Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (26)

15 grudnia 2017

Co w gadżetach piszczy (26)

Idą święta, nie zaszkodzi więc wrócić z gadżetowym nieregularnikiem. Dziś postaram się wzbudzić Wasze zainteresowanie, opisując krótko i w miarę zwięźle jeden telefon (który jeszcze niedawno mogliście u nas wygrać, ale nieprzerwanie możecie kupić), przydatny sprzęt do samochodu i – już standardowo w „co w gadżetach piszczy” – inteligentny zegarek.

Huawei Mate 10 Lite – Cztery aparaty to nie wszystko

Kto z Was pamięta jeszcze czasy, gdy o urządzeniach Huawei nie wyrażało się inaczej, niż (używając odpowiednio pogardliwego tonu) per „chińszczyzna…”? To już od paru lat se ne vrati, a znakomita pozycja na rynku firmy z pawiem w logo to w znacznej części zasługa nie flagowców, ale świetnie wykonanym telefonom ze średniej półki, takich jak Huawei Mate 10 Lite.

Na pierwszy rzut oka Lite robi wrażenie „wysokopółkowca”. Nie ma czego się czepnąć – aluminium, szkło, czytnik odcisków – wszystko jest! Nawet ekran w proporcjach 2:1 z wąziutkimi ramkami. Można się czepnąć, że to IPS, a nie AMOLED, ale na czymś trzeba oszczędzić – w końcu dwa Mate Lite’y to cenowo jeden „bazowy” Mate 🙂

Jeśli by znaleźć jedno, czym Mate Lite się wyróżnia, byłyby to aparaty fotograficzne. To jeden z niewielu telefonów, z czterema aparatami! Z tyłu mamy duet 16+2 Mpix, zaś z przodu dwie 13-megapikselowe matryce. A to pozwala na sporo zabawy przed wykonaniem zdjęcia, oczywiście w trakcie, ale też już po jego zrobieniu. No i jak Huawei zrobi bokeh, to nie ma… Hmmm, wielbiciele polskiego kina wiedzą 😉 A jak już go zrobi to i z przodu i z tyłu, a w obu przypadkach doświetli fleszem.

Huawei Mate 10 Lite na co dzień działa płynnie, nie zamula (w czym pomagają 4 GB RAMu), brakuje mu tylko (lub – w moim przypadku – aż) NFC. Ja jestem fanem technologii nie wyobrażam sobie płacenia czymś innym, niż Android Pay, ale jeśli Wy możecie bez tego żyć, to warto zajrzeć do naszego sklepu.

Ferguson EyeDrive FHD170 – I Ty możesz współtworzyć „Polskie Drogi”

Oglądacie Youtube’ową serię „Polskie Drogi”? Ja jestem jej fanem niemal od początku i mam wrażenie, że przynajmniej kilka razy świadomość tego, co może wpaść do głowy innemu kierowcy, uratowała mój samochód od wizyty u blacharza i/lub mnie od wizyty w szpitalu. Czasami można mieć wrażenie, że kamera w aucie przyciąga takie sytuacje. Na szczęście u mnie, od czasów, gdy używam rejestrator Ferguson EyeDrive FHD170, nic złego się nie stało.

Sama kamerka jest raczej mała, dzięki czemu nie zasłania widoku. Wygląda na sprzęt z wyższej półki, a jedyne co na to nie wskazuje, to – na szczęście – cena. Menu z jednej strony jasne, ale z drugiej – nie całkiem przejrzyste, może się więc okazać, że po wybraniu opcji „mikrofon-włącz”, na ekranie pokaże się przekreślona ikonka mikrofonu. No ale potem można przełączyć 🙂 Wideorejestrator może się uruchomić automatycznie po włączeniu silnika, a gdy już zadziała, na górnym pasku widzimy wielkie czerwone kółko i jakość nagrania (maksymalnie Full HD_, zaś na dole – godzinę i datę. Jakość jest na tyle dobra, że widać, nawet po ciemku, rejestracje mijających nas pojazdów. Szerokokątny obiektyw zbiera dużo, auto stojące obok widać też na ekranie rejestratora. Oczywiście ten po chwili się wyłącza i widzimy tylko świecącą się lampkę. Nagrywamy ile chcemy – kasowanie najstarszych nagrań, gdy kończy się miejsce, to już standard. FHD170 sam zablokuje do edycji nagranie, jeśli czujnik wstrząsowy odnotuje „dzwona”, możemy też zrobić to sami, wciskając guzik z wykrzyknikiem. Urządzenie dysponuje też trybem parkingowym, uruchamiającym się w momencie wstrząsu i trzymającym w buforze nagranie z ostatnich chwil przed uderzeniem w nasze zaparkowane auto.

