Reklama

Rozmowa z Mikołajem Cieślakiem

21 kwietnia 2021

Rozmowa z Mikołajem Cieślakiem

Dzień dobry w środę! Tydzień temu pisałam do Was wiosną i był to wywiad z bohaterem naszych reklam Orange na kartę Robertem Górskim. Na dodatek były to jego okrągłe urodziny. Dziś nadal wiosna (a przynajmniej za moim oknem) i mocno trzymam kciuki, żeby została już na dobre, a Was zapraszam na moją rozmowę z Mikołajem Cieślakiem – artystą kabaretowym, aktorem i współtwórcą Kabaretu Moralnego Niepokoju. Co prawda dziś bez jubileuszu w tle, ale mam nadzieję, że będzie dla Was ciekawie, więc nie przedłużam i zapraszam. 

Przygody na planie zdjęciowym

Stella Widomska (SW): Dzień dobry Panie Mikołaju! 🙂 Witam na łamach naszego bloga korporacyjnego. Na rozgrzewkę powiem, że piękne imię – zupełnie takie samo wybrałam dla mojego syna. 🙂 A o moje lepiej nie pytać, bo to bardzo zakręcona historia. Codziennie jestem wdzięczna losowi za to, że jednak nazywam się Stella, a nie tak, jak pierwotnie chciał tato. 😉 Ale do rzeczy. Zupełnie niedawno miałam okazję przesłuchać pana scenicznego kolegę z kampanii Orange na kartę – Roberta Górskiego. I szczerze powiedziawszy zapomniałam go zapytać jak się z nami pracuje. Dlatego to pytanie przechodzi na Pana. 😉 Czy Orange to trudny klient? Jakieś zabawne wspomnienia z naszych planów?

Mikołaj Cieślak (MC): Orange to super klient, bo daje nam do zrobienia fajne rzeczy. A przez to reklamy są zapamiętywane. Pamiętam jak po reklamie, gdzie siedziałem w przeręblu przez miesiąc różni ludzie mnie pytali jak dałem radę tyle czasu na mrozie. 😉

Sława

SW: Ja do śmiesznych sytuacji związanych z naszymi kampaniami opowiem o tej, w której pływaliście z Robertem Górskim rowerem wodnym po sadzawce w parku. Dla tych, co nie pamiętają – ona mogła być głęboka na może pół metra. Musieliśmy się tłumaczyć dlaczego nasi bohaterowie nie założyli kamizelek ratunkowych. Dość powiedzieć, że sprawdzaliśmy nawet przepisy dotyczące żeglugi morskiej i statków, żeby wykluczyć ewentualne niedopatrzenie. Na przyszłość już wiemy, że po sadzawce nie trzeba się poruszać w kamizelce. Ale wracając do naszej rozmowy i kolejnego pytania – czy czuje się Pan sławny, a jeśli tak, to czy to coś w życiu ułatwia?

MC: Sławny nie, ale znany czy może rozpoznawalny, to już tak. Miłe jest to, że ludzie najczęściej uśmiechają się na mój widok, a to miłe, jeśli budzę takie skojarzenia. Chyba udało mi się przez te lata parę osób rozśmieszyć. 😉

SW: Po rozmowie Robertem Górskim wiem, że jego droga do kariery scenicznej wiodła przez frezarkę, tokarkę i układanie światłowodu. A jak to było z Panem?

MC: Moja wiodła przez kolana, ręce pościerane na boisku do koszykówki, gdzie swego czasu spędzałem każdą wolną chwilę, licząc na angaż w NBA. 😉 No, ale wybrałem kabaret.

 

SW: To jak już jesteśmy na scenie – skecz, w którym lubi Pan najbardziej grać?

