiętuje zazwyczaj te złe. Z jednym bardzo "modnym" reżyserem wspominam pracę koszmarnie. Nie wiem czy chciałbym z nim jeszcze kiedykolwiek współpracować. Oczywiście efekt pracy był taki, że usłyszałem, że to chyba moja najlepsza rola.

S: Aktor/ aktorka, którzy są dla Ciebie autorytetem w dziedzinie warsztatu zawodowego?

M: Nie miałem nigdy autorytetów. W żadnej dziedzinie życia.

S: Ulubiony serial, do którego chętnie wrócisz ponownie to?

M: "Sense8" na Netflix rodzeństwa Wachowskich. Widziałem ponad 10 razy. Dziwny serial. Ma swoich wyznawców jak i przeciwników. Jest w nim pewien rodzaj wrażliwości, emocjonalności, tęsknoty i samotności, której nigdy nie spotkałem na ekranie. Zakochałem się od pierwszej sceny, w której (uwaga spoiler, ale to pierwsza scena przypominam ;-)) Daryl Hannah popełnia samobójstwo. Ma elementy fantastyki i kręcony jest na wszystkich kontynentach. To był najdroższy serial w historii Netflixa. Po drugiej, niedokończonej serii, Netflix nie zrobił trzeciego sezonu. W wyniku petycji fanów po dwóch latach został nakręcony Finale Episode. I uwaga - przez jeden dzień oddychałem tym samym powietrzem co ósemka głównych bohaterów. Jeżeli ktoś jest spostrzegawczy może mnie wypatrzy w 1/3 sekundy na ekranie w odcinku finałowym Sense8. To była najmniejsza rzecz jaką kiedykolwiek zagrałem. Nawet ciężko to nazwać "graniem", ale to był chyba mój najpiękniejszy dzień na planie zdjęciowym.

S: No też coś. Zawsze myślałam, że Twój najpiękniejszy dzień na planie zdjęciowym to ten, w którym kręciłeś pierwszą reklamę telewizyjną dla Orange. ;-) Ok, to wiemy już co robisz zawodowo w życiu równoległym do mediów społecznościowych. Ale śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że Twój kanał na Instagramie, to również miejsce pracy. Opowiesz nam o swoich początkach i pierwszych krokach w Internecie? Skąd pomysł, żeby tam się pojawić i kiedy to było?

Wielki świat influencerski

M: Zaczęło się 5 lat temu. Nie planowałem tego. Po tym jak straciłem ukochaną pracę we Wrocławskim Teatrze Współczesnym wylądowałem w Warszawie. Rzeczywistość była dla mnie bardzo trudna. Nie mogłem znaleźć pracy w zawodzie. Przez przynajmniej rok znajomi namawiali mnie, żebym założył konto na Instagramie, bo to będzie dla mnie najlepszy i darmowy PR. W końcu założyłem. Bylem bardzo aktywny. Wierzyłem, że Insta pomoże mi w rozkręceniu wizerunku aktorskiego i znalezieniu roli. Oczywiście tak się nie stało. Przeobraziło się to w (nie lubię tego słowa) bycie influencerem. Nie mówię, że jest to złe, bo jest bardzo przyjemne. ;-) Chodzi mi o to, że mój kanał miał mieć w założeniu zupełnie inny cel. Prowadzenie profilu zajmuje mi mnóstwo czasu. Przy codziennym publikowaniu jednego wpisu/ zdjęcia mogę to porównać z pracą na pełen etat. Lubię to, pomimo tego, że często przechodzę Instagramowy kryzys, bo pracuję na swój wizerunek. Dodam również, że Instagram nigdy nie był i nie będzie celem. Jest tylko drogą do celu, narzędziem do budowania personal brandingu.

S: Ja potwierdzam, że dopiero przy Tobie zrozumiałam jaka to praca wstawić jedno zdjęcie. Do tej pory jak potrzebowałam jednego zdjęcia, to tylko jedno robiłam. Kiedy pojechaliśmy w lutym do Wietnamu i poprosiłam Cię o zrobienie mi zdjęcia, to dostałam… ponad 20. ;-) Ale teraz już rozumiem, że musisz mieć z czego wybierać, a czasem tego ujęcia nie da się już powtórzyć, bo jesteś w innym miejscu i czasie. Ale wracając do naszej rozmowy – czy masz jakieś dobre rady dla kogoś kto stawia w świecie social media pierwsze kroki?

