Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (31)

14 grudnia 2019

Co w gadżetach piszczy (31)

Wybaczcie, że choć idą święta, to przedświąteczne gadżety jakoś tak… mało nadają się na prezenty. Choć z drugiej strony, to tylko od obdarowanego i obdarowu… tzn. Świętego Mikołaja 🙂 zależy, prawda?

Dziś najpierw o telefonie, który wstrząsnął niedawno światem gadżetów. Siłą rzeczy krótka, taka formuła akurat tego cyklu, ale na pewno generalne wrażenia oddaje. Kolejny gadżet to sprzęt z rodzaju „przydasiów”. Niby niepotrzebny, niby po co, ale… jak już jest, to – cóż – przyda się. A na koniec sprzęt, który w ostatnim czasie bardzo ułatwia mi życie w pracy.

Xiaomi Mi Note 10 – Aparat fotograficzny z funkcją dzwonienia

Muszę kiedyś zrobić ankietę, którą funkcję dzisiejszych smartfonów najczęściej używacie. No bo przecież te multi-urządzenia zastępują nawet kilkanaście rzeczy, które za dawnych czasów musielibyśmy nosić oddzielnie. Co byście wybrali? Ja bezdyskusyjnie aparat fotograficzny. I wielu innych chyba też – dlatego powstał smartfon Xiaomi Mi Note 10.

5 aparatów… Szaleństwo, co? Główny 108 megapikseli (!!!) ze światłem f/1.7, 12 Mpix z 2x zoomem, 5 Mpix z pięciokrotnym, 20 Mpix ultraszeroki i na koniec 2-megapikselowa dedykowana kamera do zdjęć makro. Dodajmy jeszcze cztery doświetlające diody LED i 32 Mpix do selfie i w zasadzie mamy… aparat fotograficzny z funkcją dzwonienia.

Taki zestaw aparatów… rozleniwia. Kiedyś trzeba było nakombinować z kadrem, cofnąć się, podejść, zmienić kąt… Teraz wystarczy wybrać odpowiedni zoom i już „jesteśmy bliżej”. A efekt? Zobaczcie zdjęcia z tego samego miejsca, odpowiednio: bez zbliżenia, zoom x2, x5 (optyczny), x10 (hybrydowy), x50 (cyfrowy).

Mi Note 10 udowadnia, że pięć aparatów da się wizualnie zintegrować się z całą resztą. Nie muszą wyglądać pretensjonalnie i przypominać indukcyjnej kuchenki. Mocna inwestycja w „część fotograficzną” wymusiła chyba nieco oszczędności w kwestii procesora. Snapdragon 730 to układ raczej ze średniej półki, ale w codziennym korzystaniu nie widziałem różnicy w porównaniu do teoretycznie mocniejszych urządzeń. Co więcej, najmocniejsza chyba na rynku bateria (5,26 Ah) pozwala telefonowi wytrzymać nawet półtora dnia (jakby się postarać, to pewnie i do dwóch by się dało). Na niemal 6,5-calowym Amoledzie, ze wsparciem dla HDR-10, nie tylko zdjęcia z pięciu aparatów wyglądają bardzo ładnie.

Sam bym mógł mieć taki telefon 🙂 A jeśli Wy byście chcieli – i tu pora na mój teatralny szept: „Jest u nas!”.

Brother VC-500W  – I Ty zachcesz coś wydrukować 🙂

Te technologie to jednak super sprawa jest. Kiedyś jeśli potrzebowało się etykiet, trzeba było poszukać w sklepach czegoś, co nam odpowiadało. Albo pójść do zajmującej się tym specjalistycznej firmy, posiedzieć nad projektami i zapłacić tyle, że – taki świąteczny wtręt – „Ho ho ho” 🙂 Teraz domowa drukarka etykiet zmieści się nawet na najmniejszej półce w domu. A to, co możemy na niej wydrukować, limituje tylko nasza wyobraźnia. Nawet jeśli uważamy, że to ostatnie, co może się nam przydać, idę o zakład, że mając drukarkę Brother VC-500W ją pod ręką, znaleźlibyście dla niej zastosowanie.

Książki, szuflady, pudełka, pojemniki (np. na przyprawy), prezenty, wywieszki drzwiowe, nieco podtuningowane służbowe identyfikatory… Albo etykiety do kabli, przydające się jeśli w salonie mamy przesadnie dużo elektroniki. Wykorzystanie takiej etykiety to trywialnie prosta sprawa – taśma, na której drukuje VC-500W jest samoprzylepna, a na dodatek urządzenie delikatnie nadcina końcówki, co ułatwia zdjęcie dolnej warstwy.

