Oferta

Motorola moto g50 5G taniej o 240 zł

24 czerwca 2021

Motorola moto g50 5G taniej o 240 zł

Motorola Moto G50 to model dostępny w nowej Ofercie Tygodnia. Jest kompatybilna z 5G, dzięki czemu można odkryć zupełnie nowy wymiar pobierania danych.

Ulubione filmy, seriale streamuje się w mgnieniu oka, a filmy na YouTube ogląda bez zbędnych zakłóceń. Jesteś graczem? 5G i smartfon z procesorem Snapdragon™ 480 daje możliwość płynnej gry bez opóźnień. Michał Rosiak zrobił test tego telefonu do przeczytania tutaj.

Niższe ceny obowiązują we wszystkich planach taryfowych. Może z nich skorzystać każdy. Smartfon motorola moto g50 5G dostępny jest również na raty przy zawarciu umowy na wybrany Plan z oferty Abonament komórkowy lub wybrany pakiet Orange Love (umowa na 24 mies.) lub w ofercie bez abonamentu na raty (umowa na 20 mies.). Wskazana kwota obniżki dotyczy całego czasu trwania umowy.

Promocja trwa od 24 do 30 czerwca (włącznie) lub do wyczerpania zapasów. Szczegóły dostępne są na stronie internetowej, w salonach, u sprzedawców czy na infolinii. Więcej na: orange.pl/oferta-tygodnia. Parametry telefonów znajdziecie na orange.pl.

Udostępnij: Motorola moto g50 5G taniej o 240 zł

Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (37)

12 czerwca 2021

Co w gadżetach piszczy (37)

Gdy świat się szczepi i szykuje do wakacji, do mnie wpadają nowe gadżety. Nie ma więc co czekać – trzeba zaledwie nieco ponad miesiąc od poprzedniego odcinka opowiedzieć Wam o czymś nowym!

Dzisiaj bohaterami są: urządzenie wyjątkowo przydatne przy pracy w home office (a po powrocie tym bardziej), wyjątkowy laptop i – na koniec, jak zawsze – telefon z nieco większymi możliwościami.

Poly Studio P15 – Pokój konferencyjny tam, gdzie chcesz

Przyznam Wam szczerze, że nie mogę już się doczekać powrotu do biura! Nie na stałe – to se ne vrati i w mojej opinii bardzo dobrze – ale na kilka dni w tygodniu. Co jednak robić, gdy w domowym biurze trzeba zrobić poważne „telko”, a my nie lubimy siedzieć na tyłku na krześle, wolimy chodzić po pokoju? Lekarstwem jest Poly Studio P15.

To tzw. personal video bar, coś co z każdego pokoju zrobi profesjonalną salę konferencyjną (to drugie to już moje określenie, nie marketingowców). Produkt tak prosty w instalacji, że mój 12-letni średni syn nie miałby z nią problemu. Wyciągamy z pudełka belkę szerokości średniego monitora. Dokręcamy do niej przy pomocy integralnej śruby stopkę i cały zestaw nakładamy na górę monitora. Z dwóch kabli składamy zasilacz i podłączamy w odpowiednie miejsca. Drugi kabel z zestawu, dwustronny USB-C, podpinamy do belki i komputera. Doinstalowujemy oprogramowanie z linku na załączonej kartce. To wszystko.

I już przy pierwszym spotkaniu online widzimy dlaczego to tyle kosztuje… Żeby było jasne, w mojej opinii jest tego wart. Jednak kwota 599 dolarów spowoduje, że zwykły pracownik raczej sobie go nie kupi. Dźwięk testowałem chodząc po 14m2 sypialni. Zarówno kładąc się na łóżku dużo poniżej poziomu belki, jak i chowając się za szafą, poza potencjalnym zasięgiem mikrofonów. Nawet, gdy dopytywałem rozmówców, czy wszystko dobrze słyszą – nie mieli uwag.