Irytują tylko dwie rzeczy – umiejscowienie wtyczki do ładowania na górze (!) urządzenia i dziwny standard plików wideo – nie poznaje ich domyślny odtwarzacz w Windows 10, Chromebook też nie, wyłącznie Windows Media Player. Ale, biorąc pod uwagę cenę, da się z tymi wadami żyć.

Fitbit Blaze – Trener na nadgarstku

Ostatnio co odcinek piszę o inteligentnych zegarkach, ale co poradzę na to, że lubię kwantyfikować swoje życie? Nie potrafię inaczej, kręci mnie to, lubię grywalizować nawet sam ze sobą. Dlatego na mój nadgarstek trafił Fitbit Blaze. Firma z San Francisco to prekursor fitness trackerów. Przypinany do ubrania klip Ultra wszedł na rynek w 2011 roku i mierzył kroki oraz jakość snu.

Młodszego o sześć lat (toż to epoka w technologii!) Blaze’a na upartego można by założyć do garnituru (po wymianie paska, co da się zrobić jednym ruchem). W sieci wygląd Blaze’a wzbudza kontrowersje, ale mnie się podoba. Mocna, niezniszczalna aluminiowa ramka z kwadratowym trackerem wewnątrz wygląda intrygująco. Co więcej, mówimy o urządzeniu fitnessowym, nie sposób więc nie docenić dodatkowego wietrzenia spoconej ręki. Kolorowy dotykowy ekran 1,58″ rozjaśnia się po wciśnięciu przycisku, ale przede wszystkim po uniesieniu ręki. Intuicyjny interfejs w soczystych kolorach, widoczny w pełnym słońcu, bateria wystarcza nawet na pięć dni. Pytanie jednak, czy to ostatnie to plus, skoro chcąc zapisać trasę treningu i tak musimy wziąć… telefon? A to dlatego, że Blaze „pasożytuje” na jego GPSie. No ale bateria starcza na dłużej.

Do obsługi instrukcja jest zbędna. Przesuwamy palcem w lewo i widzimy: Today (osiągnięcia z dziś), Exercise (bieg, chód, rower, bieżnia, stepper eliptyczny, cardio), Fitstar, Relax, timer, alarm i ustawienia. Fitstar to trener fitness, Relax zaś – pomocnik do ćwiczeń oddechowych. Na ekranie widzimy polecenia, dotyczące predefiniowanych aktywności, a zegarek informuje nas wibracją, że mamy spojrzeć na ekran po kolejne polecenia. Fitbit Blaze przy swojej cenie to ciekawa alternatywa dla droższych lub „mniej mających” urządzeń.

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (26)

Innowacje

Co w gadżetach piszczy (21)

26 listopada 2016

Co w gadżetach piszczy (21)

Nagromadziło się przetestowanych gadżetów, dlaczego więc nie miałbym podzielić się wrażeniami z Wami tydzień po tygodniu? Dziś będzie o urządzeniach dla biegaczy (choć przy poziomie zanieczyszczeń w stolicy sugerowałbym wybrać bieżnię w zamkniętym pomieszczeniu), tablecie dla melomana, no i – last but not least – nowym iPhone’ie.

Garmin Fenix 3/VivoactiveGarmin Fenix 3/Vivoactive – Pierwszy wybór dla sportowca

Kiedyś była taka reklama: „Mówisz piwo – myślisz…” – i tu zamilknę, by reklamy nie robić. W przypadku zegarków dla sportowców analogia od lat jest podobna: mówisz zegarek – myślisz Garmin.

Najpierw o tym co dzieli urządzenia Fenix 3 i Vivoactive, a jest to bez wątpienia wygląd. Pierwszy z nich to niebrzydki okrągły zegarek, z masywną metalową obwódką, z dużymi przyciskami o wyraźnym skoku, niezbędnymi, ponieważ ekran – to niespodzianka – nie jest dotykowy. Vivoactive natomiast, hmmm… Cóż, nie trzeba być pięknym, by być funkcjonalnym, a płaskie, kwadratowe urządzenie na nadgarstek trudno nazwać szczytem designu. Warto zaznaczyć, że w przypadku Fenixa nie tylko zegarek jest okrągły, ale ekran też, co wcale nie jest oczywiste.