Ten sprzęt Brothera nie ma tuszu, używa bowiem technologii ZINK (Zero Ink), znanej m.in. z aparatów Polaroid. Pięciometrowa taśma, zamknięta w poręcznej kasetce (o szerokościach 9, 12, 19, 25 i 50 mm) składa się z warstw kryształów, które dopiero przy ogrzaniu nabierają odpowiednich kolorów. Faktycznie wygląda to jak zdjęcie, nie ma się do czego przyczepić. Jeśli już przyczepić się do czegokolwiek to oprogramowania pod Windows, które daje nam mnóstwo możliwości, ograniczanych tylko naszą kreatywnością, pozostając przy tym jedną z najmniej intuicyjnych aplikacji z jakimi kiedykolwiek miałem do czynienia. Oczywiście, jak na erę post-PC przystało, do drukowania nie potrzebujemy komputera. Drukarka przy użyciu sieci WiFi Ad-hoc bez problemu połączy się z naszym smartfonem, a tam przy użyciu odpowiedniej aplikacji (na oba główne systemy mobilne) możemy w ciągu kilku minut wykreować jakieś cudeńko.

Poly Savi 8220 – „Wyłączyć” open space

Telekonferencja… Z jednej strony znacząco usprawnia życie, zyskując firmie i nam czas, a pracodawcy też pieniądze. Gorzej, jeśli do biurka „przywiązuje” nas niemalże literalnie (kablem od słuchawek), a fakt egzystencji na open space powoduje, że nie dość, że niewiele słyszymy, to jeszcze musimy się drzeć do mikrofonu, przeszkadzając w pracy koleżankom i kolegom…

…chyba, że na naszym biurku stoi Poly Savi 8220. To profesjonalne słuchawki, dedykowane pracownikom call center. Niewielką, gustowną stację dokującą, możemy połączyć do trzech źródeł: stacjonarnego telefonu (z tej opcji akurat nie korzystałem), komputera i – przez Bluetooth – do smartfona. A potem… cóż, potem wcale od razu nie zadziała. Początkowo miałem zagwozdkę, czemu słuchawki okazały się ciche, a mikrofon niemy, pomogło zainstalowanie na komputerze dedykowanego oprogramowania. Stacja pobrała nowy firmware i nagle magicznie poziomy głośności na ekranie komputera na nowo ożyły.

Gdy już wszystko podłączymy, korzystanie z Savi 8220 jest totalnie intuicyjne. Zależnie od tego, czy dzwoni Microsoft Lync, czy smartfon, słuchawki połączą się z odpowiednim źródłem i delikatnym dźwiękiem dadzą znać, że są gotowe. Ściągamy je ze stacji, zakładamy na głowę i wciskamy przycisk na pałąku mikrofonu na wysokości ucha. Jak brzmią? Zarówno moi rozmówcy, jak i ja, określaliśmy jakość dźwięku wyłącznie mianem „żyleta”.

Pomaga w tym na pewno fakt, iż słuchawki dysponują świetnym kierunkowym mikrofonem, ale też aktywnym wyciszaniem szumów (ANC, Active Noise Cancelling). Nie jest to taki poziom ANC jak w konsumenckich Bose, Sony, czy Jabrach. Ale na warunki biurowe odcina wystarczająco, pozwalając skupić się na rozmowie i zapomnieć o towarzystwie w pokoju, czy na open space. Co więcej, gdy podczas rozmowy chodziłem po budynku, gdy stacja bazowa została za zamkniętymi, stalowymi drzwiami, dopiero niemal 100 metrów rozmówca stwierdził, że właśnie przestał mnie słyszeć.

Jeśli Święty Mikołaj kazałby mi wybrać wyłącznie prezent, który miałby mi pomóc w pracy, poważnie bym się zastanawiał nad właśnie takim.

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (31)

Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (30)

2 listopada 2019

Co w gadżetach piszczy (30)

Wow! Jestem w szoku, że to już 30. raz, kiedy piszę dla Was o różnych ciekawych gadżetach, które wpadły mi w rękę. Chyba muszę z tego powodu poświętować 🙂 A póki co – małe co nieco do czytania dla Was. Tym razem naładujemy nasze wszystkie gadżety, porozmawiamy bez kabli, a na koniec – zrobimy zdjęcia (i nie tylko).

