Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (38)

7 sierpnia 2021

Co w gadżetach piszczy (38)

Dziś tekst gadżetowy nieco inny niż zwykle. Gadżety niby trafiły do mnie cztery, ale ciężko je opisywać oddzielnie. W obu przypadkach dopiero fakt połączenia ich w użytkowaniu w parę powoduje, że zdecydowanie warto im się przyjrzeć.

Dzisiaj więc najpierw pracujemy w domowym biurze, by następnie oddać się relaksowi.

Poly Voyager Focus 2/Poly Studio 5 – W sam raz do domowego biura

Jedni mówią, że niebawem wrócimy (przynajmniej na kilka dni w tygodniu) do zakładów pracy. Inni, że kolejne warianty Covida spowodują, że znów na dłużej zagościmy w domach. Tak, czy siak – ta dwójka na pewno się przyda, czy to do pracy, czy (oby nie było takiej potrzeby!) zdalnej nauki.

Poly Voyager Focus 2, czyli nowy model popularnych biznesowych/call center’owych słuchawek i mała kamerka Poly Studio 5. Wymarzony sprzęt do home office, bo nawet przy małym biurku ani trochę nie zajmuje miejsca (choć to nie zawsze plus, o czym za chwilę). Oba sprzęty mają u mnie wielkie plusy za intuicyjność, ergonomię i łatwość użycia. Studio 5 to mała kamerka HD 16:9, z polem widzenia 80 stopni. Nie wymaga montażu, po prostu kładziemy ją na monitorze, integralna stopka pozwala zorientować ją w pionie, a w poziomie możemy ją po prostu obracać. Domyślnie zasłonięta, włącza się w momencie odsłonięcia przesłony. Dzięki rozmiarowi możemy ją wrzucić do plecaka, czy nawet kieszeni spodni, gdy domowe biuro przeniesiemy gdzieś indziej. Po co mi taka kamera, skoro teraz niemal każdy komputer ma swoją? Ta daje większe możliwości dzięki aplikacji Poly Lens i zazwyczaj lepszą jakość obrazu. Minusy? Nie chciała pracować z aplikacją do wideo konferencji Jitsi.

Jeśli się już widzimy, to warto się usłyszeć, prawda? Słuchawki Voyager Focus mają świetne (trzystopniowe) ANC – naprawdę pomagają odłączyć się od domowych realiów, gdy czeka nas ważne spotkanie. By podłączyć je do komputera – wtykamy weń dedykowanego „dongla” USB. To ważne, bowiem na końcu ma on diodę, której kolor pokazuje, czy nas słuchać (niebieski), czy jesteśmy wyciszeni (czerwony). Ta bardzo istotna w biznesowych spotkaniach funkcja 😉 realizowana jest sposób genialny w swojej prostocie. Jeśli rozłożymy pałąk mikrofonu – możemy mówić. Gdy go podniesiemy – automatycznie jesteśmy wyciszani. Można to oczywiście zmienić z poziomu wspomnianej wcześniej aplikacji, ale… po co?

To sprzęt chyba bardziej na otwarte przestrzenie – w dużym mieszkaniu, gdy przeniosłem się kilkanaście metrów dalej i oddzielała mnie od komputera gruba ściana, słuchawki potrafiły się rozłączyć. Bateria wystarcza na długo, ale mi zabrakło ładującego doka, jak w poprzednim modelu. Choć na pewno ułatwia to sprawę o tyle, że nie „wiąże” słuchawek do biurka. Zaskoczyło mnie jednak, że w nowym modelu gniazdem ładowania jest… micro USB.

Samsung TV Q80 55”/Samsung Soundbar A650 – Idealny obraz, bezbłędny dźwięk

Dawno nie testowałem telewizorów, a pomysł na to, żeby przyjrzeć się jakiemuś nowemu wpadł mi do głowy tuż przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej. Jakimś cudem w agencji obsługującej Samsunga znalazł się jeszcze QLED z najnowszej kolekcji, więc w dniu rozpoczęcia Euro 2020/1 55-calowy telewizor Q80 znalazł się na mojej szafce, a niejako „w promocji” dołączył do niego soundbar.

Zacznę wyjątkowo od tego drugiego, bo jego wyjątkowo zapamiętałem. Pamiętam, gdy sporo czasu temu testowałem takie urządzenie Bose i wyznałem na łamach Bloga, że popłakałem się ze wzruszenia słysząc jak brzmi na nim kilka moich ulubionych utworów. Przy A650 akurat łez nie było, ale gdy puściłem „raczej głośno” kilka dynamiczniejszych kawałków, opadła mi szczęka. Nie uważam się nigdy za audiofila, nie mam jakiegoś super słuchu, ale w tamtej chwili soundbar Bose został – choć minimalnie – pokonany. Gwoli jasności – tylko jeśli chodzi o muzykę, bo np. oglądając z synami rewelacyjny „Whiplash” Damiena Chazelle’a nie czułem się wcale wbity w podłogę w warstwie dźwiękowej. Co innego obraz z telewizora…

W przypadku meczów Euro 2020 soundbar był bowiem wtórny, kluczem był telewizor. Prywatnie korzystam z 43-calowego Samsunga ze średniej półki, więc przeskok nie tylko o 12 cali, ale przede wszystkim na technologię QLED i obłędną czerń był gigantyczny. Nie znam się na tych wszystkich telewizyjnych marketingowych hasłach, ale kolory były przesoczyste (ale wciąż naturalne), czerń wyjątkowo czarna, a kontrast sprawiał, że wszystko było ostre jak żyleta. Nie będę Wam pisał o jakichś temperaturach kolorów, poziomie czerni, czy stopniu ostrości. Po prostu w tym telewizorze nie było się do czego przyczepić i gdybym dysponował odpowiednim budżetem, taki sprzęt wisiałby już w moim salonie na stałe. Filmy 4K z Wielkiego Kanionu, czy sceny na księżycu w Apple’owskim „For All Mankind” – dzięki nim nie miałem ochoty ruszać się sprzed telewizora. Swoją drogą, testowanie Q80 przekonało mnie ostatecznie, by powiesić telewizor na ścianie. Prędzej, czy później zmienię mój obecny odbiornik na lepszy model, pewnie QLEDa właśnie. Dzięki wykorzystanym technologiom telewizor tak wielki jest jednocześnie tak cienki, że – jak dla mnie – nie musi stać na szafce. Można ją wykorzystać np. do soundbara 🙂