Dalej jest już jednak w obu przypadkach doskonale. Błyskawiczne łapiący fixa GPS, wodoodporność, możliwość dołączenie akcesoriów w standardzie ANT+ (pomiar tętna na nadgarstku? Bez żartów, tylko pasek na klatce piersiowej da realistyczne wyniki), wbudowany akcelerometr (co oznacza, że trening na bieżni, czy ergometrze, też będą się dobrze zapisywać), znakomite baterie, wytrzymujące nawet do dwóch tygodni! Oczywiście maksimum osiągają, gdy nie logujemy treningów, a wtedy… po co nam taki zegarek? Dyscyplin sportowych do wyboru mamy kilkanaście, dla każdej z nich zegarek i akcesoria zbierają konkretne dane i robią to bardzo dokładnie. Oczywiście oba mogą też pełnić rolę smartwatcha, przekazując nam np. powiadomienia z aplikacji w telefonie, a jeśli jesteśmy fanami Endomondo, treningi mogą wrzucać się na ten serwis automatycznie.

Huawei MediaPad M3Huawei MediaPad M3 – Bez kompromisów

Od jakiegoś czasu krąży fama, że czas tabletów już się skończył, nikt ich nie używa, nie są potrzebne. Famę serdecznie pozdrawiam, choć po zastanowieniu… hmmm, faktycznie jakby firmy przyhamowały z wypuszczaniem na rynek urządzeń o przekątnej 8+ cali. Jednym z wyjątków jest Huawei i jego nowy MediaPad M3.

To tablet nie do przegapienia na półce. Chłodna, niemal w pełni aluminiowa obudowa (może nieco zbyt ciężka – 310g) dzięki której tablet nie wygląda jak odpustowa zabawka, kapitalnej jakości ekran IPS w rozdzielczości QHD (z możliwością ustawienia jakości kolorów i temperatury barwowej) i niepozorne dziurki na krótszych bokach skrywające nie byle jaki sprzęt – głośniki renomowanej firmy Harman/Kardon. Nie uważam się za audiofila, ale w mojej opinii – jest kosmicznie. Głośno i krystalicznie czysto, naprawdę nie ma się do czego przyczepić, a w szranki z tym urządzeniem może stawać tylko Alcatel Idol 4/4S.

MediaPad M3 nie uznaje kompromisów, zarówno w kwestii dźwięku i ekranu, jak też baterii i – przede wszystkim – wydajności. Ogniwo 5100 mAh zapewne wpływa na masę urządzenia, istotniejsze jest jednak to, że nawet przy całodziennym intensywnym użytkowaniu tablet nie powie nam: „Sorry, mam dość” przed powrotem do domu. Do tego 4 GB RAM i szybki procesor Kirin 950. Antutu pokazuje niemal 94 tys. punktów i o ile benchmarki nie zawsze oddają stan faktyczny, mnie w ciągu dwóch tygodni nie udało się MediaPada „zmęczyć”. Do tego zależnie od wersji 32 lub 64 GB miejsca na pliki, miejsce na kartę SD i w niektórych wersjach na kartę SIM LTE. Irytuje tylko… jeden przycisk pod ekranem, zamiast standardowych trzech i związana z tym konieczność używania kombinacji stuknięć i przesunięć po przycisku. Jednak mimo tego – jest świetnie.

iPhone 7 PlusiPhone 7 Plus – Niewiarygodnie płynny

Swego czasu nie lubiłem iPhone’ów. Czy raczej tak myślałem, bo tak naprawdę nie podoba mi się agresywny marketing i kultura fanbojów. iPhone 7 Plus, którego ostatnio testowałem, po raz kolejny dowiódł mi, że produkty rodem z Cupertino są świetne, tylko po prostu nie dla mnie.

Przekonał mnie iPhone 5, gdzie pozostając przy pierwszorzędnych materiałach zrezygnowano z 4-calowych ekranów dla krasnali. Choć 7 Plus to skrajność w drugą stronę – miałem w ręku wyraźnie mniejsze telefony z ekranem 5,5 cala. Sam ekran natomiast – cóż, mój brat ma wypieki na twarzy, gdy mówi „Retina!”, a ja powiem, że po prostu jest bardzo dobrze. Klucz przy korzystaniu z iPhone’a z mojego punktu widzenia to jednak przede wszystkim szybkość działania. Tu nic się nie ma prawa przyciąć, zamyślić, to ma działać, nawet jeśli otwarte jest multum aplikacji i faktycznie – 7 Plus to absolutna czołówka jeśli chodzi o płynność, a telefonów w rękach miałem już naprawdę sporo. Dla fanatyków Antutu – 190 tysięcy punktów (!)

iPhone’a 7 Plus miał wyróżniać podwójny aparat. Używałem go przez cały czas testów jak najzwyklejszy normalny, nic nie przestawiłem, nie patrzyłem co umie – generalnie jak standardowa „idiotenkamera”. No i okazało się, że to chyba faktycznie jeden z najlepszych aparatów, z jakich korzystałem. Ładne kolory, żadnych szumów, artefaktów, problemów z ustawianiem ostrości, wyraźne zdjęcia nawet w nocy przy odrobinie światła. Co najciekawsze całe wielkie urządzenie karmi bateria o pojemności zaledwie 2900 mAh, która po całym dniu pracy, gdy używałem 7 Plusa jako mojego głównego telefonu, potrafiła mieć nawet 40 proc. pojemności. Coś takiego ciężko pobić.