Green Cell Power Source 75W – Szybko i z jednego gniazdka

Macie tak czasami, że w kolejnych gadżetach, które trafiają Wam do ręki znajduje się technologiczne rozwiązanie, przy którym nagle dochodzicie do wniosku: „Kurczę, dlaczego ja na to wcześniej nie wpadłem/am?”. Ja tak miałem po podłączeniu flagowego produktu polskiej marki Green Cell. Do tej pory zachodzę w głowę, po co na wyjazdy brałem kilka ładowarek, by potem kombinować, jak „nakarmić” każdy sprzęt, bo do dyspozycji miałem i tak jedno gniazdko…

Liczba 75 nie bez kozery znalazła się w nazwie opisywanej przeze mnie „multiładowarki”. Potrafi ona bowiem generować prąd nawet takiej mocy, co pozwala na użycie jej jako ładowarki do mocnego laptopa. Jest tylko jeden warunek – musi to być urządzenie, korzystające w tym celu z gniazda USB-C, co niestety w tym zakresie ograniczyło moje możliwości.

Możliwości Power Source 75W nie ograniczają się rzecz jasna do laptopa, pozwala ona bowiem na ładowanie czterech urządzeń na raz. Nawet wtedy żadne z nich nie traci, nie ma mowy, by ładowało się wolniej, a sama ładowarka podczas moich testów ani razu nie zanotowała niepokojącego wzrostu ciepła. Urządzenie jest kompatybilne ze standardami szybkiego ładowania Qualcomma, Samsunga, Apple, Huaweia i Mediateka, a także nowym Power Delivery. Co więcej, Power Source 75W zdołał „podnieść” starego Kindla, który przy żadnej innej ładowarce nie dawał znaku życia.

A gdy jeszcze dodać, że wygląda nowocześnie i ładnie („fortepianowa” czerń), jest relatywnie niewielkie i waży niewiele ponad 200 gramów… Idealna sprawa nie tylko na wyjazdy (laptop, smartfon, Kindle, hmmm – aparat?), ale równie przydatna w domu.

Plantronics Backbeat Pro 5100 – O, nie wyjąłem słuchawek z uszu!

Nie wiem, o co tyle hałasu z gniazdem mini-jack w telefonach. Nie snobowałem się nigdy na audiofila, nie rozpoznam, że w orkiestrze siódme skrzypce fałszują, po prostu… słucham. Rzadziej muzyki, to fakt, częściej ścieżek dźwiękowych seriali, głosów w grze, czy komentatora NFL. Do tego wszystkiego nie potrzebuję kabla – ważne, że w moich gadżetach znajdą się malutkie bezprzewodowe dokanałowe „pchełki” Plantronicsa.

Gdy robi się zimno, małe pudełeczko, które można upchnąć nawet w kieszeni dżinsów, to idealne rozwiązanie. Same słuchawki są tak małe, że mieszczą się nawet pod zimową czapkę. Ich masy nie czućdo tego stopnia, że zdarzało mi się wrócić do domu i wyjąć je z uszu, dopiero, gdy zdałem sobie sprawę, że dźwięki rozmowy słyszę… nieco przytłumione 🙂

Właśnie, rozmowa! W końcu to Plantronics, firma znana przede wszystkim z zestawów do telekonferencji. I o ile jeśli chodzi o słuchanie to nie ma się do czego przyczepić, choć najbardziej wypasionych kodeków w Pro 5100 nie uświadczymy. Podczas rozmowy natomiast słuchawki na dworzu biją wszystkie testowane przeze mnie do tej pory sprzęty, nieważne, czy huczą auta, stuka metro, czy wieje wiatr. Za ten ostatni odpowiada WindSmart, autorska technologia producenta, a z całość cztery wycinające szumy mikrofony. W domu jednak wystarczyło rozmawiać podczas zmywania, by rozmówca kilkakrotnie dopytywał się, co mówiłem.

Długości działania na baterii nie testowałem. Po prostu po skorzystaniu chowałem do etui, tam się ładowały, a gdy aplikacja pokazywała, że poziom baterii spada poniżej 50%, podpinałem je po prostu na noc do opisywanej na początku ładowarki. Aplikacja przydaje się z kilku powodów: pomoże odnaleźć słuchawki albo dźwiękiem (jeśli są podłączone do telefonu) albo GPSem, pamiętając, gdzie ostatnio były, a także daje sporo możliwości konfiguracji (np. wywoływanie puknięciem w słuchawkę asystenta głosowego, czy ulubionej playlisty). Przeszkadza mi tak naprawdę tylko jedno. Nie da się ich podłączyć do dwóch urządzeń na raz, więc oglądając film na tablecie musimy sparować je ręcznie, a jeśli wtedy zadzwoni telefon – odebrać go standardowo, przyciskając do ucha.

Motorola One Zoom – Dla wygodnickich fotografów

Lubię korzystać z piękna polskiego języka, więc napiszę Wam, że nieco się rozbisurmaniłem 🙂 Człowiek łatwo przyzwyczaja się do topowych telefonów, a gdy nagle wpada na testy coś ze średniej półki… A nie, czekajcie, stop. Od jakiegoś czasu średnia półka też radzi sobie na tyle dobrze, że nie ma co marudzić. Motorola One Zoom to jeden z popierających to dowodów.