Q80 pokazał mi też sporo opcji, z którymi wcześniej nie miałem do czynienia. Choćby możliwość podzielenia ekranu na dwie części, gdzie na jednej oglądaliśmy film, czy mecz, na drugiej zaś np. rzucony z podłączonego telefonu serwis społecznościowy. Żałowałem, że nie ma jeszcze sezonu NFL, bo mógłbym oglądać wynik moich drużyn fantasy footballu bez odrywaniu wzroku od meczów! Nie miałem niestety czasu przyjrzeć się dokładniej opcjom dedykowanym dla konsoli, ale tryb gry pozwala np. uruchomienie szerszego ekranu, gdy kosztem pasów na dole i górze widzimy więcej na bokach. Spodobał mi się też… pilot, z możliwością ładowania energią słoneczną! Nigdy więcej nerwowego szukania baterii!

A jeśli szukacie telewizora Samsunga – zajrzyjcie do naszego sklepu! Q80 akurat nie ma, ale na te, które są, też warto zwrócić uwagę!

 

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (38)

Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (37)

12 czerwca 2021

Co w gadżetach piszczy (37)

Gdy świat się szczepi i szykuje do wakacji, do mnie wpadają nowe gadżety. Nie ma więc co czekać – trzeba zaledwie nieco ponad miesiąc od poprzedniego odcinka opowiedzieć Wam o czymś nowym!

Dzisiaj bohaterami są: urządzenie wyjątkowo przydatne przy pracy w home office (a po powrocie tym bardziej), wyjątkowy laptop i – na koniec, jak zawsze – telefon z nieco większymi możliwościami.

Poly Studio P15 – Pokój konferencyjny tam, gdzie chcesz

Przyznam Wam szczerze, że nie mogę już się doczekać powrotu do biura! Nie na stałe – to se ne vrati i w mojej opinii bardzo dobrze – ale na kilka dni w tygodniu. Co jednak robić, gdy w domowym biurze trzeba zrobić poważne „telko”, a my nie lubimy siedzieć na tyłku na krześle, wolimy chodzić po pokoju? Lekarstwem jest Poly Studio P15.

To tzw. personal video bar, coś co z każdego pokoju zrobi profesjonalną salę konferencyjną (to drugie to już moje określenie, nie marketingowców). Produkt tak prosty w instalacji, że mój 12-letni średni syn nie miałby z nią problemu. Wyciągamy z pudełka belkę szerokości średniego monitora. Dokręcamy do niej przy pomocy integralnej śruby stopkę i cały zestaw nakładamy na górę monitora. Z dwóch kabli składamy zasilacz i podłączamy w odpowiednie miejsca. Drugi kabel z zestawu, dwustronny USB-C, podpinamy do belki i komputera. Doinstalowujemy oprogramowanie z linku na załączonej kartce. To wszystko.

I już przy pierwszym spotkaniu online widzimy dlaczego to tyle kosztuje… Żeby było jasne, w mojej opinii jest tego wart. Jednak kwota 599 dolarów spowoduje, że zwykły pracownik raczej sobie go nie kupi. Dźwięk testowałem chodząc po 14m2 sypialni. Zarówno kładąc się na łóżku dużo poniżej poziomu belki, jak i chowając się za szafą, poza potencjalnym zasięgiem mikrofonów. Nawet, gdy dopytywałem rozmówców, czy wszystko dobrze słyszą – nie mieli uwag.

Prawdziwy kosmos dzieje się jednak, gdy odsłonimy kamerę, obracając pierścieniem wokół niej. Być może w takich sprzętach to standard, ale Poly Studio 15 to pierwsza wideo belka, którą miałem. Otóż, gdy chodziłem po pokoju, kamera podążała za moją twarzą. Gdy ruszyłem, przechodziła na szeroki plan, by w momencie zatrzymania – zoomować na „nieco-więcej-niż” twarz. Fajnie to wygląda 🙂

Poza tym to bardzo ładne urządzenie, w stylistyce podobnej jak opisywane przeze mnie w marcu Poly Sync 20+. Jak dla mnie Red Dot Design Award 2021 w pełni zasłużone. Minusy? Jeden. Mojego laptopa ładuję przez USB-C, a dysponuje on niestety tylko jednym takim gniazdem. Na szczęście znalezienie odpowiedniego huba z dwoma gniazdami w jednym z sieciowych sklepów nie było problemem.

ThinkPad X1 Titanium Yoga – Laptop jak prom kosmiczny

Tytan, włókno węglowe i magnez. Masa niewiele ponad kilogram! Taki opis może się tyczyć wielu nowoczesnych gadżetów. Ale, żeby… laptopa?

Zacznę od minusów. Jedyna rzecz, do której można się w tym komputerze przyczepić to (co ciekawe, podobnie jak w poprzedniku) porty. A w zasadzie ich – niemalże – brak. 2 Thunderbolty/USB-C, gniazdo słuchawkowe i… tyle. Dodatkowe peryferia, pendrive ze starym USB, monitor – do tego wszystkiego potrzebny jest dodatkowy hub. Niektórzy powiedzieliby, że minusem jest też cena, ale ja uważam, że dobre rzeczy muszą swoje kosztować.