Jakiś minus? Jeden, to co dla fanów Apple jest największym plusem. Jestem przyzwyczajony do tego, że mogę dowolnie konfigurować sobie widżety na każdym ekranie, a ikony obok siebie to mam przy wejściu do menu. Dlatego, choć iPhone 7 Plus to świetne urządzenie – nie jest dla mnie. Aha, i brak jacka mi nie przeszkadza, mam słuchawki na Bluetooth 🙂

Pełen wybór iPhone’ów (i innych smartfonów) znajdziecie oczywiście w naszym sklepie.

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (21)

Innowacje

Co w gadżetach piszczy (20)

19 listopada 2016

Co w gadżetach piszczy (20)

Powoli, ale nieubłaganie – w sumie nie to, żebym narzekał – zbliżają się święta. Pora sypiącego (oby) śniegu, mrozu, wcześnie zapadających ciemności i… wizyt Świętego Mikołaja 🙂 A skoro tak, to pora zagęścić ruchy na klawiaturze i wspomnieć nieco o kolejnych zabawkach. Tym razem ulubiony gadżet każdego mężczyzny, co nieco o graniu w pecetowe gry bez komputera, no i oczywiście telefon, a nawet dwa.

eddf644b35d62abd656999b7dc5ae36f614iRobot Roomba 980 – Odkurza jak człowiek

Prawda, że kochacie odkurzać? Ta rozkosz chodzenia po domu/mieszkaniu, wypatrywanie brudów, warkot odkurzacza, przepinanie kabla do kolejnych gniazdek… Dobra, żartowałem – nie znam nikogo, kto by lubił odkurzać. Znam za to wielu ludzi, którzy lubią, gdy tę pracę robi za nich robot.

Seria Roomba firmy iRobot to od lat synonim samojezdnego odkurzacza. Model 980 to rewolucja w porównaniu do testowanego przeze mnie 13 odcinków temu „880”. Przede wszystkim dlatego, że robot, którego ochrzciłem swojsko „Stefanem”, nauczył się dostępu do internetu. Teraz to pełnoprawne urządzenie Internetu Rzeczy, którego możemy  choćby uruchomić z pracy, gdy z wizytą zapowie się nieoczekiwany gość, sprawdzić jak się czuje, czy przypadkiem się nie zaciął. Koniec długotrwałego programowania przez przyciski na obudowie – wystarczy aplikacja w smartfonie.

Przede wszystkim jednak 980 działa efektywnie i szybciej. Poprzedni model wydawał się poruszać po moim mieszkaniu losowo, a Stefan sprząta niczym człowiek! Serio, posuwa się po linii prostej wg. algorytmu do ściany-zawróć-do ściany, omijając oczywiście przeszkody po drodze. To m.in. dzięki wprowadzeniu w tym modelu kamery, która pomaga urządzeniu w sporządzeniu mapy sprzątanego pomieszczenia. Co więcej, odkurzacz analizuje sprzątaną powierzchnię i o ile na gładkiej podłodze jest cichszy niż poprzednik, to np. przy wjeździe na dywan moc wzrasta do nawet dziesięciokrotności poprzedniej. Efekt widać od razu. Taka służba w domu to ja rozumiem 🙂

Smartfony LG seria X – Korzyści większe od kompromisów.6dc447f6c665340b517000b7d3869aa2582

O ile o flagowych smartfonach mówi się zdecydowanie najwięcej, mam przeczucie graniczące z pewnością, że sprzedaż, zarówno ilościowo jak i wartościowo, robi tzw. średnia półka. Kłopotem producentów jest jednak to, że wiedzą o tym wszyscy, podaż słuchawek jest olbrzymia, więc trzeba wymyślić coś, co pozwoli się wyróżnić.

„A gdyby tak zrobić serię telefonów, które miałyby jeden element charakterystyczny dla flagowca?”. Tak musieli kiedyś pomyśleć w R&D LG, a seria X udowodniła, że w tym szaleństwie jest metoda.

Ekran i bateria – to wyróżniki testowanych przeze mnie X Mach i X Power. Na czymś trzeba oszczędzić, więc w obu przypadkach mamy do czynienia z terminalami plastikowymi, ale nie brzydkimi. Lekkie, dobrze spasowane, przyjemne w dotyku, a przede wszystkim nie śliskie. W przypadku X Macha nawet z przyciskami przeniesionymi na tył (jak w G3 i G4) i czujnikiem odcisków palców.