Mówiąc o gadżetach w tym przypadku muszę oczywiście zacząć od aparatów. Do czterech obiektywów w formie przypominającej indukcyjną kuchenkę przyzwyczaiłem się na tyle, że przestały mnie już razić. Szkoda tylko, że muszą tak wystawać, a wielkie logo Motoroli, świecące, gdy przyjdzie powiadomienie… cóż, nie spodoba się każdemu. Cztery aparaty (główny 48 Mpix w formule QuadPixel, ze światłem f/1.7 i optyczną stabilizacją obrazu) rozleniwiają – kiedyś trzeba było oddalić się, żeby złapać szerszy plan albo zbliżyć do obiektu, co może być ryzykowne, jeśli np. fotografujemy skorego do zabaw kota. Zdecydowanie łatwiej jest się przeklikiwać między obiektywami. I nie tylko – jeśli spróbujemy zrobić zdjęcie w scenerii nocnej, aparat od razu zasugeruje przełączenie się na odpowiedni tryb. Jeśli chcecie, żeby było cokolwiek widać – zróbcie to.

Nie przeszkadza mi Snapdragon 675, nawet z wymagającymi grami radzi sobie wręcz powyżej oczekiwań. Z moim bezpieczniackim „zboczeniem” raduje me serce sytuacja, gdy regularnie dostaję na telefon łatki bezpieczeństwa, ponieważ One Zoom objęty jest programem Android One. Genialnie sprawdzają się powiadomienia, pokazujące się na wygaszonym ekranie. Po przytrzymaniu ikony możemy zobaczyć ich treść (biało na czarnym) i usunąć, bądź zaznaczyć jako przeczytane, bez odblokowywania telefonu. Będzie mi tego brakowało. Notcha nie – nie lubiłem ich i nie lubię.

Do tego gustowne plecki ze szczotkowanego aluminium i niespotykana 4-amperogodzinowa bateria, wystarczająca nawet na dwa dni, z trybem szybkiego ładowania, w trybie adaptacyjnym „ucząca” się tego jak używamy aplikacji i optymalizująca wykorzystanie energii.

Taką średnią półkę to ja rozumiem. Jeśli Wy też, to w całkiem ciekawej cenie znajdziecie go w naszym sklepie.

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (30)

Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (29)

6 lipca 2019

Co w gadżetach piszczy (29)

Wracamy z gadżetami, tęskniliście? Dziś coś na sen, na czyste mieszkanie i… w sumie sam nie wiem na co. Fajny laptop po prostu 🙂

Bose SleepBuds – Najdroższe zatyczki do spania na świecie

Wielokrotnie mówiłem, chyba nawet na blogu przy testach opaski do spania, że gdybym był jednym ze smerfów, byłby to Śpioch. Dobra, ewentualnie Maruda, ale chyba bardziej śpioch. Stąd w moje ręce (czy raczej do moich uszu) musiały prędzej czy później trafić Bose Sleepbuds. Produkt, który w zasadzie… nie powinien powstać.

Wiem, wiem – nieźle się zaczyna 🙂 No ale sami powiedzcie, czy w sytuacji, gdy robi się topowe słuchawki z aktywną redukcją szumów, ma jakiś sens robienie zatyczek… bez tej funkcji? I z możliwości puszczenia w nich jedynie preinstalowanych dźwięków? Co więcej – wycenienie ich na niemal 1200 złotych? Z czysto biznesowo punktu widzenia ciężko mi to objąć rozumem.

W kwestii używania rzecz jasna nie ma się do czego przyczepić. Same zatyczki to mikroskopijne „pchełki”, które możemy umieścić w gumkach o trzech różnych rozmiarach. Są one wyprofilowane tak, by dzięki dodatkowemu zaczepianemu o małżowinę „haczykowi” nie wypaść z uszu nawet jeśli straszliwie się wiercimy (mnie jedna wypadła raz). A co potem? Instalujemy aplikację na smartfonie, uruchamiany jeden z predefiniowanych usypiających dźwięków (ja najbardziej lubię szum wodospadu), ustawiamy godzinę pobudki i dźwięk, który łagodnie wybudzi nas ze snu… i tyle.

To działa. Naprawdę śpię dobrze, mocno, a odczyty z mojego smartwatcha pokazują, że również efektywnie. Na pewno SleepBuds znajdą swoich amatorów, ale ja w tej cenie spodziewałbym się znacznie więcej.