Poza tym ThinkPad X1 Titanium Yoga to komputer kompletny. Praktycznie niewyczuwalna masa (moja blokada rowerowa jest cięższa), obłędny ekran 2K Dolby Vision, świetne głośniki i mocna bateria. 16 GB RAMu i Intel Core i7 vPro. Ergo – sprzęt nie do zajechania. Do tego – moje bezpieczniackie ego zostało ugłaskane – komputer blokuje się automatycznie, gdy od niego odejdziemy. Mój wewnętrzny leniwiec też się cieszył :), bowiem wystarczyło otworzyć klapkę, by kamera Windows Hello rozpoznała mnie i odblokowała Yogę zanim zdążyłem odetchnąć. Szybki procesor i 16 GB RAM okazały się być opcją optymalną. Poza rozrywką używałem też komputera do rozbudowanego multitaskingu (MS Teams, przeglądarka, jedna-dwie maszyny wirtualne) – nawet nie kaszlnął ze zmęczenia.

Nową Yogę testowałem akurat podczas tygodniowego szkolenia online. Zdarzało się, że jadłem posiłki nie przerywając słuchania trenera, czy pilnowałem, by mój roczny berbeć nie zrobił sobie (przesadnej 😉 ) krzywdy, hasając po mieszkaniu. Ze zwykłym komputerem byłoby mega trudno. Myślałem, że to składanie się ekranu o 360 stopni to takie marketingowe bla-bla-bla, jednak doceniłem ten „gimmick” w sytuacji, gdy brałem Młodego na ręce i mogłem nachylić ekran pod dowolnym kątem, czy przy kuchennym stole, gdy mogłem zrobić z komputera tablet, dzięki czemu inni też mieli dla siebie miejsce. W ogóle pomysł z tabletem jest fajny, gdy trzeba komuś coś pokazać. Składamy komputer „odwrotnie” i używamy dotykowego ekranu. Klawiatura w takich sytuacjach głównie przeszkadza, tak samo jak przy oglądaniu filmu w zaciszu sypialni. Jakby nie działało WiFi, możemy skorzystać – z tym w komputerze jeszcze się nie spotkałem – 5G!

ThinkPad X1 Titanium Yoga to jednak przede wszystkim urządzenie mobilne. Do łatwego wyjęcia w dowolnym miejscu, szybkiego zalogowania, skorzystania albo z sieci WiFi 6 (na domowym Funboxie 6 śmigała jak szalona), czy też eSIMa (ale wtedy, gdy upgrade oprogramowania wprowadzi m.in. możliwość skorzystania z usług Orange Polska) i schowania do plecaka, czy nesesera.

Motorola Moto G100 – Are you Ready for?

Testując ostatnimi czasy kolejne smartfony Motoroli odniosłem wrażenie, że firma skupiła się na urządzeniach z niskiej i średniej półki. Flagowiec, bo tak pozycjonowany jest G100 zaskoczył mnie, gdy zobaczyłem jego reklamy. Czy zaskoczył w korzystaniu? I tak i nie.

Zacznijmy od klasyków, wspólnych dla wszystkich nowych Moto. Duża bateria (w tym przypadku 5 Ah, półtora dnia wytrzyma bez problemu), intuicyjna nakładka na niemal czystym Androidzie, wreszcie tryb Always-on z możliwością interakcji z aplikacji z poziomu ekranu blokady. I ekran IPS LCD („kinowe” 21:9, HDR10), co zdaniem wielu (LCD, nie proporcje) flagowcowi nie przystoi.

Oj tam oj tam. Nieprawda. Jasność, nasycenie, widzialność w słońcu, kolory – nie mam jakichś wielkich wymagań, widzę różnicę z Amoledem, ale nie jakąś straszną. Bardziej martwi mnie brak naprawdę-szybkiego-ładowania. Choć z jednej strony Samsung S21 Ultra obsługuje 25W (przy 20W Moto G100) to nie są rzadkością urządzenia wspierające nawet przeszło 67-watowe ładowanie. Inna sprawa, że bateria G100 bez problemu wytrzyma cały dzień, a podłączenie jej na noc pod kabel nie powinno stanowić problemu.

W aspekcie wydajności mówimy już o flagowcu, nawet mimo Snapdragona 870 (to nie jest wyścig na trzycyfrowe liczby, ma po prostu dobrze działać), wspieranego wciąż nie tak częstymi 8 GB RAMu. Te technikalia są istotne przy codziennym użytkowaniu, ale wyjątkowo ważne przy autorskiej platformie Moto Ready For, która debiutuje właśnie na pokładzie G100. Słyszałem wobec niej zarzuty zbytniej inspiracji Dexem, jednak staję w kontrze do takich opinii. Po podłączeniu telefonu dedykowanym kablem do telewizora poza opcją „mobilny pulpit” możemy też wybrać „telewizor”, „gra” lub „czat wideo”. Co czyni Ready For platformę nie li tylko dla geeków, ale też dla ludzi, którzy w delegacji, czy w hotelu chcą po prostu bez kombinowania obejrzeć film, zadzwonić komunikatorem do bliskich, czy nawet pograć na dużym ekranie hotelowego telewizora.

„Sekcja foto” to główny aparat 64 Mpix ze światłem f/1.7 i dwoma autofokusami, szeroki 16 Mpix, makro i czujnik głębi. Warto zaznaczyć obecność świecącej obwódki wokół obiektywu makro. Nie jest to mikroskop z Oppo Find X3 Pro, ale faktycznie często pomaga. Z przodu mamy nieco archaiczne rozwiązanie z dwoma obiektywami, normalnym i szerokokątnym. Wygląda ciekawie, ale widziałem już rozwiązania robiące to samo, z jednym obiektywem. Zdjęcia to też element, który od „flagowych flagowców” nieco odstaje. Jest dobrze, takie mocne szkolne 4.