Po nazwie mogłoby się wydawać, że wyróżnikiem Macha będzie prędkość, jednak tu istotą jest ekran. Rozdzielczość QHD to wciąż rzadkość w telefonach ze średniej półki, a 5,5-calowy ekran IPS LCD powoduje, że wizualna strona korzystania z tego telefonu to duża przyjemność. Czyż nie o to nam chodzi w smartfonach? X Power natomiast rozwiązuje popularny w dzisiejszych czasach problem „złotego środka”. Już nie musimy się zastanawiać, z czego zrezygnować, by bateria wytrwała do końca dnia. Ogniwo 4100 mAh mnie spokojnie wystarczało na półtora dnia, a myślę, że większość użytkowników będzie musiała ładować X Powera co 2-4 dni. Dla takiej baterii można nawet pójść na pewien kompromis z wydajnością.

Smartfony LG (i nie tylko) znajdziecie w naszym sklepie.

b0f936664eadb5ecf9d35cd7fc4e7f1e560Nvidia Shield – Na pececie… bez peceta

Pamiętam jeszcze czasy, gdy granie na PC oznaczało najpierw zakup i złożenie odpowiednio mocnego desktopowego komputera, a potem – z roku na rok – wymianę komponentów tak, by bez problemu chodziły na nim nasze wymarzone gry. Co byście jednak powiedzieli na to, by zagrać „na pececie”… bez peceta?

Co prawda Nvidia Shield ma w nazwie „Android TV”, używanie jej wyłącznie do tej roli (a sprawdza się w niej świetnie) było marnowaniem jej możliwości. Wsparta 3 GB RAMu Nvidia Tegra X1, najbardziej zaawansowany procesor mobilny na świecie pozwala bowiem na coś do niedawna niespotykanego – pełnienie roli Klienta dla gier PC streamowanych z mieszczącego się we Frankfurcie europejskiego centrum Nvidii. Kupujemy dostęp do usługi (9,99€/miesiąc, pierwszy kwartał za darmo), możemy dokupić (w cenach sklepowych, ale dostajemy też kod Steam, który możemy odsprzedać) gry, ale jest też sporo starszych tytułów w które zagramy w ramach abonamentu. Efekt jest niesamowity, bo nie dość, że uruchomienie gry zajmuje maksimum 30 sekund (a instalacja nowej gry na PC może potrwać kilka godzin) to jeszcze większość produkcji uruchomimy w 1080/60fps. Do tego trzeba oczywiście spełnić minimalne warunki, z którymi mój domowy Orange Światłowód nie ma żadnego problemu, ale wystarczy 80 Mbps z pingami w okolicach kilkunastu milisekund. W zestawie mamy jeden pad, a jeśli nie chcemy wydawać na drugi, można podłączyć dowolny, pod warunkiem, że obsługuje Bluetooth. Można oczywiście grać też w gry Androidowe (działający koszmarnie przy dotyku Knights of The Old Republic jest wręcz stworzony do gry przy użyciu pada).

No i wygląd – dwa odcienie czerni, zielony świetlny akcent niczym ostrze laserowego noża. Urządzenie nie tylko funkcjonalne, ale i piękne.

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (20)

Innowacje

Co w gadżetach piszczy (19)

24 września 2016

Co w gadżetach piszczy (19)

Długo się zbierałem do kolejnego tekstu o gadżetach, ale tak to już jest z powrotem po urlopie – parę chwil zajmuje. Udało mi się jednak opanować sytuację, pora więc opisać trzy gadżety, które podczas rzeczonego urlopu mi towarzyszyły. Bez jednego nie wyobrażałbym sobie udanego długiego wyjazdu samochodowego, pozostałe zaś – cóż, o ile ciężko je nazwać niezbędnymi, to jednak znacznie ułatwiły mi życie.

add08998d7042c4e492721b5b3c9e503d22Garmin nüvicam – Bezpiecznie jak w limuzynie

Kiedyś do nawigacji po drogach służył atlas samochodowy. Teraz najczęściej aplikacja na smartfonie, czasem jednak warto wziąć ze sobą dedykowane urządzenie. Szczególnie, gdy jest ono hybrydą nawigacji, rejestratora wideo i dodatkowych systemów zabezpieczeń.

Garmin Nüvicam to 6” ekran otoczony sporą ramką. Przy szybie utrzymuje je potężny uchwyt magnetyczny, a samo urządzenie czasami tylko lekko zasłania drogę. Interfejs użytkownika jest w całości po polsku, warto jednak przed wyjazdem sprawdzić, czy nie ma – darmowej – aktualizacji map. W moim przypadku była, na szczęście dzięki Światłowodowi Orange 8 gigabajtów ściągnęło się i zainstalowało w niespełna pół godziny.