Roomba 696 – Czysto, markowo i dostępnie

Moja babcia – chyba nawet pisałem o tym na blogu – określała kiedyś każdy odkurzacz mianem „elektroluks”. Tak to już jest, że rozwiązania niektórych firm stają się synonimami całej kategorii sprzętów. Zmieniły się czasy, zmieniły odkurzacze, a ja – po babci? 🙂 – na robota sprzątającego mówię po prostu „Roomba”.

W większości przypadków ta marka wywołuje błagalne rozmarzone spojrzenia na okrągły kształt odkurzacza, a następnie smutne zerkanie na widniejącą pod nim cenę. Tak, topowe sprzęty iRobot Roomba to nie są tanie rzeczy, ale kto powiedział, że zawsze trzeba brać to, co najdroższe?

Roomba 696 od trzech miesięcy regularnie sprząta moje 70-metrowe mieszkanie. Dobra, gwoli dokładności to regularnie sprząta salon i kuchnię, bo w pozostałych zaułkach mogłaby się pogubić i nie wrócić do stacji dokującej. Pytanie jednak, czy koniecznie musimy mieć odkurzacz, który narysuje sobie dokładną mapę wszystkich podłóg i optymalizując trasę odkurzy je szybciej niż my? Mnie i tak w trakcie dnia nie ma w domu, raz na tydzień/dwa mogę wyczyścić ręcznie pojemnik na brudy i co 7 dni „ręcznie” przestawiać „Hipacego” (jak ochrzciłem swoją Roombę) do innych pokojów. Bo to, że zapłacimy za niego poniżej 1/3 ceny najbardziej wypasionego modelu, powoduje, że staje się znacznie bardziej dostępny. A uwierzcie mi – to naprawdę ułatwia życie.

Huawei Matebook D14 – Cichy, skromny, niepokonany?

Przyznam się Wam do czegoś. Zapomniałem już czym jest prywatny laptop… Dobra, może nie do końca, bo zdarzało mi się czasami korzystać z Chromebooka, ale żeby taki zwykły, na Windowsie? Po co, skoro do grania mam konsolę, a do internetu smartfona albo tablet?

No ale jak dają do testowania to się nie narzeka, tylko bierze 🙂 A najpopularniejszy laptop w Polsce w ostatnim roku, Matebook D14 od Huaweia, nie jest czymś, czego nie chciałoby się w ręce wziąć. Zgrabna, aluminiowa, przypominająca Macbooka (hihi, tylko z pawiem zamiast jabłka) obudowa, niecałe 1,5 kilograma nie przeszkadzające zbytnio jako dodatkowy ładunek w plecaku.

Jak to działa? Nie byłem chyba nigdy PC hardcore userem (a już na pewno nie w erze post PC), mogę więc powiedzieć, że nie ma się do czego przyczepić. Internet i praca biurowa – błysk. Gry – też bez żadnych uwag, choć faktycznie w produkcje AAA nie grałem (od tego mam konsolę). Procesor Ryzen 5 karta graficzna Radeon Vega dają radę. Ekran? Cóż, filmy czasami oglądałem od razu na ekranie komputera, bo z lenistwa nie chciało mi się podpinać kabla HDMI do monitora. Nawet jeśli przewalczyłem lenia, wolałem, gdy dźwięk odtwarzał komputer. Głośniki stereo z certyfikacją Dolby Atmos niestety przebijają mój całkiem niezły domowy telewizor.

Ciężko mi wyobrazić sobie standardowe zastosowanie, któremu Matebook D14 nie dałby rady. A kupić możecie go w naszym sklepie 🙂

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (29)

Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (26)

15 grudnia 2017

Co w gadżetach piszczy (26)

Idą święta, nie zaszkodzi więc wrócić z gadżetowym nieregularnikiem. Dziś postaram się wzbudzić Wasze zainteresowanie, opisując krótko i w miarę zwięźle jeden telefon (który jeszcze niedawno mogliście u nas wygrać, ale nieprzerwanie możecie kupić), przydatny sprzęt do samochodu i – już standardowo w „co w gadżetach piszczy” – inteligentny zegarek.

Huawei Mate 10 Lite – Cztery aparaty to nie wszystko

Kto z Was pamięta jeszcze czasy, gdy o urządzeniach Huawei nie wyrażało się inaczej, niż (używając odpowiednio pogardliwego tonu) per „chińszczyzna…”? To już od paru lat se ne vrati, a znakomita pozycja na rynku firmy z pawiem w logo to w znacznej części zasługa nie flagowców, ale świetnie wykonanym telefonom ze średniej półki, takich jak Huawei Mate 10 Lite.