Czy warto? Jeśli czujecie, że możecie skorzystać z Ready For – warto się przyjrzeć G100. Jeśli lubicie interfejs Motoroli (ja bardzo) i możecie pójść na pewne kompromisy w zakresie zdjęć – też. Ale w tym drugim przypadku poczekałbym nieco na promocję lub spadki ceny. A póki co zajrzyjcie do nas do sklepu – też mamy Motorole!

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (37)

Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (35)

6 marca 2021

Co w gadżetach piszczy (35)

Rok. Dwa dni temu, w czwartek minął rok od pierwszego przypadku Covid-19 w Polsce, a za parę dni minie rok mojej pracy na home office. Nic więc dziwnego, że mój gadżetowy nieregularnik znów zdominują sprzęty przydające się przede wszystkim podczas pracy w domu. Jeden okazał się niespodziewanie wyjątkowo przydatny, inny uratował mi atmosferę w domu, a jeszcze jeden to – cóż, coś, czego regularnie używamy, ale w nieco innej wersji. No i dziś wyjątkowo opisuję cztery gadżety.

Poly Sync 20+ – Do telco, czy do muzyki?

Telco, czy też telekonferencja. Gdyby nie wyjątkowa duża konkurencja, mogłoby to być słowo roku 2020. W naszych nieprzystosowanych do home office domach, zazwyczaj z dzieckiem/dziećmi na zdalnej szkole – znalezienie sposobu na wzięcie udziału w firmowych spotkaniu bywało dużym wyzwaniem. Gdy trafił do mnie Poly Sync 20+, najmniejsza wersja zestawu głośnomówiącego z Poly, byłem pewien, że w tych warunkach absolutnie mi się nie przyda. Cóż – lubię być tak zaskakiwany.

Zacznę od końca. Byłem pewien, że moja partnerka wyrzuci maleństwo od Poly przez okno, gdy odpalę je w drugim pokoju podczas jej konferencji, ale… nie miałem innego wyjścia. Jedne słuchawki się rozładowały, drugie miały problem z połączeniem, a akurat zaczynało się blogowe kolegium redakcyjne. No to nie ma wyjścia – wyciągam zgrabnie ukryty pod spodem kabelek, podpinam pod USB i… działa. Po prostu działa, po krótkiej chwili przeznaczonej na samoinstalację.

I to jak działa! Wiem, że filmu powyżej nie nagrałem akurat podczas telko, ale:

  • musiałbym pytać każdego ze współuczestników o zgodę
  • (to chyba ciekawsze) chciałem Wam pokazać, ze Sync 20+ sprawdza się też jako domowy głośnik!

W tym drugim przypadku oczywiście trzeba go podłączyć przez bluetooth (w telefonach „dużego” USB nie uświadczymy), ale bez problemu nagłośniłby imprezkę w moim dość sporym salonie. Głos brzmi idealnie, soczyście, a co do basów, najlepiej postawić zestaw np. na blacie, by dolny głośnik, taki niby-subwoofer mógł zrobić robotę.

Dobra, ale wracając do blogowego kolegium. Spodziewałem się, że Poly zrobi konkurencję drugiemu telko, a tymczasem po wszystkim dowiedziałem się, że na drugim krańcu mieszkania… niczego nie było słychać. Za to u mnie w salonie, gdy testując działanie Poly 20+ chodziłem z maluchem na rękach po całym salonie, albo bawiliśmy się na kanapie, chowając się za poduchami – nikt nie miał zastrzeżeń, co do jakości mojego głosu.

Świetny i niedrogi jak na możliwości sprzęt. Skoro najmniejsza wersja bez problemu nagłośniła 20 m2, ciekaw jestem, jakie wyzwania musiałbym postawić przed największą?

Jabra Elite 45h – Słuchawki, jak żaba z dowcipu

Od razu spalę clou tej części. Pamiętacie ten dowcip o żabie, co to po jednej stronie lew kazał ustawić się zwierzętom mądrym, a po drugiej pięknym? A biedny skonfundowany płaz wydarł się: „No przecież się nie rozerwę!”. Takie właśnie są Jabra Elite 45h. Niby mądre, niby ładne – ale jednak żaba.

Nie zrozumcie mnie źle, nie ukrywam, że jestem fanbojem Jabry, a wychodząc z domu prędzej zapomnę kluczyków od samochodu, niż moich ukochanych Elite Active 75t. W domu, gdy chcę coś obejrzeć, odcinając się od odgłosów zewnętrznych, nie ma lepszych niż 85h. A do czego pasują 45h?

Zacznę od minusów – na pewno nie do mojej głowy. Nigdy nie miałem przekonania do słuchawek nausznych, używając dokanałowych albo wokółusznych. Ostatnią rzeczą, którą potrzebuję w takim sprzęcie jest spinanie się, czy za chwilę nie spadną mi z uszu. Nie zrozumcie mnie źle – Jabry 45h dobrze przylegają do małżowin, dźwięk nie „ucieka”, ale nie mogłem przestać skupiać się na mikroruchach pałąka, że świadomością, że muszli tak naprawdę nic nie trzyma.

Poza tym te słuchawki to po prostu lista plusów: bardzo dobra jakość dźwięku i rozmów, Asystent Google, intuicyjne rozmieszczenie przycisków sterujących, świetna (50 godzin bez ładowania jest realne), szybko ładująca się bateria, wreszcie bardzo dużo dodatkowych możliwości dzięki aplikacji Sound+. Bez problemów można je wziąć ze sobą na deszcz, bowiem są odporne na zachlapanie nie tylko fizycznie, ale również „gwarancyjnie”. Robią wrażenie dość trwałych, choć nie testowałem ich na upadki (ani na 9-miesięcznego berbecia, ale w jego przypadku głównie dlatego, że wpycha do buzi wszystko, co stanie mu na drodze 🙂 ).

