Odpowiedzialny biznes

Bądź kumplem! Włączamy się w kampanię

Bartłomiej Kuczyński Bartłomiej Kuczyński
05 listopada 2019
Bądź kumplem! Włączamy się w kampanię

Pamiętacie, jak w szkole gnębiono słabszych? Kojarzycie klasowego kozła ofiarnego? Na pewno każdy z nas potrafi przypomnieć sobie takie sceny z podstawówki, które – wiemy to jako dorośli – nie powinny się wydarzyć.

A jak to wygląda dzisiaj?

Cóż, dzieci coraz rzadziej funkcjonują w grupie, np. na podwórku. Obserwujemy też coraz większą indywidualizację. A to na pewno nie ułatwia sytuacji tym słabszym. Jak deklarują rodzice, aż 45% uczniów jest poniżanych, ośmieszanych, wyśmiewanych (badanie SW Research na zlecenie Cartoon Network). Samo pojawienie się internetu stworzyło nowe obszary komunikacji – także tej agresywnej. Cyberprzemoc często pojawia się równolegle z przemocą offline, ale może być bardziej nasilona. Jak mówią wspomniane badania, aż 1/3 uczniów doświadcza hejtu, cyberprzemocy czy agresji elektronicznej. Jednocześnie aż 35% rodziców nie wie, jak sobie z tym radzić.

Po prostu: bądź kumplem!

Dlatego Fundacja Orange już po raz kolejny dołącza do kampanii Cartoon Network „Bądź kumplem – nie dokuczaj”. Podpisujemy się obiema rękami pod wezwaniem Roberta Lewandowskiego, ambasadora kampanii, do koleżeństwa i życzliwości:

- Wartości kampanii „Bądź kumplem, nie dokuczaj!” są mi bardzo bliskie, ponieważ moja codzienna praca wymaga gry zespołowej i dobrej komunikacji w drużynie. Problem dokuczania czy cyberprzemocy występuje bardzo często w szkołach lub wśród rówieśników. Nie tylko dzieci nie wiedzą, w jaki sposób sobie z nim poradzić, wsparcia potrzebują również rodzice – mówi Robert Lewandowski.

Wiemy o tym dobrze, pracując regularnie ze szkołami czy prowadząc kampanię społeczną #jestnaswiecej skierowaną przeciwko hejtowi w sieci. Jak wiecie, jako fundacja firmy technologicznej, promujemy przede wszystkim dobre relacje w sieci. Mamy jednak pełną świadomość, że trudno je oddzielić od zwykłej życzliwości wobec innych. Jak pokazują twórcy badań EU Kids online 2018 Polska, cyberprzemoc ma zazwyczaj swoje źródło w braku poprawnych relacji i wsparcia ze strony najbliższego otoczenia. Rzadko też występuje w oderwaniu od tradycyjnych form przemocy. Dlatego zachęcamy: dbajmy po koleżeństwo i pozytywne relacje, szczególnie u dzieci.

Postawmy się cyfrowym huliganom

Przez udział w kampanii i nasze regularne działania chcemy pokazać, że cyfrowe technologie mogą pomagać w tworzeniu pozytywnych więzi. Przypominamy też, że hejterzy są głośną grupą, ale jest ich zadziwiająco niewielu. Pisałem o tym wcześniej, gdy zapoczątkowaliśmy kampanię #jestnaswiecej. Warto też, żebyśmy odkurzyli takie pojęcia jak netykieta czy pomyśleli, jak z szacunkiem dla innych używać smartfona.

Jeśli zainteresowałem Was ideą, wejdźcie na stronę kampanii. Znajdziecie tam informacje o kampanii, materiały dla nauczycieli, „kodeks kumpla”, filmy, porady o tym jak radzić sobie z dokuczaniem znajdziecie na stronie https://badzkumplem.cartoonnetwork.pl. Na pewno możecie polecić te treści znajomym nauczycielom czy Waszym znajomym z sieci społecznościowych.

Kampania społeczna Cartoon Network „Bądź kumplem, nie dokuczaj” pod patronatem honorowym Ministerstwa Cyfryzacji i Rzecznika Praw Dziecka, Akcję wspierają partnerzy merytoryczni: Fundacja Orange, Centrum Edukacji Obywatelskiej, Lifetube, oraz Nintu.