M: Twórzcie ciekawe treści, dajcie ciut serca, pokażcie to, czego nie widzą inni i róbcie jakościowe zdjęcia. Najtańszym smartfonem można zrobić perełki. Content jest ważniejszy od ilości followersów.

S: To pozostając jeszcze chwilę w temacie pracy – jakie jest Twoje największe zawodowe marzenie? Gdzie widzisz się za kilka lat i co dawałoby Ci poczucie, że robisz to, co kochasz?

M: Chciałbym wrócić na stałe do zawodu. Grać w dobrym teatrze, mieć stałą rolę w serialu, a pomiędzy spektaklami, a serialem jeździć na plan zdjęciowy do filmów fabularnych. Mam takie przyziemne marzenia. Kiedy pracuję w zawodzie jestem po prostu szczęśliwy.

Życie na walizkach

S: To trzymam za to mocno kciuki. A teraz płynnie przejdźmy z pracy do czasu wolnego. Wiem, że uwielbiasz podróżować. Który kraj zapamiętasz najbardziej i dlaczego?

M: Mam swoje trzy ukochane kraje, do których na pewno wrócę: Brazylia, Tajlandia i (pomimo wielu kontrowersji) Singapur. Dlaczego akurat te? Brazylia, a konkretnie Rio de Janeiro - niepowtarzalny latynoski klimat, pazur, oddech, dusza. Do tego 40stopniowy upał, lodowaty ocean z wysokimi falami i przepyszne drinki na bazie świeżych owoców. I najpiękniejsi ludzie na świecie. Z kolei do Tajlandii wrócę za widoki, luz, przepyszne jedzenie, lokalne produkty i ciepło. A Singapur - państwo miasto, to z jednej strony królestwo zakazów, gdzie wielu rzeczy nie wolno, ale czułem się tam paradoksalnie wolny i bezpieczny jak nigdzie. To też multikulturowość i widoki jak z kosmosu.

S: A jakie kraje przed Tobą, czyli co masz na swojej liście „Wyprawy marzeń”?

M: Lubię uciekać z Polski, kiedy u nas jest jesień i zima. Omijam depresję jak tylko się da. Od dziecka marzy mi się Japonia, ale Japonia ma wiosnę i lato w tym samym czasie co Polska, więc jakoś nigdy się nie zgrało. Nie specjalnie mnie kręci Afryka. Uwielbiam Azję i Amerykę Południową. Chciałbym być teraz w Argentynie, tam jeszcze nie byłem. Niestety granice są zamknięte. BTW - Czy czytelnicy wiedzą, że zadajesz mi teraz pytania z Polski, a ja jestem w Meksyku? ;-)

S: O, faktycznie, nie wspomniałam o tym, że pracujemy na odległość. W sumie od marca to jakby nic nowego, tym bardziej, że biuro można mieć gdzie się chce, byle był dobry internet i mała różnica czasu. Ja pracowałam już na przykład z Berlina i bardzo ten model pracy polecam – 8-10 godzin w pracy, a popołudnia i weekendy na eksplorowanie miasta. Teraz na co dzień mam calle np. z Reykjavikiem (pozdrawiam Dominikę! ;-)). Niesamowite jak ten rok zmienił naszą pracę i czasem zastanawiam się czy jeszcze kiedykolwiek (w czasach „po wielkiej zarazie”, kiedy się zaszczepimy i zyskamy zbiorową odporność) wrócimy do modelu pracy 5 dni w biurze. Myślę, że ten czas pracy z domu wielu niedowiarkom udowodnił, że jesteśmy równie (o ile nie bardziej) efektywni i przełożony nie musi mieć cię na oku, żebyś wykonał swoje zadania. Ale wracając do Ciebie w Meksyku - tu nam dochodzi jeszcze różnica czasu. I tak na przykład prawie każdy dzień witam „nocnymi” wiadomościami od Michała. Za oknem szara depresja, a Ty mi nagrywasz filmiki z białej szerokiej plaży spod palmy.  ;-) A teraz temat, który pewnie wszystkim doskwiera od dłuższego czasu. Od marca nasze życie wygląda zupełnie inaczej. Jak już wspomniałam pracujemy z domu. Mniej podróżujemy. Mniej się spotykamy. Co Tobie w pandemii najbardziej dało w kość?