Jeśli chodzi o dźwięk i możliwości, jest świetnie, Jabra jak zwykle nie zawodzi. Bez wątpliwości uwierzę, że są najlepsze w swojej klasie. Tylko… no rozumiecie, żaba.

Brother  MFC-B7715DW – Jedna strona za… 5 groszy

„Ratunku! Moja drukarka pokazuje: ‘awaria, skontaktuj się z serwisem’! Poratuj czymś małym do domu, najlepiej 4w1. Przecież home office i domowa szkoła!”. Błagalny, desperacki mail do marketingowej opiekunki marki Brother przyniósł efekt i już następnego dnia przed południem do moich drzwi zapukał uśmiech… No dobra, może nie taki uśmiechnięty, bo Brother MFC-B7715DW to dość spory, 15-kilogramowy karton.

Model, który uratował mi skórę to urządzenie wielofunkcyjne do małych biur (czyli w czasach pandemii do większości mieszkań). Na początku robi wrażenie dość sporego, jednak 41 centymetrów w największym wymiarze nie okazało się być przeszkodą w znalezieniu miejsca w skromnej wielkości szafie na styku przedpokoju i salonu. Komputer widział nową drukarkę od razu po podłączeniu, zdecydowanie jednak warto zainstalować firmowy „kombajn”, aplikację Brother iPrint&Scan, od razu do spółki ze wszystkimi niezbędnymi sterownikami.

Korzystanie na co dzień z MFC-B7715DW jest jak wystrzeliwanie pocisku Hellfire. Drukowanie – ctrl-p i jazda. Skanowanie – do podajnika albo na szkło, klik w aplikacji (można też skonfigurować wysyłanie od razu na maila) – i zrobione. Da się nawet drukować bezprzewodowo, aczkolwiek akurat skonfigurowanie tego wymaga nieco czasu i wsparcia ze strony instrukcji. Pomaga w tym duży wyświetlacz i intuicyjna, nie wymagająca kombinowania struktura menu. Nie bez znaczenia jest też fakt, że toner, wystarczający na wydrukowanie nawet 2000 stron, to koszt… 99 złotych! Dla osób przyzwyczajonych do atrakcyjnych cen urządzeń i zbijających z nóg kosztów materiałów eksploatacyjnych to wyjątkowo miła odmiana.

iPhone 12 Mini – świetny, ale…

Musiałem go sprawdzić. Trochę poczekałem, ale wiedziałem, że iPhone w wersji malutkiej musi trafić w moje ręce. I o ile na początku iPhone 12 Mini mnie oczarował, to ostatecznie… Ale o tym za chwilę.

Nie chciałem innego iPhone’a, tylko właśnie tego, by sprawdzić, jak w czasach niemal siedmiocalowych kolosów pracuje się z urządzeniem o przekątnej 5,4”. Zaskoczyłem się bardzo pozytywnie, bo (na początku) nie zobaczyłem żadnych minusów. Mimo mniejszego ekranu wszystko się na nim mieści, interfejs jest intuicyjny, nawet widżety, mimo że zgromadzoną tylko na skrajnym lewym ekranie, okazały się bardziej funkcjonalne, niż oczekiwałem. Do tego e-SIM, dzięki czemu nie musiałem kombinować z przekładaniem karty z mojego podstawowego smartfonu.

Przez chwilę się zastanawiałem, jakby tu w moim domowym biurze podłączyć kabel do ładowania 12 Mini. Problem tkwi bowiem w tym, że od strony ładowarki ma on wtyczkę USB-C, a w jedynym takim gnieździe w mojej ładowarce tkwi kabel do ładowania laptopa. Kłopot rozwiązał się sam, gdy zastanawiając się odłożyłem iPhone’a na ładowarkę indukcyjną, na co on radośnie się rozjarzył, informując mnie, że właśnie się ładuje. Inna sprawa, że ładowarka, mimo mikroskopijnej baterii 2227 mAh wcale nie jest potrzebna zanim nadejdzie wieczór.

Problemy zaczęły się jednak z czasem. Mam już 45 lat, wzrok niegdyś sokoli zaczyna jednak dawać mi znaki, że natury się nie da oszukać. Po kilku dniach, gdy zaczęła mnie w trakcie dnia boleć głowa, zorientowałem się, że z bliska litery są jednak mało ostre, a po oddaleniu na odpowiednią odległość robią się po prostu… małe 🙁

Nie sądziłbym, że kiedyś coś takiego przejdzie mi przez palce, ale iPhone 12 Mini to świetny telefon. Szybki, bardzo wydajny, ze świetnym (jak widać powyżej) aparatem. To nie jest duża wersja, z której wycięto to, co wpływa na jej cenę – to po prostu duża wersja z mniejszym ekranem. Ciężko mi jednak znaleźć dla niego grupę docelową. Młodsi prychną, że za mały, a dla wielu z tych, którzy dorośli do urządzeń na powrót kieszonkowych za małe okażą się literki właśnie.

A szkoda. Już zapomniałem jak to jest móc schować telefon do kieszeni dżinsów i zapomnieć, że tam jest. Jeśli Wy chcielibyście sprawdzić, jak radzi sobie Mini – albo inne iPhone’y, nie tylko z serii 12 – zajrzyjcie do naszego sklepu. Jakby co, to szeptem Wam powiem, że Mini 64GB jest w wyjątkowo dobrej cenie!