Komentarze

pablo_ck
pablo_ck 21:13 05-11-2019

Super akcja 🙂 Ja w życiu kieruje się pewnym przykazaniem – „szanuj bliźniego swego jak siebie samego”. Uwierzcie, nie narzekam na ludzi, no może czasem za kierownicą troszeczkę ;p ;p W pracy konfliktów – zero 🙂 Każde dziecko powinno znać to przykazanie, a rodzice powinni edukować jak szanować innych.

Odpowiedz

Odpowiedzialny biznes

Co w gadżetach piszczy (30)

Michał Rosiak Michał Rosiak
02 listopada 2019
Co w gadżetach piszczy (30)

Wow! Jestem w szoku, że to już 30. raz, kiedy piszę dla Was o różnych ciekawych gadżetach, które wpadły mi w rękę. Chyba muszę z tego powodu poświętować :) A póki co - małe co nieco do czytania dla Was. Tym razem naładujemy nasze wszystkie gadżety, porozmawiamy bez kabli, a na koniec - zrobimy zdjęcia (i nie tylko).

Green Cell Power Source 75W – Szybko i z jednego gniazdka

Macie tak czasami, że w kolejnych gadżetach, które trafiają Wam do ręki znajduje się technologiczne rozwiązanie, przy którym nagle dochodzicie do wniosku: „Kurczę, dlaczego ja na to wcześniej nie wpadłem/am?”. Ja tak miałem po podłączeniu flagowego produktu polskiej marki Green Cell. Do tej pory zachodzę w głowę, po co na wyjazdy brałem kilka ładowarek, by potem kombinować, jak „nakarmić” każdy sprzęt, bo do dyspozycji miałem i tak jedno gniazdko...

Liczba 75 nie bez kozery znalazła się w nazwie opisywanej przeze mnie „multiładowarki”. Potrafi ona bowiem generować prąd nawet takiej mocy, co pozwala na użycie jej jako ładowarki do mocnego laptopa. Jest tylko jeden warunek – musi to być urządzenie, korzystające w tym celu z gniazda USB-C, co niestety w tym zakresie ograniczyło moje możliwości.

Możliwości Power Source 75W nie ograniczają się rzecz jasna do laptopa, pozwala ona bowiem na ładowanie czterech urządzeń na raz. Nawet wtedy żadne z nich nie traci, nie ma mowy, by ładowało się wolniej, a sama ładowarka podczas moich testów ani razu nie zanotowała niepokojącego wzrostu ciepła. Urządzenie jest kompatybilne ze standardami szybkiego ładowania Qualcomma, Samsunga, Apple, Huaweia i Mediateka, a także nowym Power Delivery. Co więcej, Power Source 75W zdołał „podnieść” starego Kindla, który przy żadnej innej ładowarce nie dawał znaku życia.

A gdy jeszcze dodać, że wygląda nowocześnie i ładnie („fortepianowa” czerń), jest relatywnie niewielkie i waży niewiele ponad 200 gramów... Idealna sprawa nie tylko na wyjazdy (laptop, smartfon, Kindle, hmmm - aparat?), ale równie przydatna w domu.

Plantronics Backbeat Pro 5100 – O, nie wyjąłem słuchawek z uszu!

Nie wiem, o co tyle hałasu z gniazdem mini-jack w telefonach. Nie snobowałem się nigdy na audiofila, nie rozpoznam, że w orkiestrze siódme skrzypce fałszują, po prostu... słucham. Rzadziej muzyki, to fakt, częściej ścieżek dźwiękowych seriali, głosów w grze, czy komentatora NFL. Do tego wszystkiego nie potrzebuję kabla – ważne, że w moich gadżetach znajdą się malutkie bezprzewodowe dokanałowe „pchełki” Plantronicsa.

Gdy robi się zimno, małe pudełeczko, które można upchnąć nawet w kieszeni dżinsów, to idealne rozwiązanie. Same słuchawki są tak małe, że mieszczą się nawet pod zimową czapkę. Ich masy nie czućdo tego stopnia, że zdarzało mi się wrócić do domu i wyjąć je z uszu, dopiero, gdy zdałem sobie sprawę, że dźwięki rozmowy słyszę... nieco przytłumione :)

Właśnie, rozmowa! W końcu to Plantronics, firma znana przede wszystkim z zestawów do telekonferencji. I o ile jeśli chodzi o słuchanie to nie ma się do czego przyczepić, choć najbardziej wypasionych kodeków w Pro 5100 nie uświadczymy. Podczas rozmowy natomiast słuchawki na dworzu biją wszystkie testowane przeze mnie do tej pory sprzęty, nieważne, czy huczą auta, stuka metro, czy wieje wiatr. Za ten ostatni odpowiada WindSmart, autorska technologia producenta, a z całość cztery wycinające szumy mikrofony. W domu jednak wystarczyło rozmawiać podczas zmywania, by rozmówca kilkakrotnie dopytywał się, co mówiłem.