Nawigacja szybko ustala trasę, informuje po polsku, nie zarzuca nas komunikatami. Przy skomplikowanych skrzyżowaniach ekran dzieli się na pół, pokazując asystenta pasa ruchu i dokładny rysunek docelowej drogi, włącznie z wiszącymi nad nią znakami. Nie sposób się pomylić. Po połączeniu z naszym telefonem urządzenie nie tylko staje się ono zestawem głośnomówiącym, ale przede wszystkim dostarcza nam uzupełniane na bieżąco informacje o ruchu, wpływające na ew. propozycję zmiany trasy. Ruszając w Europę można też ustalić oddzielnie dla każdego kraju, czy chcemy jeździć po płatnych/winietowanych drogach.

Kamera to nie tylko dobrej jakości wideorejestrator. Dodaje ona również naszemu samochodowi funkcje znane z nowoczesnych limuzyn – ostrzeżenie przez zbyt krótkim dystansem do poprzedzającego pojazdu oraz przed niekontrolowaną zmianą pasa ruchu. Minusy? Dwa drobne: we Włoszech informacje o ograniczeniach prędkości często rozmijały się z rzeczywistością, a urządzeniu kilkakrotnie zdarzyło się zamiast jednego skrętu wybrać kompletnie pokręconą trasę.

965e6f5c47036cf9f67e9752fe47fe023bcSamsung Gear 360 – Magia wspomnień po nowemu

Kiedyś fotografując każdą scenę trzeba było rozważnie wybrać, bo filmy kosztowały, a wywołując zdjęcia samemu mogliśmy z wypiekami na twarzy patrzeć jak na papierze magicznie pojawiały się obrazy. Teraz bariera wejścia w fotografię nie istnieje, każdy ma komórkę. Co będzie następnym krokiem? Fotografia 360 stopni.

Samsung Gear 360 to futurystycznie wyglądająca kula, przypominająca w mniejszej skali tę na samochodzie Google Maps. Jej elementem jest mały „kijek”, za który możemy ją trzymać, bądź rozłożyć go do formy trójnoga. Kamera współpracuje wyłącznie z telefonami Samsunga od S6 w górę i od Note 4 w górę, ale na upartego telefon nie jest niezbędny. Dostępne na malutkim wyświetlaczu obsługiwane trzema przyciskami menu pozwala wybrać, czy robimy zdjęcia, czy filmy (zwykłe, zapętlone, lub timelapse) oraz czas samowyzwalacza. Dzięki kształtowi Gear 360 i brakowi flasha (obiektyw o świetle f/2.0 zazwyczaj daje radę) nie wyglądamy jak byśmy robili zdjęcia, a ochrona w zwiedzanych zabytkach zazwyczaj nie zwróci uwagi na faceta, podnoszącego na 3 sekundy nad głowę kulę. Umieszczone po dwóch stronach kuli szerokokątne kamery zachodzą na siebie kątem widzenia, tworząc w pełni panoramiczny obraz, co oznacza, że nie musimy łapać kadru. Efekt robi wrażenie, mimo iż wyraźnie widać miejsce łączenia zdjęć. Jeśli jednak nie szukamy dziury w całym, oglądanie fotek i filmów 360 w okularach VR (ja robiłem to na prywatnym Alcatelu Idol 4S) robi wrażenie. To, że nie są idealne, paradoksalnie jest ich wielkim plusem – wielu zapomina, że świat, który oglądamy bez pośrednictwa smartfona też bywa ziarnisty. Najlepsza forma wspomnień z wakacji, jaką miałem, przy założeniu, że mamy na czym je oglądać.

a40c6e4d34de984aa8bbe0caa223c735cbbSamsung Galaxy Note 7 – Równie świetny, jak pechowy

Wielbicieli szyderstw zawiodę, nie będę szedł jak baran za stadem, przede wszystkim dlatego, że po trzech tygodniach z najnowszym Note mogę o nim mówić wyłącznie dobrze. A przede wszystkim znów mam dylemat, jakiego rozmiaru telefony najbardziej mi odpowiadają. Długo miałem wrażenie, że optimum to 5, może 5,2 cala. Tymczasem 5,7” w Note 7 wcale mi nie przeszkadzało!

Zapewne dlatego, że Note 7 nie ma ramek po bokach, w efekcie robiąc wrażenie mniejszego, niż jest, a sam fakt „oplatania” telefonu ekranem robi imponujące wrażenie. Faktycznie, czasami, gdy trzymałem go w zagiętej dłoni, odbierał dotyk bocznej krawędzi, co przeszkadzało w uruchomieniu aplikacji albo zbliżeniu zdjęcia, ale życia mi to nie zniszczyło. Nic na to nie poradzę – jestem fanem wersji Edge i po 1-2 dniach tylko krawędzi używałem do wybierania ulubionych numerów, aplikacji, czy oglądania prognozy pogody.