 

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (35)

Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (33)

6 czerwca 2020

Co w gadżetach piszczy (33)

Kolejny miesiąc samoizolacji to idealny czas nie tylko na odnalezienie odpowiedniego balansu praca-życie, ale też doskonała okazja do testowania gadżetów. Tym razem trzy sprzęty spod znaku: ciszy, wygody/efektywności pracy w domu i jednego z najlepszych na rynku stosunku ceny do jakości. Nie będę przesadnie teaserował 🙂 – to ostatnie to jeden z moich ulubionych smartfonów ostatniego półrocza.

Bose NCH 700 – Odgłosy? Jakie odgłosy?

To już prawie rok, gdy na łamach Bloga – acz w oddzielnym tekście – przetestowałem dwa ciekawe modele słuchawek z aktywnym wyciszaniem szumów. Podsumowując tamten materiał miałem wrażenie, że słyszałem (a w zasadzie… nie słyszałem) w tej materii już wszystko. Jasne – do momentu, gdy pojawił się on, na białym ko… tzn. w ręku kuriera.

Recenzje Bose Noise Cancelling Headphones 700 (NCH 700) czytałem już wcześniej. Ba – w 2016 roku pisałem nawet o modelu Quiet Comfort 35. Wiedziałem, że firma z Framingham w stanie Massachusetts jest wzorcem w segmencie słuchawek z ANC, ale…

Ale kiedy założyłem NCH 700, literalnie opadła mi szczęka. Aplikacja Bose pozwala ustawić dla tych słuchawek poziom redukcji hałasu od 1 do 10, a domyślnie jest to stopień najwyższy. Stopień, przy którym świat cichnie. Serio, totalnie cichnie. Nie ma szumu komputerów, nie słychać stukających klawiatur, otwierających się drzwi w pokoju w robocie, a koledzy, nawiązujący dłuższą i głośniejszą konwersację, wydają się być elementem – bo ja wiem, snu?

Za każdy razem, testując słuchawki z ANC, pisałem, że uwielbiam się wyłączać i nie cierpię dźwiękowego „smogu” ulicy. Spacerując po ulicy z Bose NCH 700 trzeba BARDZO uważać, dochodząc do przejść dla pieszych, bo na najwyższym stopniu naprawdę NICZEGO nie słychać. W metrze (miałem okazję testować Bose jeszcze przed czasami Covida) nie ma czegoś takiego, jak stukot kół pociągu, to wręcz surrealistyczne! Na szczęście aplikacja pozwala zdefiniować trzy poziomy, między którymi możemy się łatwo przełączać. No i – żeby nie było idealnie – w domu, na home office, gdy jednocześnie zdalne lekcje mają 3-, 5- i 8-klasista – i święty Bose nie pomoze 😉

ANC to jedno, ale Bose NCH 700 są też mega wygodne, lekkie (250g), można zapomnieć, że mamy je na uszach. To też pierwsze słuchawki, o których mogłem powiedzieć, że obsługuje się je naprawdę intuicyjnie. Wszystko dzieje się na prawej muszli. Chcemy wyłączyć muzykę, połączyć się albo rozłączyć z rozmówcą? Stukam dwa razy w przednią część. Głośniej? Smyramy palcem do góry. Ciszej? Zgadnijcie 😉 Utwór do przodu? Palec do przodu. Od początku/do tyłu? To samo z palcem. No i pełna integracja z Google Asystentem. Nie musiałem sięgać po telefon – słuchawki informowały o komunikatach, mówiły mi, kto do mnie napisał, a nawet pozwalały odpisać głosem.

Najlepsze jakie miałem. Zastanawiałem się, czy nie udawać przed kurierem, że nie ma mnie w domu 😉

Poly Studio – Wideokonferencja zamknięta w „soundbarze”

Telekonferencja… Dla niektórych codzienność pracy w korporacji, dla niektórych koszmar. Ale coś Wam powiem – w nowym świecie będzie ich jeszcze więcej. A biorąc pod uwagę, że firmy gremialnie zdają się przychylać do częstszej pracy zdalnej, przede wszystkim menedżerowie będą szukać pomysłu na coś, co pozwoli im oderwać się od kamery komputera i – choćby bezprzewodowych – słuchawek.

Kiedy zdarza mi się występować na konferencjach, lubię chodzić. Kamerzyści i oświetleniowcy mają ze mną krzyż pański, bo po prostu nie potrafię ustać na miejscu. I o ile z komputerową kamerą tak się nie da, to z Poly Studio – jak najbardziej. Pamiętam dawno temu, jeszcze w siedzibie TP S.A. na Twardej, pokój „Telepresence”. Specjalne pomieszczenie do zagranicznych wideokonferencji, dedykowana kamera, ściana monitorów… Teraz wystarczy wyjąć z pudełka sprzęt przypominający soundbar, podpiąć przez HDMI do telewizora, przez USB do komputera i… i w zasadzie to wszystko! Oczywiście, gdy zainstalujemy jeszcze odpowiedni soft, co – niestety – dyskwalifikuje komputery z Linuxem.

Poly Studio z założenia – jak sądzę – miało być sprzętem zamieniającym małe korporacyjne klitki, tzw. Huddle Rooms, w wypasione sale do wideokonferencji (tak przynajmniej prezentowano Studio na premierze w warszawskiej siedzibie Poly). Gdy pojawił się pandemiczny wirus, życie nieco zweryfikowało te plany, pozwalając na stworzenie pomieszczenia do wideo ze standardowego mieszkalnego salonu.

Technologia odcinająca szum zewnętrzny i skupiająca się na głosie/ach uczestników konferencji, śledzenie obecnych zarówno wideo, jak i audio, możliwość podłączenia do praktycznie każdego rozwiązania do rozmów grupowych, a do tego intuicyjna konfiguracja (nie trzeba instalować sterowników) i zarządzanie w chmurze. Przyczepić można się tylko do ceny, przeszło 4000 złotych, ale z drugiej strony – to i tak ułamek wartości legendarnego „tepsianego” Telepresence. I bez problemu jestem w stanie wyobrazić sobie ludzi, którym znacząco ułatwi codzienne życie w nowym, popandemicznym świecie.