Na pierwszy rzut oka Lite robi wrażenie „wysokopółkowca”. Nie ma czego się czepnąć – aluminium, szkło, czytnik odcisków – wszystko jest! Nawet ekran w proporcjach 2:1 z wąziutkimi ramkami. Można się czepnąć, że to IPS, a nie AMOLED, ale na czymś trzeba oszczędzić – w końcu dwa Mate Lite’y to cenowo jeden „bazowy” Mate 🙂

Jeśli by znaleźć jedno, czym Mate Lite się wyróżnia, byłyby to aparaty fotograficzne. To jeden z niewielu telefonów, z czterema aparatami! Z tyłu mamy duet 16+2 Mpix, zaś z przodu dwie 13-megapikselowe matryce. A to pozwala na sporo zabawy przed wykonaniem zdjęcia, oczywiście w trakcie, ale też już po jego zrobieniu. No i jak Huawei zrobi bokeh, to nie ma… Hmmm, wielbiciele polskiego kina wiedzą 😉 A jak już go zrobi to i z przodu i z tyłu, a w obu przypadkach doświetli fleszem.

Huawei Mate 10 Lite na co dzień działa płynnie, nie zamula (w czym pomagają 4 GB RAMu), brakuje mu tylko (lub – w moim przypadku – aż) NFC. Ja jestem fanem technologii nie wyobrażam sobie płacenia czymś innym, niż Android Pay, ale jeśli Wy możecie bez tego żyć, to warto zajrzeć do naszego sklepu.

Ferguson EyeDrive FHD170 – I Ty możesz współtworzyć „Polskie Drogi”

Oglądacie Youtube’ową serię „Polskie Drogi”? Ja jestem jej fanem niemal od początku i mam wrażenie, że przynajmniej kilka razy świadomość tego, co może wpaść do głowy innemu kierowcy, uratowała mój samochód od wizyty u blacharza i/lub mnie od wizyty w szpitalu. Czasami można mieć wrażenie, że kamera w aucie przyciąga takie sytuacje. Na szczęście u mnie, od czasów, gdy używam rejestrator Ferguson EyeDrive FHD170, nic złego się nie stało.

Sama kamerka jest raczej mała, dzięki czemu nie zasłania widoku. Wygląda na sprzęt z wyższej półki, a jedyne co na to nie wskazuje, to – na szczęście – cena. Menu z jednej strony jasne, ale z drugiej – nie całkiem przejrzyste, może się więc okazać, że po wybraniu opcji „mikrofon-włącz”, na ekranie pokaże się przekreślona ikonka mikrofonu. No ale potem można przełączyć 🙂 Wideorejestrator może się uruchomić automatycznie po włączeniu silnika, a gdy już zadziała, na górnym pasku widzimy wielkie czerwone kółko i jakość nagrania (maksymalnie Full HD_, zaś na dole – godzinę i datę. Jakość jest na tyle dobra, że widać, nawet po ciemku, rejestracje mijających nas pojazdów. Szerokokątny obiektyw zbiera dużo, auto stojące obok widać też na ekranie rejestratora. Oczywiście ten po chwili się wyłącza i widzimy tylko świecącą się lampkę. Nagrywamy ile chcemy – kasowanie najstarszych nagrań, gdy kończy się miejsce, to już standard. FHD170 sam zablokuje do edycji nagranie, jeśli czujnik wstrząsowy odnotuje „dzwona”, możemy też zrobić to sami, wciskając guzik z wykrzyknikiem. Urządzenie dysponuje też trybem parkingowym, uruchamiającym się w momencie wstrząsu i trzymającym w buforze nagranie z ostatnich chwil przed uderzeniem w nasze zaparkowane auto.

Irytują tylko dwie rzeczy – umiejscowienie wtyczki do ładowania na górze (!) urządzenia i dziwny standard plików wideo – nie poznaje ich domyślny odtwarzacz w Windows 10, Chromebook też nie, wyłącznie Windows Media Player. Ale, biorąc pod uwagę cenę, da się z tymi wadami żyć.

Fitbit Blaze – Trener na nadgarstku

Ostatnio co odcinek piszę o inteligentnych zegarkach, ale co poradzę na to, że lubię kwantyfikować swoje życie? Nie potrafię inaczej, kręci mnie to, lubię grywalizować nawet sam ze sobą. Dlatego na mój nadgarstek trafił Fitbit Blaze. Firma z San Francisco to prekursor fitness trackerów. Przypinany do ubrania klip Ultra wszedł na rynek w 2011 roku i mierzył kroki oraz jakość snu.