Czas wielkiej zarazy

M: Paradoksy. Rozumiem, że jest niebezpiecznie, musimy uważać, ale paradoksy zniszczyły mnie kompletnie. Największym paradoksem było zamknięcie siłowni. Jak mówi przysłowie "w zdrowym ciele zdrowy duch". Siłownie naprawdę przestrzegają reżimu sanitarnego. Na ogromnych przestrzeniach ćwiczyła garstka ludzi. Ryzyko zarażenia się było tysiąc razy mniejsze niż np. w supermarkecie. Chorzy ludzie nie chodzą ćwiczyć, bo dbają o swoje zdrowie, natomiast chorzy chodzą do supermarketów. Po zamknięciu siłowni myślałem, że zwariuję. Zacząłem źle się czuć, dostałem depresji, aż w końcu uciekłem z Polski.

S: A czy ten „inny” czas przyniósł też jakieś dobre zmiany w Twoim życiu? Podam Ci przykład. Ja nauczyłam się mniej przejmować, bardziej skupiać na sobie i być większą egoistką jeśli chodzi o to, czego ja chce i jakie mam potrzeby. I o dziwo te potrzeby stały się mniej materialne. Dziś zamiast nowej sukienki wolę bilet na samolot, a zamiast wizyty u fryzjera (nie to, że się zapuściłam ?) czas spędzić na wartościowej rozmowie (niestety głównie przez telefon). Ten czas pokazał mi też kim są ludzie wokół mnie. Nie każdy zdał egzamin na przyjaciela (choć ta ławka i tak była dość krótka), ale co ważne wolne miejsca na mojej ławce zapełniły się nowymi, bardzo wartościowymi osobami. Tą metaforą daję Ci znać, że siedzimy na tej ławce razem, co jest dla mnie mocno zaskakujące, bo w „poprzednim” życiu starałam się mieć dwie ławki: zawodową i prywatną. Ale rozgadałam się, jakby to było moje show, a przecież dziś gwiazda jest tylko jedna (Mówiłam Ci już, że moje imię w tłumaczeniu na polski to gwiazda? ?). Dlatego wróćmy do pytania – jest coś, za co chcesz podziękować losowi po tych 8 miesiącach?

M: Za Ciebie i za nasz wspólny home office w moim LEGO mieszkaniu. Innych plusów niestety nie widzę. Mam wrażenie, że przez ten czas nie rozwinąłem się w żaden sposób.

S: To szybko tłumaczę czytelnikom hasło „wspólny home office”. Oboje mieszkamy w Warszawie. I był taki moment, kiedy dotarło do nas, że dużo lepiej pracuje się, kiedy obok jest żywy człowiek, z którym można zderzyć myśli, wypić kawę czy razem zjeść lunch. Także mniej więcej raz w tygodniu pracowałam od Michała. Często to wyglądało tak (za co Cię Michał przepraszam, ale służba nie drużba), że się właściwie mijaliśmy i ja jadłam przy laptopie, przy którym pojawiały się tylko stawiane przez Michała kubki ze świeżą kawą, a jak miałam 5 minut przerwy, to nagle okazywało się, że jestem w domu sama, bo Michał poszedł po zakupy czy na siłownię, ale i tak świadomość, że obok jest ktoś bardzo mi pomagała. Ale wracam do naszej rozmowy i pytanie z kategorii telco (bo w końcu spotykamy się na łamach bloga telekomunikacyjnego) – Twój telefon marzeń to?