Samsung S10 Lite – Nie każdy musi mieć flagowca

Przez lata, kiedy testuję niemal wszystkie smartfony w ofercie Orange Polska, strasznie się rozbestwiłem. Gdy tylko na rynku ma się pojawić jakiś nowy flagowiec, rozświetlają mi się oczy i zastanawiam się, kiedy próbka trafi do mnie. I dopiero, gdy „z braku laku” dostałem Samsunga S10 Lite, zacząłem się zastanawiać… po co komu ten pęd do flagowców?

Nie zrozumcie mnie źle, na topowe smartfony i nowe technologie zawsze znajdą się chętni, a ja z radością wezmę się za testowanie kolejnych rewolucyjnych rozwiązań. Gdyby jednak – jak pewnie 99,9% Polaków – stanął przed dylematem „na jaki smartfon na kolejne dwa lata wydać moje ciężko zarobione pieniądze”, myślałbym pewnie raczej o półce średniej. Tym bardziej, że kilka miesięcy z S10 Lite przekonało mnie, że tak naprawdę… niczego mi w tym telefonie nie brakowało, na nic nie narzekałem, a kompromisy, na które w przypadku urządzenia tańszego, trzeba iść – nie stanowiłby dla mnie problemu.

Jakie kompromisy? Dwa kluczowe, ekran i aparaty. Niby to SuperAmoled (z „nie za dużą, nie za małą” przekątną 6,7”), ale w porównaniu do serii S20 wydaje się znacznie bardziej blady i „wyprany”. Zwracałem na to uwagę jednak tylko, gdy obok leżał jakiś topowy smartfon, bo przy zwykłym użyciu to absolutnie nie przeszkadza. Główny aparat to z jednego strony matryca 48 Mpix, z drugiej jednak – światło zaledwie f/2.0. Zgoda, w nocy szału nie ma, pewnie w dzień też można by się było do czegoś przyczepić, ale… no kurczę, jeśli ktoś jest artystą i potrzebuje lepszego aparatu (nawet w telefonie) to go na niego stać. Większość taka matryca wystarczy. Nie ma też ładowania indukcyjnego, ale to też dla wielu raczej fanaberia. No i 5G, ale – cóż – LTE daje radę, można trochę poczekać.

Poza tym to po prostu zgrabny, poręczny, szybki, wydajny smartfon, z nakładką taką samą, jak w flagowcach od Koreańczyków, z ponadprzeciętną, 4,5-amperogodzinową baterią. Nawet ja nie czułem dyskomfortu, używając S10 Lite, wręcz ze względu na zgrabność i poręczność zdarzało mi się wybierać go chętniej, niż testowanego w tym samym czasie S20 Ultra.

Jakbyście szukali, gdzie go kupić, to zajrzyjcie do nas 🙂 I pamiętajcie, że teraz pierwsze trzy raty bierzemy na siebie!

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (33)

Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (31)

14 grudnia 2019

Co w gadżetach piszczy (31)

Wybaczcie, że choć idą święta, to przedświąteczne gadżety jakoś tak… mało nadają się na prezenty. Choć z drugiej strony, to tylko od obdarowanego i obdarowu… tzn. Świętego Mikołaja 🙂 zależy, prawda?

Dziś najpierw o telefonie, który wstrząsnął niedawno światem gadżetów. Siłą rzeczy krótka, taka formuła akurat tego cyklu, ale na pewno generalne wrażenia oddaje. Kolejny gadżet to sprzęt z rodzaju „przydasiów”. Niby niepotrzebny, niby po co, ale… jak już jest, to – cóż – przyda się. A na koniec sprzęt, który w ostatnim czasie bardzo ułatwia mi życie w pracy.

Xiaomi Mi Note 10 – Aparat fotograficzny z funkcją dzwonienia

Muszę kiedyś zrobić ankietę, którą funkcję dzisiejszych smartfonów najczęściej używacie. No bo przecież te multi-urządzenia zastępują nawet kilkanaście rzeczy, które za dawnych czasów musielibyśmy nosić oddzielnie. Co byście wybrali? Ja bezdyskusyjnie aparat fotograficzny. I wielu innych chyba też – dlatego powstał smartfon Xiaomi Mi Note 10.

5 aparatów… Szaleństwo, co? Główny 108 megapikseli (!!!) ze światłem f/1.7, 12 Mpix z 2x zoomem, 5 Mpix z pięciokrotnym, 20 Mpix ultraszeroki i na koniec 2-megapikselowa dedykowana kamera do zdjęć makro. Dodajmy jeszcze cztery doświetlające diody LED i 32 Mpix do selfie i w zasadzie mamy… aparat fotograficzny z funkcją dzwonienia.

Taki zestaw aparatów… rozleniwia. Kiedyś trzeba było nakombinować z kadrem, cofnąć się, podejść, zmienić kąt… Teraz wystarczy wybrać odpowiedni zoom i już „jesteśmy bliżej”. A efekt? Zobaczcie zdjęcia z tego samego miejsca, odpowiednio: bez zbliżenia, zoom x2, x5 (optyczny), x10 (hybrydowy), x50 (cyfrowy).

Mi Note 10 udowadnia, że pięć aparatów da się wizualnie zintegrować się z całą resztą. Nie muszą wyglądać pretensjonalnie i przypominać indukcyjnej kuchenki. Mocna inwestycja w „część fotograficzną” wymusiła chyba nieco oszczędności w kwestii procesora. Snapdragon 730 to układ raczej ze średniej półki, ale w codziennym korzystaniu nie widziałem różnicy w porównaniu do teoretycznie mocniejszych urządzeń. Co więcej, najmocniejsza chyba na rynku bateria (5,26 Ah) pozwala telefonowi wytrzymać nawet półtora dnia (jakby się postarać, to pewnie i do dwóch by się dało). Na niemal 6,5-calowym Amoledzie, ze wsparciem dla HDR-10, nie tylko zdjęcia z pięciu aparatów wyglądają bardzo ładnie.