MC: Lubię „Drzwi”, „Jerzyk dzisiaj nie pije”, to z tych starszych, ale zawsze wyzwania z nowego programu są największą satysfakcją, bo jeśli wyjdzie, to znaczy, że ciągle potrafimy to robić. I takie przeboje są w naszym nowym programie, czekamy z niecierpliwością, żeby je w końcu pokazać na scenie…

Ucho Prezesa

SW: A praca przy Uchu Prezesa? Ja nie ukrywam, że bardzo lubiłam, choć postrzegałam tą formę nie jako kabaret, a paradokument raczej, bo sądzę, że właśnie tak robi się politykę na Nowogrodzkiej. 😉

MC: I to właśnie był sukces tego projektu, nie wiadomo było gdzie się kończy kabaret, a zaczyna realny świat, i odwrotnie. No, ale taki mamy tu klimat. 😉

SW: To skoro już jesteśmy przy polityce zadam śmiałe pytanie i nie obrażę się na dyplomatyczną odpowiedź. Jak pan ocenia to, co się dookoła nas dzieje? Ja wiem, że czasem scenariusze kabaretowe piszą się same, ale czy to dobrze?

MC: Trzeba złapać dystans. Ja mam taki swój sposób. Otóż w ramach znajomości włoskiego, żeby mieć cały czas kontakt z językiem, oglądam często tamtejsze wiadomości, zmiany rządu, wypowiedzi polityków. Jest taki sam lub nawet większy bałagan. Różnica jest tylko jedna: mniej hejtu w komunikacji między sobą. Może to kwestia słońca, nie wiem. Tego słońca u nas i za oknem i w relacjach by się przydało więcej.

Trochę o literaturze

SW: Wiem od Roberta Górskiego, że zna się Pan świetnie na literaturze i z pamięci recytuje wiersze. O recytowanie nie poproszę, bo w końcu poruszamy się w formie pisanej. Ale proszę zdradzić swojego ulubionego autora i książkę.

MC: Troszkę mi się zmieniły zainteresowania. Kiedyś czytałem na studiach m.in. „Wilka Stepowego” Hermana Hessego, Marqueza, Cortazara, Erskine Caldwella, i dużo dużo poezji. Dziś najczęściej słucham audiobooków, ostatnio biografii Maradony i Mike’a Tysona. A do poezji wracam, czytając albo cytując, bo dużo wierszy znam na pamięć.

SW: To idę do strefy marzeń – czy marzy pan o jakiejś konkretnej roli w filmie (może czyta nas właśnie jakiś ważny reżyser i zadzwoni ;-))?

MC: Chciałbym zagrać w filmie sensacyjnym w tarantinowskim stylu nerwowego gangstera. 😉

Czas wielkiej zarazy

SW: I moje ulubione pytanie, czyli czas wielkiej zarazy. Jak Pan ocenia ostatni rok w swoim życiu zawodowym i prywatnym? Czy było tylko źle? Czy też jak wielu moim znajomym ten czas przyniósł coś dobrego? Dla mnie ten rok wiele rzeczy przetestował, przewartościował i był sporą lekcją tego, kim jestem i kim się otaczam. No i umiem upiec chałkę! 😉

MC: Ja podobnie, bo moje zdolności kulinarne poszybowały na wyżyny. Zostałem dobrym pizzaiolo (robię pizzę w fachowym piecyku opalanym drewnem), specem od kuchni meksykańskiej i orientalnej. Ale mówiąc serio: zaczęły się pojawiać pytania czy świat wróci do normalności? TO nie są pytania za wesołe. Dlatego nie wolno za dużo myśleć, tylko brać się za coś i to robić z pasją.

SW: Przy pandemii pozostając – czy zaszczepi się Pan? Ja już po pierwszej dawce i było to takie święto, że przywdziałam rodowe cekiny. Serio. Miny w poczekalni o 8.30 rano bezcenne.

MC: W pierwszym możliwym terminie. Jakby nie patrzeć to chyba nie ma lepszego wyjścia.