Prawdziwy kosmos dzieje się jednak, gdy odsłonimy kamerę, obracając pierścieniem wokół niej. Być może w takich sprzętach to standard, ale Poly Studio 15 to pierwsza wideo belka, którą miałem. Otóż, gdy chodziłem po pokoju, kamera podążała za moją twarzą. Gdy ruszyłem, przechodziła na szeroki plan, by w momencie zatrzymania – zoomować na „nieco-więcej-niż” twarz. Fajnie to wygląda 🙂

Poza tym to bardzo ładne urządzenie, w stylistyce podobnej jak opisywane przeze mnie w marcu Poly Sync 20+. Jak dla mnie Red Dot Design Award 2021 w pełni zasłużone. Minusy? Jeden. Mojego laptopa ładuję przez USB-C, a dysponuje on niestety tylko jednym takim gniazdem. Na szczęście znalezienie odpowiedniego huba z dwoma gniazdami w jednym z sieciowych sklepów nie było problemem.

ThinkPad X1 Titanium Yoga – Laptop jak prom kosmiczny

Tytan, włókno węglowe i magnez. Masa niewiele ponad kilogram! Taki opis może się tyczyć wielu nowoczesnych gadżetów. Ale, żeby… laptopa?

Zacznę od minusów. Jedyna rzecz, do której można się w tym komputerze przyczepić to (co ciekawe, podobnie jak w poprzedniku) porty. A w zasadzie ich – niemalże – brak. 2 Thunderbolty/USB-C, gniazdo słuchawkowe i… tyle. Dodatkowe peryferia, pendrive ze starym USB, monitor – do tego wszystkiego potrzebny jest dodatkowy hub. Niektórzy powiedzieliby, że minusem jest też cena, ale ja uważam, że dobre rzeczy muszą swoje kosztować.

Poza tym ThinkPad X1 Titanium Yoga to komputer kompletny. Praktycznie niewyczuwalna masa (moja blokada rowerowa jest cięższa), obłędny ekran 2K Dolby Vision, świetne głośniki i mocna bateria. 16 GB RAMu i Intel Core i7 vPro. Ergo – sprzęt nie do zajechania. Do tego – moje bezpieczniackie ego zostało ugłaskane – komputer blokuje się automatycznie, gdy od niego odejdziemy. Mój wewnętrzny leniwiec też się cieszył :), bowiem wystarczyło otworzyć klapkę, by kamera Windows Hello rozpoznała mnie i odblokowała Yogę zanim zdążyłem odetchnąć. Szybki procesor i 16 GB RAM okazały się być opcją optymalną. Poza rozrywką używałem też komputera do rozbudowanego multitaskingu (MS Teams, przeglądarka, jedna-dwie maszyny wirtualne) – nawet nie kaszlnął ze zmęczenia.

Nową Yogę testowałem akurat podczas tygodniowego szkolenia online. Zdarzało się, że jadłem posiłki nie przerywając słuchania trenera, czy pilnowałem, by mój roczny berbeć nie zrobił sobie (przesadnej 😉 ) krzywdy, hasając po mieszkaniu. Ze zwykłym komputerem byłoby mega trudno. Myślałem, że to składanie się ekranu o 360 stopni to takie marketingowe bla-bla-bla, jednak doceniłem ten „gimmick” w sytuacji, gdy brałem Młodego na ręce i mogłem nachylić ekran pod dowolnym kątem, czy przy kuchennym stole, gdy mogłem zrobić z komputera tablet, dzięki czemu inni też mieli dla siebie miejsce. W ogóle pomysł z tabletem jest fajny, gdy trzeba komuś coś pokazać. Składamy komputer „odwrotnie” i używamy dotykowego ekranu. Klawiatura w takich sytuacjach głównie przeszkadza, tak samo jak przy oglądaniu filmu w zaciszu sypialni. Jakby nie działało WiFi, możemy skorzystać – z tym w komputerze jeszcze się nie spotkałem – 5G!