Przez 18 dni urlopu Note 7 służył mi głównie do zdjęć, ale też do lokalnej nawigacji, chodzenia po sieci, oglądania filmów, czy grania. Ani razu nie zwolnił, nie zasugerował, że mam zbyt duże wymagania wydajnościowe, czasami tylko plecki robiły się nieco cieplejsze. Zdjęcia robił świetne. Nie znam się na kwestiach technicznych, ale chyba każdy, komu pokazywałem fotki z urlopu, pytał: „Ale ładne, czym ty je robiłeś?”. Swoje zrobił ekran – Super AMOLEDy od Samsunga w wersji QHD to wzorzec, do którego wszyscy powinni dążyć.

Note 7 to oczywiście rysik – choć nie lubię pisać odręcznie, do wycinania fragmentów screenshotów, czy zaznaczania ciekawszych elementów na ekranie się przydaje. W ustawieniach można znaleźć sporo ciekawych opcji, jak np. filtr światła niebieskiego, specjalne funkcje dla graczy, a nawet filtry… płaczu dziecka i dzwonka do drzwi, przy użyciu których telefon obudzi nas nawet, gdy go wyciszymy. Można by się przyczepić do szybko wyładowujący się baterii, ale dzięki funkcji Quick Charge w ciągu paru chwil można ją było przywrócić do formy. Szkoda, że Samsung miał tak piekielnego pecha z baterią Note 7, bowiem to absolutna czołówka światowych smartfonów.

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (19)

Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (18)

16 lipca 2016

Co w gadżetach piszczy (18)