Marzenia

SW: I kończę już temat pandemii ostatnim pytaniem z tego obszaru – za czym Pan tęskni najbardziej, czego Panu brakuje i co Pan zrobi jak już życie wróci do normalności? Ja na przykład pójdę celebrować długie śniadanie z przyjaciółmi w ulubionej restauracji. Zamówię kawę i pogapię się na przechodniów gdzieś przy Placu Zbawiciela. No i wrócę do podróżowania i zawieszonej w czasie podróży do Kolumbii. A jakie Pan ma plany?

MC: Bardziej marzenia: występy dla pełnej sali, siedzenie w knajpie ze stolikiem na zewnątrz z masą ludzi wokół, możliwość wyjazdu ot tak, do Włoch lub gdziekolwiek bez stresu i obaw i maseczek.

SW: To ja mocno trzymam za to kciuki! Panie Mikołaju bardzo dziękuję za czas i rozmowę.

 

Udostępnij: Rozmowa z Mikołajem Cieślakiem

Reklama

Ekipa Orange z bliska – poznajcie Michała

11 grudnia 2020

Ekipa Orange z bliska – poznajcie Michała

Obiecałam Wam tu na blogu przybliżyć sylwetki członków naszej Ekipy Orange. Są z nami już dwa lata, a ostatnio zadebiutowali nawet w świątecznej kampanii Orange w telewizji, więc to już chyba czas najwyższy zdradzić Wam trochę ich sekretów. 😉 Tydzień temu mieliście szansę poczytać więcej na temat naszej jedynej dziewczyny w składzie Ekipy – Ulki Woźniakowskiej. Dziękuję za tak ciepły odbiór, bo to był w życiu blogowym mój pierwszy wywiad. Ale skoro się przyjęło, to idziemy dalej i dziś na ławkę przesłuchań trafia Michał Dudziński, który jest z nami jak Ulka od samego początku. Michał jest aktywny w mediach społecznościowych, gdzie możecie go podglądać na prywatnym kanale na Instagramie. Z wykształcenia aktor, który zarządza najmniejszym teatrem świata w mediach społecznościowych. Zawodowo zajmuje się castingami np. do seriali. Czasem też w nich grywa. Kocha podróże, zdrowy styl życia, dobre jedzenie, ale żeby Wam dozować emocje (jak w klasycznym filmie Hitchcocka) zacznę od najbardziej szokującego wyznania – Michał jest AFOLem! 😉

Świat z klocków

Stella: Michał, no to po takim wstępie pytanie nasuwa się samo. Kim jest AFOL?

Michał: To dorosły, który bawi się klockami LEGO. Ale to nie ja. Nigdy nie powiedziałem, że jestem dorosły.

S: Oj tak, bo niby widziałam datę urodzenia w Twoim paszporcie, ale potwierdzam, że żyjesz zgodnie z zasadą „Never grow up!”, co jest bardzo pozytywnym podejściem do życia, którego ja się na razie uczę. To jeszcze pozostając w temacie LEGO opowiedz wszystkim czym jest prowadzony przez Ciebie najmniejszy teatr świata i co się w nim dzieje na co dzień?