ThinkPad X1 Titanium Yoga to jednak przede wszystkim urządzenie mobilne. Do łatwego wyjęcia w dowolnym miejscu, szybkiego zalogowania, skorzystania albo z sieci WiFi 6 (na domowym Funboxie 6 śmigała jak szalona), czy też eSIMa (ale wtedy, gdy upgrade oprogramowania wprowadzi m.in. możliwość skorzystania z usług Orange Polska) i schowania do plecaka, czy nesesera.

Motorola Moto G100 – Are you Ready for?

Testując ostatnimi czasy kolejne smartfony Motoroli odniosłem wrażenie, że firma skupiła się na urządzeniach z niskiej i średniej półki. Flagowiec, bo tak pozycjonowany jest G100 zaskoczył mnie, gdy zobaczyłem jego reklamy. Czy zaskoczył w korzystaniu? I tak i nie.

Zacznijmy od klasyków, wspólnych dla wszystkich nowych Moto. Duża bateria (w tym przypadku 5 Ah, półtora dnia wytrzyma bez problemu), intuicyjna nakładka na niemal czystym Androidzie, wreszcie tryb Always-on z możliwością interakcji z aplikacji z poziomu ekranu blokady. I ekran IPS LCD („kinowe” 21:9, HDR10), co zdaniem wielu (LCD, nie proporcje) flagowcowi nie przystoi.

Oj tam oj tam. Nieprawda. Jasność, nasycenie, widzialność w słońcu, kolory – nie mam jakichś wielkich wymagań, widzę różnicę z Amoledem, ale nie jakąś straszną. Bardziej martwi mnie brak naprawdę-szybkiego-ładowania. Choć z jednej strony Samsung S21 Ultra obsługuje 25W (przy 20W Moto G100) to nie są rzadkością urządzenia wspierające nawet przeszło 67-watowe ładowanie. Inna sprawa, że bateria G100 bez problemu wytrzyma cały dzień, a podłączenie jej na noc pod kabel nie powinno stanowić problemu.

W aspekcie wydajności mówimy już o flagowcu, nawet mimo Snapdragona 870 (to nie jest wyścig na trzycyfrowe liczby, ma po prostu dobrze działać), wspieranego wciąż nie tak częstymi 8 GB RAMu. Te technikalia są istotne przy codziennym użytkowaniu, ale wyjątkowo ważne przy autorskiej platformie Moto Ready For, która debiutuje właśnie na pokładzie G100. Słyszałem wobec niej zarzuty zbytniej inspiracji Dexem, jednak staję w kontrze do takich opinii. Po podłączeniu telefonu dedykowanym kablem do telewizora poza opcją „mobilny pulpit” możemy też wybrać „telewizor”, „gra” lub „czat wideo”. Co czyni Ready For platformę nie li tylko dla geeków, ale też dla ludzi, którzy w delegacji, czy w hotelu chcą po prostu bez kombinowania obejrzeć film, zadzwonić komunikatorem do bliskich, czy nawet pograć na dużym ekranie hotelowego telewizora.

„Sekcja foto” to główny aparat 64 Mpix ze światłem f/1.7 i dwoma autofokusami, szeroki 16 Mpix, makro i czujnik głębi. Warto zaznaczyć obecność świecącej obwódki wokół obiektywu makro. Nie jest to mikroskop z Oppo Find X3 Pro, ale faktycznie często pomaga. Z przodu mamy nieco archaiczne rozwiązanie z dwoma obiektywami, normalnym i szerokokątnym. Wygląda ciekawie, ale widziałem już rozwiązania robiące to samo, z jednym obiektywem. Zdjęcia to też element, który od „flagowych flagowców” nieco odstaje. Jest dobrze, takie mocne szkolne 4.

Czy warto? Jeśli czujecie, że możecie skorzystać z Ready For – warto się przyjrzeć G100. Jeśli lubicie interfejs Motoroli (ja bardzo) i możecie pójść na pewne kompromisy w zakresie zdjęć – też. Ale w tym drugim przypadku poczekałbym nieco na promocję lub spadki ceny. A póki co zajrzyjcie do nas do sklepu – też mamy Motorole!