Sam bym mógł mieć taki telefon 🙂 A jeśli Wy byście chcieli – i tu pora na mój teatralny szept: „Jest u nas!”.

Brother VC-500W  – I Ty zachcesz coś wydrukować 🙂

Te technologie to jednak super sprawa jest. Kiedyś jeśli potrzebowało się etykiet, trzeba było poszukać w sklepach czegoś, co nam odpowiadało. Albo pójść do zajmującej się tym specjalistycznej firmy, posiedzieć nad projektami i zapłacić tyle, że – taki świąteczny wtręt – „Ho ho ho” 🙂 Teraz domowa drukarka etykiet zmieści się nawet na najmniejszej półce w domu. A to, co możemy na niej wydrukować, limituje tylko nasza wyobraźnia. Nawet jeśli uważamy, że to ostatnie, co może się nam przydać, idę o zakład, że mając drukarkę Brother VC-500W ją pod ręką, znaleźlibyście dla niej zastosowanie.

Książki, szuflady, pudełka, pojemniki (np. na przyprawy), prezenty, wywieszki drzwiowe, nieco podtuningowane służbowe identyfikatory… Albo etykiety do kabli, przydające się jeśli w salonie mamy przesadnie dużo elektroniki. Wykorzystanie takiej etykiety to trywialnie prosta sprawa – taśma, na której drukuje VC-500W jest samoprzylepna, a na dodatek urządzenie delikatnie nadcina końcówki, co ułatwia zdjęcie dolnej warstwy.

Ten sprzęt Brothera nie ma tuszu, używa bowiem technologii ZINK (Zero Ink), znanej m.in. z aparatów Polaroid. Pięciometrowa taśma, zamknięta w poręcznej kasetce (o szerokościach 9, 12, 19, 25 i 50 mm) składa się z warstw kryształów, które dopiero przy ogrzaniu nabierają odpowiednich kolorów. Faktycznie wygląda to jak zdjęcie, nie ma się do czego przyczepić. Jeśli już przyczepić się do czegokolwiek to oprogramowania pod Windows, które daje nam mnóstwo możliwości, ograniczanych tylko naszą kreatywnością, pozostając przy tym jedną z najmniej intuicyjnych aplikacji z jakimi kiedykolwiek miałem do czynienia. Oczywiście, jak na erę post-PC przystało, do drukowania nie potrzebujemy komputera. Drukarka przy użyciu sieci WiFi Ad-hoc bez problemu połączy się z naszym smartfonem, a tam przy użyciu odpowiedniej aplikacji (na oba główne systemy mobilne) możemy w ciągu kilku minut wykreować jakieś cudeńko.

Poly Savi 8220 – „Wyłączyć” open space

Telekonferencja… Z jednej strony znacząco usprawnia życie, zyskując firmie i nam czas, a pracodawcy też pieniądze. Gorzej, jeśli do biurka „przywiązuje” nas niemalże literalnie (kablem od słuchawek), a fakt egzystencji na open space powoduje, że nie dość, że niewiele słyszymy, to jeszcze musimy się drzeć do mikrofonu, przeszkadzając w pracy koleżankom i kolegom…

…chyba, że na naszym biurku stoi Poly Savi 8220. To profesjonalne słuchawki, dedykowane pracownikom call center. Niewielką, gustowną stację dokującą, możemy połączyć do trzech źródeł: stacjonarnego telefonu (z tej opcji akurat nie korzystałem), komputera i – przez Bluetooth – do smartfona. A potem… cóż, potem wcale od razu nie zadziała. Początkowo miałem zagwozdkę, czemu słuchawki okazały się ciche, a mikrofon niemy, pomogło zainstalowanie na komputerze dedykowanego oprogramowania. Stacja pobrała nowy firmware i nagle magicznie poziomy głośności na ekranie komputera na nowo ożyły.

Gdy już wszystko podłączymy, korzystanie z Savi 8220 jest totalnie intuicyjne. Zależnie od tego, czy dzwoni Microsoft Lync, czy smartfon, słuchawki połączą się z odpowiednim źródłem i delikatnym dźwiękiem dadzą znać, że są gotowe. Ściągamy je ze stacji, zakładamy na głowę i wciskamy przycisk na pałąku mikrofonu na wysokości ucha. Jak brzmią? Zarówno moi rozmówcy, jak i ja, określaliśmy jakość dźwięku wyłącznie mianem „żyleta”.

Pomaga w tym na pewno fakt, iż słuchawki dysponują świetnym kierunkowym mikrofonem, ale też aktywnym wyciszaniem szumów (ANC, Active Noise Cancelling). Nie jest to taki poziom ANC jak w konsumenckich Bose, Sony, czy Jabrach. Ale na warunki biurowe odcina wystarczająco, pozwalając skupić się na rozmowie i zapomnieć o towarzystwie w pokoju, czy na open space. Co więcej, gdy podczas rozmowy chodziłem po budynku, gdy stacja bazowa została za zamkniętymi, stalowymi drzwiami, dopiero niemal 100 metrów rozmówca stwierdził, że właśnie przestał mnie słyszeć.

Jeśli Święty Mikołaj kazałby mi wybrać wyłącznie prezent, który miałby mi pomóc w pracy, poważnie bym się zastanawiał nad właśnie takim.

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (31)

Dodano do koszyka.

zamknij
informacje o cookies - Na naszej stronie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z orange.pl bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza,
że pliki cookies będą zamieszczane w Twoim urządzeniu. dowiedz się więcej