M: Na szczęście pandemia i lockdown ominęły mój teatr szerokim łukiem. Odwiedzając go nie trzeba zakładać maski ani zachowywać dystansu. Mojego miasta LEGO Covid na szczęście nie odwiedził. Teatr LEGO to mój autorski projekt – świat, który mieszka w mojej głowie. Od zawsze marzyłem, żeby zostać aktorem. Pochodzę z dosyć małej miejscowości w której hasło „teatr” kojarzone było z chałturami, pseudo spektaklami wystawianymi w salach gimnastycznych w szkołach lub domach kultury. Do najbliższego teatru miałem ponad 100km, nie mogłem sobie pozwolić na częste wizyty, a żyła wciąż we mnie jakaś taka wielka tęsknota i przyciąganie do tej instytucji. To były czasy, kiedy w polskich domach zaczęto zakładać pierwszy internet, stałe łącze, które nie naliczało już opłat jak modem telefoniczny. Całymi nocami siedziałem w internecie przeglądając strony wszystkich teatrów w Polsce i oglądałem zdjęcia ze spektakli. To mnie czarowało. Nie miałem dostępu do teatru, więc to musiało mi wystarczyć. Bardzo mnie kręciła scenografia, kostiumy, światła, ujęcia… aż pewnego razu zacząłem się bawić w teatr klockami LEGO (tego nigdy w domu nie brakowało, a pierwsze zestawy były z Pewex’u). Zacząłem układać jakieś scenki, bawić się światłem. I coś mnie natchnęło, żeby zacząć robić zdjęcia. Zabawa ewoluowała. Zbudowałem dioramę, czyli miniaturę profesjonalnej sceny, zacząłem przerabiać ludziki, rozpisywać ujęcia, projektować światła. Zdąża mi się „zrobić spektakl” na podstawie popularnych dramatów, natomiast większość historii jest wymyślana przeze mnie. Teksty i dramaty, które są w mojej głowie, ale nigdy ich nie napiszę, bo nie umiem pisać. Umiem je jedynie pokazać na zdjęciu. Bawię się tak od jakiegoś 17 roku, czyli przez pół życia.

 

Na co dzień

S: Jak wspomniałam na wstępie wiem, że zdarzało Ci się pojawiać w serialach czy programach telewizyjnych. W czym mogliśmy Cię zobaczyć i pracę, na planie którego z nich wspominasz najlepiej?

M: Właśnie sobie uświadomiłem, że pracuję w zawodzie od 14 lat. Debiutowałem w Teatrze Słowackiego w Krakowie, w tym samym roku w którym dostałem się na Wydział Aktorski w Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Przez ten czas zagrałem kilkadziesiąt ról w filmach, serialach i teatrze. Większych i mniejszych. A epizody zagrałem chyba w co drugim polskim serialu, z tych, które powstały od 2006 roku. 😉 Co do wspomnień z planu – nie zawsze te najprzyjemniejsze przynoszą te najlepsze efekty. Niestety zapamiętuje zazwyczaj te złe. Z jednym bardzo „modnym” reżyserem wspominam pracę koszmarnie. Nie wiem czy chciałbym z nim jeszcze kiedykolwiek współpracować. Oczywiście efekt pracy był taki, że usłyszałem, że to chyba moja najlepsza rola.

S: Aktor/ aktorka, którzy są dla Ciebie autorytetem w dziedzinie warsztatu zawodowego?

M: Nie miałem nigdy autorytetów. W żadnej dziedzinie życia.

S: Ulubiony serial, do którego chętnie wrócisz ponownie to?

M: „Sense8” na Netflix rodzeństwa Wachowskich. Widziałem ponad 10 razy. Dziwny serial. Ma swoich wyznawców jak i przeciwników. Jest w nim pewien rodzaj wrażliwości, emocjonalności, tęsknoty i samotności, której nigdy nie spotkałem na ekranie. Zakochałem się od pierwszej sceny, w której (uwaga spoiler, ale to pierwsza scena przypominam ;-)) Daryl Hannah popełnia samobójstwo. Ma elementy fantastyki i kręcony jest na wszystkich kontynentach. To był najdroższy serial w historii Netflixa. Po drugiej, niedokończonej serii, Netflix nie zrobił trzeciego sezonu. W wyniku petycji fanów po dwóch latach został nakręcony Finale Episode. I uwaga – przez jeden dzień oddychałem tym samym powietrzem co ósemka głównych bohaterów. Jeżeli ktoś jest spostrzegawczy może mnie wypatrzy w 1/3 sekundy na ekranie w odcinku finałowym Sense8. To była najmniejsza rzecz jaką kiedykolwiek zagrałem. Nawet ciężko to nazwać „graniem”, ale to był chyba mój najpiękniejszy dzień na planie zdjęciowym.