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (37)

Oferta

Smartfony taniej nawet o 1950 złotych!

10 czerwca 2021

Smartfony taniej nawet o 1950 złotych!

Nastał dobry moment, by rozejrzeć się za nowym telefonem na wakacje. Z porządnym aparatem fotograficznym, taki który zrobi piękne zdjęcia i z licznymi funkcjami, przydatnymi podczas wyjazdów i nie tylko. Teraz przeceniamy aż trzy modele. Przez 7 dni wybrane smartfony będą taniej nawet o 1950 złotych.

Tanie telefony w Orange

Tym razem oferta tygodnia dotyczy SIM free, tzn. nie trzeba korzystać z usług abonamentowych, by móc nabyć nowy sprzęt w promocji i atrakcyjnych ratach.  Modele, biorące udział w akcji, to: Motorola RAZR eSIM – taniej aż o 1950 zł oraz Xiaomi Mi 11 Lite 5G 6/128GB 100 zł niż zwykle. Dodatkowo, proponujemy popularny Samsung Galaxy S20 FE 5G w supercenie.

Zniżka obowiązuje od 10 do 16 czerwca – do końca dnia lub do wyczerpania zapasów. Parametry smartfonów, a także szczegóły cenowe, znajdują się na naszej stronie internetowej, w zakładce oferta tygodnia. Więcej promocji można też sprawdzić na: orange.pl.

Udostępnij: Smartfony taniej nawet o 1950 złotych!

Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (36)

8 maja 2021

Co w gadżetach piszczy (36)

Wracamy z gadżetami, już 36. raz! Jak tak dalej pójdzie (poprzedni odcinek był raptem dwa miesiące temu) to do 50. części dojdę przed 2025 rokiem 🙂 Dziś bohaterami są przede wszystkim telefony. Dwa zupełnie różne, dla różnych grup odbiorców. Każdy z nich na swój sposób (ja zawsze znajdę coś pozytywnego 🙂 ) wyjątkowy. Ale żeby nie było nudno, między dwóch „najlepszych przyjaciół człowieka” wrzuciłem drukarkę. Jak sami zobaczycie – nie byle jaką.

Moto G30 – Marzyliśmy o takich „średniakach”?

Mam wrażenie, że gdyby ustawić na kupce telefony ze średniej półki wszystkich firm o rozpoznawalnych markach, ta z logo Motoroli (sterta, nie półka) byłaby jedną z najwyższych. Czym różnią się od siebie poszczególne modele? Tu mam problem z określeniem. Bo o ile taki G100 to flagowiec, a G50 to najtańszy telefon z 5G (dostępny również u nas, test niebawem), to biorąc pod uwagę „bebechy”, G30 powinien znaleźć się… między nimi.

Wielka bateria, niezłe aparaty i procesor, radzący sobie z większością wyzwań. Do tego ładna, atrakcyjna, ale nieprzesadzona obudowa. No i cena na wolnym rynku poniżej 900 złotych? Czego chcieć więcej? Hmmm, może trochę wydajności. G30 napędzany tym samym procesor, co opisywany w lutym G9 Power, podobnie jak on cierpi na lekkie niedostatki w aspekcie wydajności. Czy przeszkadzają? Może czasami, ale jak na telefon za takie pieniądze? Pamiętam w czasach wcześniejszych Androidów, gdy podobne urządzenia bardziej udawały, niż działały.

Na pewno nie robiły takich fajnych zdjęć. Nie miały dwóch (trzeci i czwarty, 2-megapikselowe makro i sensor głębi… cóż, są) obiektywów, a my nie marzyliśmy o 64-megapikselowych obiektywach ze światłem f/1.7. Czy o baterii wystarczającej nawet na dwa dni, ładowanej do pełna w godzinę.