Przychodzą wakacje, a ja zaczynam pisać jak szalony. Ostatnio znów było trochę przerwy od pisania o gadżetach, a że przez ten czas zebrało mi się ich całkiem sporo, pora podzielić się z Wami wrażeniami. Dziś będzie o tym, jak w dzisiejszych czasach nie doceniamy ciszy; o smartwatchu, który wreszcie wygląda jak zegarek; i o tym, że firmie znanej z urządzeń do nawigacji, nie zaszkodzi, gdy czasem zrobi coś innego.
4cec05dcfedd2f2d68138c6c3578743d45dBose QC35 – Słuchawki do słuchania ciszy
Produkty firmy Bose to słuchawki specyficzne, jedne z niewielu tego typu produktów, które mogą zainteresować osoby… nie słuchające muzyki. Model QC35 to kolejne bezprzewodowe słuchawki amerykańskiej firmy, ale pierwsze z aktywną redukcją szumów, które nie potrzebują kabli.
Macie czasami dość miejskiego „szumu tła”? Jeśli idąc w centrum spychacie go automatycznie do podświadomości, to mogę Wam tylko pozazdrościć. We mnie wywołuje on permanentne napięcie, które spadało od razu, gdy założyłem na uszy QC35. To lekkie słuchawki „over ear”, przykrywające uszy miękkimi muszlami z alcantary, dopasowującymi się bez ściskania głowy, po włączeniu uruchamiające magię 🙂 Do tego stopnia magię, że gdy w pewną sobotę leciałem samolotem do Wrocławia sędziować Weekend Mistrzów Polskiej Ligi Lacrosse, obudziłem się dopiero, gdy koła dotknęły pasa na lotnisku w Strachowicach, a w Pendolino przespałem prawie całą drogę powrotną. Świat był zupełnie inny, spokojniejszy, a i muzykę, którą czasami uruchamiałem, odbierałem w zupełnie inny sposób, czystszą i naturalniejszą. Bateria ma starczać na 20 godzin i faktycznie po całym dniu w słuchawkach została jeszcze połowa pojemności ogniwa.
Do tego mamy możliwości aktywnego parowania z dwoma urządzeniami – jeśli oglądamy film na tablecie, to zatrzyma się on w momencie rozmowy przychodzącej, a słuchawki automatycznie przełączą źródło. Jakość mikrofonu kierunkowego na lewej muszli jest lepsza od niektórych mikrofonów… wbudowanych w telefony.
694b0be9056a67bee6d50dfed4b4719ef0bGarmin Fenix 3 – Na bieżnię, rower, spadochron i… do garnituru
Lubię smartwatche, w ogóle lubię nowe gadżety, a w przypadku inteligentnych zegarków korzystając z ich zalet przyjmuję jednocześnie ich wady: fakt, że wyglądają jak gadżet fitnessowy, no i trzeba je co dwa/trzy dni podpinać do ładowarki. Dokładnie te wady, których… brakuje w Garminie Fenix 3.
To dla mnie bezdyskusyjnie najlepsze urządzenie ubieralne dostępne na rynku, choć trzeba przyznać, że większego zegarka chyba nie znajdziemy 🙂 Do garnituru wciąż idealny nie będzie, ale ja nie wahałbym się go założyć. Da radę również w zastosowaniach bardziej ryzykownych dla tego typu urządzeń – podczas testów wielokrotnie zdarzało mi się uderzać nim choćby we framugę drzwi, co nie  zostawiło śladów ani na metalowej ramce, ani kryjącym wyświetlacz szkle.
Fenix to jednak – mimo przyzwoitego wyglądu – przede wszystkim urządzenie fitnessowe, z szeregiem predefiniowanych dyscyplin, które możemy z nim uprawiać. Po wciśnięciu guzika start, wyborze i potwierdzeniu dyscypliny, zegarek monitoruje cechy ruchu konkretne dla danej dyscypliny, by w trakcie ćwiczenia pokazywać na kolorowo, na w pełni konfigurowalnych ekranach, aktualne dane z treningu, na końcu zaś – w aplikacji mobilnej – rozbudowane statystyki. W zegarek wbudowano antenę GPS obsługującą również system Glonass, zaś w pudełku znajdziemy zapinany na piersi pasek z miernikiem tętna. Jedni będą narzekać, inni docenią, iż z racji braku czujnika w urządzeniu, korzystając z niego jako wyłącznie ze smartwatcha, będziemy ładować baterię nawet co 10 dni (z włączonym nieprzerwanie GPSem wystarczy na kilkanaście godzin)! „Na pokładzie” tego bynajmniej nie niepozornego urządzenia, mamy też termometr, barometr, czy wysokościomierz, nie zdziwiłbym się więc widząc Fenixa 3 np. na nadgarstku skoczka spadochronowego. Tym bardziej, że choć mamy do czynienia ze smartwatchem, obsługujemy go wyłącznie za pomocą przycisków! Potrzeba na to chwilę czasu, ale można się przyzwyczaić 🙂 Na ekranie zegarka możemy oglądać powiadomienia z aplikacji, w telefonie zaś – dokładniejsze statystyki zebrane przez Fenixa.
e9c2b8a15850404e82ea8f3446c0e12dd4aTomTom Bandit – Mały, smukły i waleczny
Pamiętam, jak z czasów prehistorycznych, gdy mianem smartfona określano Nokię E51, korzystałem na niej z nawigacji TomToma, która działała z dokupionym podłączanym na Bluetooth modułem GPS. Prehistoria, co? 🙂 No ale jako, że gros klientów zamiast dedykowanej nawigacji używa smartfonów, trzeba poszukać dla siebie miejsca gdzie indziej. Na przykład na rynku kamer sportowych.
Oczywiście na tym rynku każdego nowego gościa porównuje się do GoPro. Bandit zatem jest smuklejszy i jak dla mnie ładniejszy, a jeśli GoPro schować do wodoodpornego case’a, to okazuje się też mniejszy. Dzięki temu, iż w przypadku urządzenia TomToma rozmiar idzie w długość, a nie w szerokość wygląda ono zdecydowanie dynamiczniej. Inaczej jest też z mocowaniem – w zestawie znajdziemy oczywiście przejściówki do standardu GoPro, jednak Banditów nie trzeba za każdym razem „przykręcać śruby” – wystarczy wcisnąć go w małe, płaskie, ale stabilne złącze, aż usłyszymy kliknięcie. Ja np. jedno mam zamocowane na wentylowanym kasku, drugie zaś na kierownicy roweru – kamerę mogę przepiąć jedną ręką podczas jazdy. Kamera na kierownicy sprawdza się lepiej, bowiem możemy ustawić opcję prędkościomierza (w urządzeniu TomToma nie mogło zabraknąć GPSa), albo odczytów z pulsometru.
Stabilizacja jest idealna, obsługa kamery przy użyciu małego monochromatycznego ekranu intuicyjna (a w aplikacji mobilnej jeszcze łatwiejsza), filmy możemy kręcić w rozdzielczości od 720p/120fps do 4k/15fps. Kamera nie ma własnej pamięci, trzeba więc włożyć kartę do battery packa (dużą! 20’ filmu w 720p zajmuje 4GB), a sama bateria starcza nawet na ok. 3 godzin. Świetnie wychodzą timelapse’y. Podobno równie świetnie automatycznie montuje minutowy film z dziesięciu wybranych przez siebie sześciosekundowych migawek, ale tu mamy akurat odmienne zdania 🙂

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (18)

Dodano do koszyka.

zamknij
informacje o cookies - Na naszej stronie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z orange.pl bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza,
że pliki cookies będą zamieszczane w Twoim urządzeniu. dowiedz się więcej