Długości działania na baterii nie testowałem. Po prostu po skorzystaniu chowałem do etui, tam się ładowały, a gdy aplikacja pokazywała, że poziom baterii spada poniżej 50%, podpinałem je po prostu na noc do opisywanej na początku ładowarki. Aplikacja przydaje się z kilku powodów: pomoże odnaleźć słuchawki albo dźwiękiem (jeśli są podłączone do telefonu) albo GPSem, pamiętając, gdzie ostatnio były, a także daje sporo możliwości konfiguracji (np. wywoływanie puknięciem w słuchawkę asystenta głosowego, czy ulubionej playlisty). Przeszkadza mi tak naprawdę tylko jedno. Nie da się ich podłączyć do dwóch urządzeń na raz, więc oglądając film na tablecie musimy sparować je ręcznie, a jeśli wtedy zadzwoni telefon – odebrać go standardowo, przyciskając do ucha.

Motorola One Zoom – Dla wygodnickich fotografów

Lubię korzystać z piękna polskiego języka, więc napiszę Wam, że nieco się rozbisurmaniłem :) Człowiek łatwo przyzwyczaja się do topowych telefonów, a gdy nagle wpada na testy coś ze średniej półki... A nie, czekajcie, stop. Od jakiegoś czasu średnia półka też radzi sobie na tyle dobrze, że nie ma co marudzić. Motorola One Zoom to jeden z popierających to dowodów.

Mówiąc o gadżetach w tym przypadku muszę oczywiście zacząć od aparatów. Do czterech obiektywów w formie przypominającej indukcyjną kuchenkę przyzwyczaiłem się na tyle, że przestały mnie już razić. Szkoda tylko, że muszą tak wystawać, a wielkie logo Motoroli, świecące, gdy przyjdzie powiadomienie... cóż, nie spodoba się każdemu. Cztery aparaty (główny 48 Mpix w formule QuadPixel, ze światłem f/1.7 i optyczną stabilizacją obrazu) rozleniwiają – kiedyś trzeba było oddalić się, żeby złapać szerszy plan albo zbliżyć do obiektu, co może być ryzykowne, jeśli np. fotografujemy skorego do zabaw kota. Zdecydowanie łatwiej jest się przeklikiwać między obiektywami. I nie tylko – jeśli spróbujemy zrobić zdjęcie w scenerii nocnej, aparat od razu zasugeruje przełączenie się na odpowiedni tryb. Jeśli chcecie, żeby było cokolwiek widać – zróbcie to.

Nie przeszkadza mi Snapdragon 675, nawet z wymagającymi grami radzi sobie wręcz powyżej oczekiwań. Z moim bezpieczniackim „zboczeniem” raduje me serce sytuacja, gdy regularnie dostaję na telefon łatki bezpieczeństwa, ponieważ One Zoom objęty jest programem Android One. Genialnie sprawdzają się powiadomienia, pokazujące się na wygaszonym ekranie. Po przytrzymaniu ikony możemy zobaczyć ich treść (biało na czarnym) i usunąć, bądź zaznaczyć jako przeczytane, bez odblokowywania telefonu. Będzie mi tego brakowało. Notcha nie - nie lubiłem ich i nie lubię.

Do tego gustowne plecki ze szczotkowanego aluminium i niespotykana 4-amperogodzinowa bateria, wystarczająca nawet na dwa dni, z trybem szybkiego ładowania, w trybie adaptacyjnym „ucząca” się tego jak używamy aplikacji i optymalizująca wykorzystanie energii.

Taką średnią półkę to ja rozumiem. Jeśli Wy też, to w całkiem ciekawej cenie znajdziecie go w naszym sklepie.