Moto G30, kolejny telefon z logo ze skrzydełkami, działający na niemal czystym Androidzie, z intuicyjną, bardzo pomocną i konfigurowalną nakładką My UX to kolejna warta uwagi propozycja ze średniej półki. A wszystkie Moto, dostępne w naszym sklepie, znajdziecie tutaj.

Brother DCP-T420W – Nowy tusz raz do roku

Jaka jest Wasza pierwsza myśl, gdy kupujecie drukarkę? Ja się zawsze zastanawiam, jaką niespodziankę szykuje dla mnie producent… Wiecie, coś w stylu: „Mam dla Ciebie fajną drukarkę. Tania, co nie?”. Potem po wydrukowaniu kilku stron kończy się tusz w zestawie sprzedażowym. A gdy znajdziesz ceny materiałów eksploatacyjnych do swojego nowego zakupu, włosy stają Ci dęba. Hmmm… Nigdy więcej?

Pomysł drukarki z widocznymi zbiornikami tuszu od początku mnie zaintrygował. Genialny w swojej prostocie. Koniec niespodzianek, kiedy nagle z dnia na dzień trzeba będzie szukać tuszu w sieci, a tu czekają dokumenty do wydrukowania. Co więcej, dostarczane z drukarką tusze to po prostu małe buteleczki. Otwieramy je, wkładamy do oznaczonych odpowiednimi kolorami (ależ mnie kusiło, żeby się pomylić 😉 ) otworów i dajemy im się wlać. Nawet taka pierdoła jak ja nie zdołała się ubrudzić.

Podanej wydajności nie miałem niestety okazji sprawdzić. Dwutygodniowe testy to „trochę” mało na wydrukowanie deklarowanych 5000 (w kolorze), czy 7,5 tys. (czarnych) stron. Z takimi liczbami do tej pory się nie spotkałem, a jeśli – w co jestem w stanie uwierzyć, patrząc jak wolno ubywało atramentu – by się sprawdziły, to w domu, nawet w warunkach home office, musiałbym chyba uzupełniać tusz raz do roku. W cenie za oryginały takiej, że zamienników nawet nie opłaca się szukać.

Dobra, ale drukarka to przede wszystkim drukowanie. W przypadku Brothera DCP-T420W zaskakująco szybkie (bliżej laserowej, niż klasycznej atramentówce). Wyraźne i z soczystymi kolorami. Choć akurat testowanemu przeze mnie modelowi zabrakło opcji wydruku dwustronnego, ale w serii są też modele spełniające ten warunek. Do tego intuicyjna instalacja, prowadząca użytkownika za rękę przez każdy krok i kompaktowe, jak na możliwości, gabaryty.

Sam bym sobie taką u siebie postawił.

Vivo X51 – (nie tylko) wielkie oko

5G professional photography – taką informację możemy przeczytać na górze obudowy Vivo X51. Telefonu, który podczas kilkumiesięcznych testów bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, nie tylko tym, co firma uznała za najważniejsze.

Przez moje ręce przeszło już tyle smartfonów, że niemal każdy wydaje się być mniej lub bardziej podobny do poprzedników. Z takim podejściem wyciągałem z pudełka Vivo X51, by poczuć lekkie przyspieszenie pulsu. Oczywiście to tylko telefon, ale designerom kolejnej-mało-znanej-w-Europie-chińskiej-firmy udało się zrobić smartfona, który potrafi wyróżnić się w tłumie!

Patrząc na tył, przede wszystkim ze względu na wieeelkie „oko” 48-megapikselowego głównego, wyjątkowo jasnego (f/1.6) aparatu, z… gimbalem. Tak, to nie pomyłka, z mechanicznym, trójosiowym „gimbalątkiem”. Autorskie rozwiązanie Vivo redukuje drgania ręki do tego stopnia, że nawet długo naświetlane zdjęcia nocne wychodziły mi ostre jak żyleta. Trochę żałuję, że testowałem Vivo X51 na jesieni i w zimie, bo strasznie kusiło mnie przypięcie go do roweru i sprawdzeniu jak wyglądałby film z jazdy po wybojach. Obiecuję Wam taki film, jeśli dostanę do testów któryś z Vivo z serii X60!