Młodszego o sześć lat (toż to epoka w technologii!) Blaze’a na upartego można by założyć do garnituru (po wymianie paska, co da się zrobić jednym ruchem). W sieci wygląd Blaze’a wzbudza kontrowersje, ale mnie się podoba. Mocna, niezniszczalna aluminiowa ramka z kwadratowym trackerem wewnątrz wygląda intrygująco. Co więcej, mówimy o urządzeniu fitnessowym, nie sposób więc nie docenić dodatkowego wietrzenia spoconej ręki. Kolorowy dotykowy ekran 1,58″ rozjaśnia się po wciśnięciu przycisku, ale przede wszystkim po uniesieniu ręki. Intuicyjny interfejs w soczystych kolorach, widoczny w pełnym słońcu, bateria wystarcza nawet na pięć dni. Pytanie jednak, czy to ostatnie to plus, skoro chcąc zapisać trasę treningu i tak musimy wziąć… telefon? A to dlatego, że Blaze „pasożytuje” na jego GPSie. No ale bateria starcza na dłużej.

Do obsługi instrukcja jest zbędna. Przesuwamy palcem w lewo i widzimy: Today (osiągnięcia z dziś), Exercise (bieg, chód, rower, bieżnia, stepper eliptyczny, cardio), Fitstar, Relax, timer, alarm i ustawienia. Fitstar to trener fitness, Relax zaś – pomocnik do ćwiczeń oddechowych. Na ekranie widzimy polecenia, dotyczące predefiniowanych aktywności, a zegarek informuje nas wibracją, że mamy spojrzeć na ekran po kolejne polecenia. Fitbit Blaze przy swojej cenie to ciekawa alternatywa dla droższych lub „mniej mających” urządzeń.

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (26)

Innowacje

Co w gadżetach piszczy (21)

26 listopada 2016

Co w gadżetach piszczy (21)

Nagromadziło się przetestowanych gadżetów, dlaczego więc nie miałbym podzielić się wrażeniami z Wami tydzień po tygodniu? Dziś będzie o urządzeniach dla biegaczy (choć przy poziomie zanieczyszczeń w stolicy sugerowałbym wybrać bieżnię w zamkniętym pomieszczeniu), tablecie dla melomana, no i – last but not least – nowym iPhone’ie.

Garmin Fenix 3/VivoactiveGarmin Fenix 3/Vivoactive – Pierwszy wybór dla sportowca

Kiedyś była taka reklama: „Mówisz piwo – myślisz…” – i tu zamilknę, by reklamy nie robić. W przypadku zegarków dla sportowców analogia od lat jest podobna: mówisz zegarek – myślisz Garmin.

Najpierw o tym co dzieli urządzenia Fenix 3 i Vivoactive, a jest to bez wątpienia wygląd. Pierwszy z nich to niebrzydki okrągły zegarek, z masywną metalową obwódką, z dużymi przyciskami o wyraźnym skoku, niezbędnymi, ponieważ ekran – to niespodzianka – nie jest dotykowy. Vivoactive natomiast, hmmm… Cóż, nie trzeba być pięknym, by być funkcjonalnym, a płaskie, kwadratowe urządzenie na nadgarstek trudno nazwać szczytem designu. Warto zaznaczyć, że w przypadku Fenixa nie tylko zegarek jest okrągły, ale ekran też, co wcale nie jest oczywiste.

Dalej jest już jednak w obu przypadkach doskonale. Błyskawiczne łapiący fixa GPS, wodoodporność, możliwość dołączenie akcesoriów w standardzie ANT+ (pomiar tętna na nadgarstku? Bez żartów, tylko pasek na klatce piersiowej da realistyczne wyniki), wbudowany akcelerometr (co oznacza, że trening na bieżni, czy ergometrze, też będą się dobrze zapisywać), znakomite baterie, wytrzymujące nawet do dwóch tygodni! Oczywiście maksimum osiągają, gdy nie logujemy treningów, a wtedy… po co nam taki zegarek? Dyscyplin sportowych do wyboru mamy kilkanaście, dla każdej z nich zegarek i akcesoria zbierają konkretne dane i robią to bardzo dokładnie. Oczywiście oba mogą też pełnić rolę smartwatcha, przekazując nam np. powiadomienia z aplikacji w telefonie, a jeśli jesteśmy fanami Endomondo, treningi mogą wrzucać się na ten serwis automatycznie.

Huawei MediaPad M3Huawei MediaPad M3 – Bez kompromisów

Od jakiegoś czasu krąży fama, że czas tabletów już się skończył, nikt ich nie używa, nie są potrzebne. Famę serdecznie pozdrawiam, choć po zastanowieniu… hmmm, faktycznie jakby firmy przyhamowały z wypuszczaniem na rynek urządzeń o przekątnej 8+ cali. Jednym z wyjątków jest Huawei i jego nowy MediaPad M3.