Kategoria "Telekomunikacja"

M: Od zawsze najważniejszy byl dla mnie aparat. Uwielbiam robić zdjęcia smartfonem. Idealny powinien mieć przynajmniej 4 obiektywy z tyłu i dwa z przodu. Do tego bardzo wysoka rozdzielczość i pamięć operacyjna. Nie może się zacinać, szczególnie przy robieniu zdjęć. Zdjęcie powinno być robione przynajmniej z dwóch obiektywów, bo dla mnie bardzo ważne jest używanie funkcji przysłony! Wszystko na androidzie, bo do jabłka raczej nigdy się nie przekonam. I teraz wisienka - nie podam marki, ale idealnie by było gdyby mój idealny telefon obsługiwał usługi Google. ;-)

S: To już chyba wszyscy wiedzą jakiej marki masz telefon. ;-) Ja potwierdzam, że wszystkie moje najładniejsze zdjęcia robił telefonem Michał. Ale pozostając w kategoriach telefonicznych – wolisz zadzwonić czy napisać?

M: Pisać. Nie znoszę siedzieć i gadać na telefonie. Dzwonię jedynie wtedy, kiedy potrzebuję pilnej odpowiedzi.

S: Przed „wielką zarazą” miałam podobnie. Ploteczki przez telefon, to nie była moja bajka. A teraz się to lekko zmienia. Może przez to, że jestem zwierzęciem stadnym, to jakoś sobie tymi rozmowami rekompensuję brak żywych istot obok. Michał, to czego Ci życzyć na koniec naszej rozmowy?

M: Przecież wiesz, że kryształowej kuli Tańca z Gwiazdami, rozszyfrowania Agenta i tytułu polskiego LEGO Master ?

S: O tak, potwierdzam, że to prawdziwe marzenia, a nie żarty. Także jeśli czyta nas ktoś decyzyjny z Polsatu – halo, mam dla Was kandydata! ;-) Michał, bardzo dziękuję za poświęcony czas i otworzenie się przed naszymi czytelnikami.

Jeśli ktoś z Was ma niedosyt, to oczywiście niech pyta w komentarzach. A kolejny wywiad już za tydzień. Porozmawiam wtedy z Bartoszem, czyli jednym z trzech nowych członków Ekipy Orange. A może jego chcecie o coś zapytać? Śmiało piszcie w komentarzach, a ja będę go przesłuchiwać w Waszym imieniu. I do przeczytania/ zobaczenia za tydzień! ?

Komentarze


Zielony Operator

Technologie pomagają miastom być bardziej zielonymi

Hanna Jaworska-Orthwein Hanna Jaworska-Orthwein
11 grudnia 2020
Technologie pomagają miastom być bardziej zielonymi

Przyszłość należy do miast. Według ONZ w 2050 r. będzie w nich żyło tyle ludności, ile wynosiła cała populacja świata w 2002 r. Aby miasta rozwijały się w zrównoważony sposób potrzebna jest nowoczesna infrastruktura telekomunikacyjna, która pełni rolę swoistego układu krwionośnego niezbędnego dla ich zdrowia i życia. Pozwala lepiej zarządzać dostawami wody, energii, gazu czy utylizacją odpadów komunalnych.

Miasta, w których dziś żyje 75% obywateli Unii Europejskiej stają się centrami inwestycji oraz wzrostu gospodarczego. Dynamiczny rozwój ma też swoje cienie - coraz trudniej o czyste powietrze, przestrzeń i dostawy energii czy wody. Dlatego ważne jest poszukiwanie rozwiązań, które umożliwią miastom rozwój w zrównoważony sposób. I tu z pomocą przychodzą nowoczesne technologie. Rozwiązania smart city to ich wielka szansa.

Wiele inteligentnych rozwiązań

Główną cechą inteligentnego miasta jest umiejętna analiza i wykorzystanie danych zbieranych przez urządzenia oraz czujniki Internetu Rzeczy (IoT). To pozwala poprawić jakość życia mieszkańców, przynosi korzyści finansowe, ogranicza zanieczyszczenie środowiska i sprawia, że czujemy się bezpieczniej. Do niedawna wiele rozwiązań smart city było poza zasięgiem włodarzy miast i mieszkańców, a ogromne ilości danych pozyskiwanych nie mogły być wykorzystywane. Przełomem stało się pojawienie rozwiązań chmurowych, a kolejnym będzie wdrożenie sieci 5G.