Faktycznie aparaty są mocnym punktem X51 (świetny teleskopowy zoom 5x), choć w słabym świetle trzeba się zdać na główny obiektyw. Fotografie z niego jednak nawet w nocy wychodzą szczegółowo i naturalnie. Gracze będą zadowoleni z konfigurowalnego trybu „e-sportowego”, w którym możemy spriorytetyzować wydajność pod kątem uruchomionej aplikacji i automatycznie blokować wszystkie „przeszkadzajki”. A grając choćby w moje ulubione PUBG nie powiedziałbym, że to telefon z procesorem o półkę niższym, niż flagowce, tym bardziej, że obrazki widziałem na obłędnym Amoledzie.

Czy jest idealnie? Nie, bo Vivo X51 nie można ładować bezprzewodowo i trzeba uważać na deszczu, bo nie jest wodoodporny (!). Niektórym nie spodoba się też nakładka FunTouch (mnie się podobała). Nie zmienia to faktu, że to ładne, zgrabne i wyjątkowo smukłe urządzenie to dla mnie jeden z najfajniejszych telefonów przełomu lat. Średniak? Jaki średniak?!

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (36)

Urządzenia

Motorola G9 Power – szybki test

10 lutego 2021

Motorola G9 Power – szybki test

Chciałem zwalić winę na pandemię, ale to chyba nie do końca tak. Tęsknię za pracą z naszą filmową ekipą i kręceniem dla Was fajnych, dynamicznych filmików z testami telefonów. Czasami jednak do naszej oferty wchodzą telefony, o których fajnie jest po prostu krótko i zwięźle napisać. Na przykład Motorola G9 Power.

G9 Power. Duży power

Nie będę Was trzymał w niepewności, zacznę od najważniejszego. Jak się możecie domyślać, dodatek „Power” w przypadku Motoroli G9 nie znalazł się tutaj przypadkiem.

Dwa dni. Nawet trzy, jeśli nie jesteś mną 😉 i używasz telefonu normalnie. Tyle czasu można korzystać z Motoroli G9 Power bez podłączenia do ładowarki. To pierwszy test, któremu poddałem ten potężny (nie tylko mocą ogniwa) smartfon. Odpiąłem od ładowarki rano a potem po prostu używałem. Internet, Twitter, trochę Youtube’a/Netflixa, nawigacja, Spotify, granie (a w międzyczasie 😉 praca). Pod koniec pierwszego dnia, nieco po 1 w nocy, koło ikony baterii zaświeciło się „43%”. Dzień później, nieco po północy, ulitowałem się nad płaczącym ogniwem, gdzie soczystą czerwienią świeciło się 2 procent i podpiąłem G9 Power do ładowarki.

Motorola „z Powerem” to jeden z niewielu smartfonów, z którymi miałem do czynienia, z tak wielką baterią. 6000 miliamperogodzin przekłada się nie tylko na czas trwania, ale też na ciężar urządzenia. 221 gramów to sporo. Co ciekawe, mimo iż testowany przeze mnie niedawno Samsung S21 Ultra jest o 6 gramów cięższy, to Motka wydaje się bardziej „zbita” i robi wrażenie masywniejszej.

Przyzwoita średnia półka…

Nowe Motorole z serii G nie ukrywają tego, że nie aspirują do bycia flagowcami, to pod każdym względem urządzenia ze średniej półki. Czy to się czuje w codziennym użyciu? Trochę tak. Dzięki czystemu Androidowi Motorole działają bardzo płynnie jak na taką konfigurację, tym niemniej Snapdragon 662 wsparty zaledwie (nieźle się czasy zmieniły, co?) 4 GB RAMu to chwilami nieco za mało. Wszystko działa, ale przy bardziej wymagających grach czasami widać przycięcia, czy spowolnienia.