Komentarze


Bezpieczeństwo

„CEO scam” coraz popularniejszy

Michał Rosiak Michał Rosiak
31 października 2019
„CEO scam” coraz popularniejszy

Niezależnie od tego, czy pracujecie w małej firmie, czy w wielkiej korporacji, czy pensje wypłaca Wam "prywaciarz", czy budżet państwa, przyspieszone bicie serca wywołuje... mail od prezesa, czy kogoś z top managementu. Nie chodzi o to, że od razu pisze, by nas "przeczołgać". Może po prostu mieć mocno priorytetową sprawę, a my - no cóż, my powinniśmy sprawić, by nie musiał zbyt długo czekać. Przestępcy też o tym wiedzą.

"Otwórz szybko dokument ode mnie"

Czy dotarły do ciebie dokumenty, które wysłałem ci rano? Załączyłem je raz jeszcze, czekam na informację zwrotną na temat zaznaczonych fragmentów.

Takiego maila dostali wszyscy odbiorcy z książki Briana Fishera, dyrektora badań klinicznych brytyjskiej firmy Evergreen Life. Link, który miał prowadzić do chmurowej usługi OneDrive, kierował - jak można się domyślać - do domeny, kupionej trzy dni wcześniej przez przestępców. To tzw. "CEO scam", oszustwo "na prezesa" W opinii ekspertów bezpieczeństwa Evergreen przestępcy poza wykradzeniem danych logowania pracowników firmy planowali zainfekować ich komputery oprogramowaniem ransomware. Biorąc pod uwagę, iż firma współpracuje z szeregiem szpitali w Wielkiej Brytanii, potencjalne ryzyko powoduje, że stają włosy na głowie... Na szczęście systemy bezpieczeństwa firmy zablokowały docelową domenę zanim ktokolwiek dał się złapać na oszustwo.

Prezes prosi o pilny przelew

Tego typu zagrożenia to nie są też obce polskim firmom. Do CERT Orange Polska kilkakrotnie trafiały maile, podszywające się pod najwyższych menedżerów z naszej firmy, trafiające do skrzynek współpracujących z nimi osób. Wbrew pozorom dotarcie do listy takich osób w czasach internetu i social mediów jest dość łatwe i nie musi być efektem wcześniejszego włamania.

Na adres jednego z naszych pracowników przyszedł mail z adresu opisanego, jako mail od naszego prezesa  Jean-François Fallacher. Gdy jednak zajrzało się na właściwy adres mailowy, od razu było widać, że nie ma on ani z domeną Orange Polska, ani z naszym prezesem nic wspólnego.  W mailu o tytule "Zapłata" znajdowała się prośba o wykonanie przelewu na kwotę 24.350,33 € na podane konto. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało - to taki zgrabny, pasujący tu makaronizm ery internetu - "legitnie".

By uniknąć takiego ryzyka, kluczowe w tej sytuacji jest wyrobienie w sobie reakcji, by zastanowić się zanim podejmiemy nieodwracalną decyzję. Dlatego poniższy mail od razu po jego otrzymaniu przez potencjalną ofiarę trafił do naszego zespołu.

Odetchnij, uspokój emocje

Według danych FBI z 2017 roku już w latach 2015-17 ataki "CEO scam" kosztowały amerykańskie firmy przeszło 3 mld dolarów. Przelew na konto przestępcy, przejęcie loginów i haseł do zewnętrznych serwisów (a w kolejnym kroków do wewnętrznej sieci w firmie, ludzie wciąż dublują hasła), instalacja ransomware'u, atak APT... Wiele złego może się stać, gdy z lęku przed konsekwencjami podejmiemy decyzję zbyt szybko. W tym przypadku przestępcy wzorcowo stosują Regułę Autorytetu, jedną z sześciu zasad wpływu społecznego, opisanych przez Roberta Cialdiniego. Traktuje ona o tym, iż jesteśmy bardziej skłonni do ulegnięcia osobom, które w naszej opinii są autorytetami. Dlatego uparcie, konsekwentnie, w każdej sytuacji, gdy tylko mogę, piszę i mówię:

Jeśli niestandardowy mail wywołuje w Tobie wysoki poziom emocji - odetchnij, daj sobie chwilę i przeczytaj go na spokojnie

Dzięki temu nie tylko ryzyko nie tylko udanego "CEO scam" ale większości socjotechnicznych ataków na Ciebie spadnie niemal do zera.

Komentarze

Scroll to Top