Dziś cyfryzacja pomaga monitorować jakość powietrza, gospodarować odpadami, optymalizować transport oraz efektywnie zarządzać energią i systemem oświetlenia w mieście. Rozwiązania „smart” pozwalają monitorować i optymalizować nieefektywne lub zbyt energochłonne procesy. I choć znaczna część emisji gazów cieplarnianych pochodzi z miast, dzięki smart rozwiązaniom można je zredukować nawet o 15% ograniczając produkcję energii elektrycznej i ciepła. Inteligentne miasta odegrają również kluczową rolę w dbaniu o zasoby wody. Szacuje się, że systemy nawadniające zapobiegające wyciekom oraz monitorujące jej jakość i zużycie pozwolą na zaoszczędzenie od 25 do 80 litrów wody na osobę dziennie!

Smart City na świecie i po polsku

Według ostatniego indeksu CIMI (Cities in Motion) najbardziej inteligentnym miastem jest Londyn. Na drugim miejscu Nowy Jork, a na trzecim Paryż. Spośród polskich miast, które znalazły się w zestawieniu była Warszawa (54 miejsce) i Wrocław (88 miejsce). Warto jednak zwrócić też uwagę na wysiłki podejmowanie przez: Katowice, Jaworzno, Kielce, Gdynię i Gdańsk - miasta przyjazne mieszkańcom i środowisku.

Pierwszymi inteligentnymi wdrożeniami w Polsce były zmiany systemów oświetlenia i zarządzania ruchem. Kamery zaczęły zbierać dane pozwalające upłynnić ruch i rozładować korki, ale także skonfigurować optymalnie połączenia komunikacji publicznej, co przekłada się na racjonalne zużycie paliw. Ostatnie lata to szybki rozwój systemów współdzielonej mobilności, od samochodów przez skutery i rowery po hulajnogi.

Świetnym przykładem wdrożeń pozwalających na ograniczenia ilości ścieków i odpadów wodociągowych jest Wrocław. Dzięki zaimplementowaniu nowoczesnego systemu zarządzania siecią wodociągową tylko w ciągu roku, zaoszczędzono 500 mln litrów wody i zmniejszono straty miejskich wodociągów, aż o 9%.

Innym ciekawym przykładem jest Warszawa, gdzie cyfryzacja pozwala lepiej zarządzać miejskim drzewostanem. Miasto zaangażowało się w projekt tworzenia Map Koron Drzew. Dzięki temu, powstaną szczegółowe mapy warszawskiego drzewostanu wraz z uwzględnieniem rozmieszczenia i gatunków poszczególnych drzew, a także ich kondycji. Pozwoli to na efektywniejsze dbanie o miejską zieleń, a w przyszłości szacowania usług ekosystemowych np.: sprawdzenie, ile drzewa mogą pochłonąć szkodliwych substancji, albo jak dużo wody są w stanie zmagazynować.

Rozwiązania od Orange

Dzięki nowoczesnym technologiom miasta mogą opracować tańsze i bardziej ekologiczne modele dostarczania usług miejskich. Już ponad 80 miast i gmin korzysta z rozwiązań smart od Orange.  Nasze rozwiązania stosują do zdalnego opomiarowania wody, czy monitoringu usług komunalnych pozwalających np. optymalizować liczbę transportów odbioru odpadów. W wielu z nich wdrożyliśmy instalacje inteligentnego oświetlenia i sensory jakości powietrza. Umożliwiamy również działaniem miejskim wypożyczalniom rowerów.

A co to oznacza dla środowiska? Oto przykład miasta Krosno Odrzańskie, w którym przy udziale Orange Polska wdrożono wodomierze wyposażone w specjalną nakładkę umożliwiającą precyzyjny odczyt i przesyłanie go przez sieć komórkową do centralnego serwera. Pozwala to na natychmiastową reakcję np. na wycieki związanych z awariami. To realne oszczędności, bo straty wody zmniejszyły się o nawet o kilkanaście procent.

Zapraszam również do posłuchania o idei inteligentnych miast w cyklu realizowanym wspólnie z Polityką Insight „Przyszłość jest dziś”: (link).

 

Komentarze

Scroll to Top