Co ciekawe, 6,8-calowy ekran IPS o rozdzielczości 720p (gęstość 263 piksele na cal) nie wywoływał we mnie przesadnego dysonansu. Jasne (czy może raczej „mniej nasycone” 🙂 ), że nie jest to AMOLED, ale – na litość! – mówimy o telefonie w cenie wyraźnie poniżej 1000 złotych. Z jednej strony na pewno mogłoby być lepiej, z drugiej jednak – gdzieś trzeba pójść na kompromisy. Poza tym to nie jest tak, że coś nie działa. Po prostu działa nie tak dynamicznie, jak we flagowcach, w słabszej jakości, zdarza się, że aplikacja otworzy się na nowo przy próbie ponownego na nią przełączenia. Jeśli dostosowujemy swoje wymagania do ceny – nie jest to coś, co by przeszkadzało.

…z naprawdę dobrym(i) aparatem(ami)

Kompromisów nie było jednak w warstwie fotograficznej, jak zresztą przy wszystkich nowych smartfonach Moto G. Sercem grupy trzech obiektywów jest 64-megapikselowe oczko z dobrym światłem f/1.8, domyślnie fotografujące w trybie Quad Pixel (cztery piksele łączone w jeden, ostateczna rozdzielczość zdjęcia 12 Mpix). To obiektyw, którego standardowy użytkownik będzie używał praktycznie cały czas, bowiem pozostałe to dwumegapikselowe makro i czujnik ToF. Z przodu, w górnym rogu, „oblana” ekranem 16 Mpix kamerka do selfie.

Główny obiektyw nie zawodzi, niezależnie od warunków pogodowych. Tryb nocny przedłużając naświetlanie i stabilizując ewentualne ruchy ręki, pozwala na ładnie doświetlone, nie wyglądające sztucznie zdjęcia. W dzień jest… Cóż, dzień to nie wyzwanie dla dzisiejszych modułów fotograficznych. Co ciekawe, jedyne uwagi można mieć do fotografii o zmierzchu, gdzie wydaje się, jakby algorytmy nie potrafiły sobie poradzić z tym, że gdzieniegdzie jest jeszcze wyraziście jasno, ale są elementy, gdzie robi się mocno ciemno. Selfie też jest spoko, a ciekawa „niby-panoramiczna” opcja selfie grupowego pozwala zmieścić w kadrze znacznie większą grupę.

Podsumowując:

Ja jestem w zasadzie trochę spaczony 🙂 W sytuacji, gdy często mogę przebierać we flagowcach, ciężko mnie przekonać do urządzenia z niższej półki. W tym przypadku jednak się udało i gdyby stan portfela zmuszał mnie do kompromisów, poważnie bym przemyślał tę propozycję. Polecam szczególnie tym, którzy z telefonu muszą korzystać ponadstandardowo, bez długiego dostępu do ładowarki – w tym przypadku 6 ampergodzin naprawdę robi potężną różnicę. Tym bardziej, że baterię, dzięki szybkiemu 20-watowemu ładowaniu możemy szybko napełnić „pod korek”.

Motorolę G9 Power docenią też użytkownicy, którzy – jak ja – nie mogę się przyzwyczaić do czujników odcisków palców w ekranie. Tutaj mamy oldskulowe kółeczko z tyłu obudowy, pokryte logo Motoroli. Czujnik działa idealnie, choć może – z racji na wielkość bryły G9 Power – położony jest nieco zbyt wysoko, by dla osób z mniejszymi dłońmi jego wciskanie było naturalne.

Jeśli przekonałem Was, że warto – zajrzyjcie do naszego sklepu. Tak się składa, że parę egzemplarzy tam czeka 😉 Może właśnie na Ciebie?

Udostępnij: Motorola G9 Power – szybki test

Dodano do koszyka.

zamknij
informacje o cookies - Na naszej stronie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z orange.pl bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza,
że pliki cookies będą zamieszczane w Twoim urządzeniu. dowiedz się więcej