To tablet nie do przegapienia na półce. Chłodna, niemal w pełni aluminiowa obudowa (może nieco zbyt ciężka – 310g) dzięki której tablet nie wygląda jak odpustowa zabawka, kapitalnej jakości ekran IPS w rozdzielczości QHD (z możliwością ustawienia jakości kolorów i temperatury barwowej) i niepozorne dziurki na krótszych bokach skrywające nie byle jaki sprzęt – głośniki renomowanej firmy Harman/Kardon. Nie uważam się za audiofila, ale w mojej opinii – jest kosmicznie. Głośno i krystalicznie czysto, naprawdę nie ma się do czego przyczepić, a w szranki z tym urządzeniem może stawać tylko Alcatel Idol 4/4S.

MediaPad M3 nie uznaje kompromisów, zarówno w kwestii dźwięku i ekranu, jak też baterii i – przede wszystkim – wydajności. Ogniwo 5100 mAh zapewne wpływa na masę urządzenia, istotniejsze jest jednak to, że nawet przy całodziennym intensywnym użytkowaniu tablet nie powie nam: „Sorry, mam dość” przed powrotem do domu. Do tego 4 GB RAM i szybki procesor Kirin 950. Antutu pokazuje niemal 94 tys. punktów i o ile benchmarki nie zawsze oddają stan faktyczny, mnie w ciągu dwóch tygodni nie udało się MediaPada „zmęczyć”. Do tego zależnie od wersji 32 lub 64 GB miejsca na pliki, miejsce na kartę SD i w niektórych wersjach na kartę SIM LTE. Irytuje tylko… jeden przycisk pod ekranem, zamiast standardowych trzech i związana z tym konieczność używania kombinacji stuknięć i przesunięć po przycisku. Jednak mimo tego – jest świetnie.

iPhone 7 PlusiPhone 7 Plus – Niewiarygodnie płynny

Swego czasu nie lubiłem iPhone’ów. Czy raczej tak myślałem, bo tak naprawdę nie podoba mi się agresywny marketing i kultura fanbojów. iPhone 7 Plus, którego ostatnio testowałem, po raz kolejny dowiódł mi, że produkty rodem z Cupertino są świetne, tylko po prostu nie dla mnie.

Przekonał mnie iPhone 5, gdzie pozostając przy pierwszorzędnych materiałach zrezygnowano z 4-calowych ekranów dla krasnali. Choć 7 Plus to skrajność w drugą stronę – miałem w ręku wyraźnie mniejsze telefony z ekranem 5,5 cala. Sam ekran natomiast – cóż, mój brat ma wypieki na twarzy, gdy mówi „Retina!”, a ja powiem, że po prostu jest bardzo dobrze. Klucz przy korzystaniu z iPhone’a z mojego punktu widzenia to jednak przede wszystkim szybkość działania. Tu nic się nie ma prawa przyciąć, zamyślić, to ma działać, nawet jeśli otwarte jest multum aplikacji i faktycznie – 7 Plus to absolutna czołówka jeśli chodzi o płynność, a telefonów w rękach miałem już naprawdę sporo. Dla fanatyków Antutu – 190 tysięcy punktów (!)

iPhone’a 7 Plus miał wyróżniać podwójny aparat. Używałem go przez cały czas testów jak najzwyklejszy normalny, nic nie przestawiłem, nie patrzyłem co umie – generalnie jak standardowa „idiotenkamera”. No i okazało się, że to chyba faktycznie jeden z najlepszych aparatów, z jakich korzystałem. Ładne kolory, żadnych szumów, artefaktów, problemów z ustawianiem ostrości, wyraźne zdjęcia nawet w nocy przy odrobinie światła. Co najciekawsze całe wielkie urządzenie karmi bateria o pojemności zaledwie 2900 mAh, która po całym dniu pracy, gdy używałem 7 Plusa jako mojego głównego telefonu, potrafiła mieć nawet 40 proc. pojemności. Coś takiego ciężko pobić.

Jakiś minus? Jeden, to co dla fanów Apple jest największym plusem. Jestem przyzwyczajony do tego, że mogę dowolnie konfigurować sobie widżety na każdym ekranie, a ikony obok siebie to mam przy wejściu do menu. Dlatego, choć iPhone 7 Plus to świetne urządzenie – nie jest dla mnie. Aha, i brak jacka mi nie przeszkadza, mam słuchawki na Bluetooth 🙂

Pełen wybór iPhone’ów (i innych smartfonów) znajdziecie oczywiście w naszym sklepie.

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (21)

Dodano do koszyka.

zamknij
informacje o cookies - Na naszej stronie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z orange.pl bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza,
że pliki cookies będą zamieszczane w Twoim urządzeniu. dowiedz się więcej