S: No też coś. Zawsze myślałam, że Twój najpiękniejszy dzień na planie zdjęciowym to ten, w którym kręciłeś pierwszą reklamę telewizyjną dla Orange. 😉 Ok, to wiemy już co robisz zawodowo w życiu równoległym do mediów społecznościowych. Ale śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że Twój kanał na Instagramie, to również miejsce pracy. Opowiesz nam o swoich początkach i pierwszych krokach w Internecie? Skąd pomysł, żeby tam się pojawić i kiedy to było?

Wielki świat influencerski

M: Zaczęło się 5 lat temu. Nie planowałem tego. Po tym jak straciłem ukochaną pracę we Wrocławskim Teatrze Współczesnym wylądowałem w Warszawie. Rzeczywistość była dla mnie bardzo trudna. Nie mogłem znaleźć pracy w zawodzie. Przez przynajmniej rok znajomi namawiali mnie, żebym założył konto na Instagramie, bo to będzie dla mnie najlepszy i darmowy PR. W końcu założyłem. Bylem bardzo aktywny. Wierzyłem, że Insta pomoże mi w rozkręceniu wizerunku aktorskiego i znalezieniu roli. Oczywiście tak się nie stało. Przeobraziło się to w (nie lubię tego słowa) bycie influencerem. Nie mówię, że jest to złe, bo jest bardzo przyjemne. 😉 Chodzi mi o to, że mój kanał miał mieć w założeniu zupełnie inny cel. Prowadzenie profilu zajmuje mi mnóstwo czasu. Przy codziennym publikowaniu jednego wpisu/ zdjęcia mogę to porównać z pracą na pełen etat. Lubię to, pomimo tego, że często przechodzę Instagramowy kryzys, bo pracuję na swój wizerunek. Dodam również, że Instagram nigdy nie był i nie będzie celem. Jest tylko drogą do celu, narzędziem do budowania personal brandingu.

S: Ja potwierdzam, że dopiero przy Tobie zrozumiałam jaka to praca wstawić jedno zdjęcie. Do tej pory jak potrzebowałam jednego zdjęcia, to tylko jedno robiłam. Kiedy pojechaliśmy w lutym do Wietnamu i poprosiłam Cię o zrobienie mi zdjęcia, to dostałam… ponad 20. 😉 Ale teraz już rozumiem, że musisz mieć z czego wybierać, a czasem tego ujęcia nie da się już powtórzyć, bo jesteś w innym miejscu i czasie. Ale wracając do naszej rozmowy – czy masz jakieś dobre rady dla kogoś kto stawia w świecie social media pierwsze kroki?

M: Twórzcie ciekawe treści, dajcie ciut serca, pokażcie to, czego nie widzą inni i róbcie jakościowe zdjęcia. Najtańszym smartfonem można zrobić perełki. Content jest ważniejszy od ilości followersów.

S: To pozostając jeszcze chwilę w temacie pracy – jakie jest Twoje największe zawodowe marzenie? Gdzie widzisz się za kilka lat i co dawałoby Ci poczucie, że robisz to, co kochasz?

M: Chciałbym wrócić na stałe do zawodu. Grać w dobrym teatrze, mieć stałą rolę w serialu, a pomiędzy spektaklami, a serialem jeździć na plan zdjęciowy do filmów fabularnych. Mam takie przyziemne marzenia. Kiedy pracuję w zawodzie jestem po prostu szczęśliwy.

Życie na walizkach

S: To trzymam za to mocno kciuki. A teraz płynnie przejdźmy z pracy do czasu wolnego. Wiem, że uwielbiasz podróżować. Który kraj zapamiętasz najbardziej i dlaczego?

M: Mam swoje trzy ukochane kraje, do których na pewno wrócę: Brazylia, Tajlandia i (pomimo wielu kontrowersji) Singapur. Dlaczego akurat te? Brazylia, a konkretnie Rio de Janeiro – niepowtarzalny latynoski klimat, pazur, oddech, dusza. Do tego 40stopniowy upał, lodowaty ocean z wysokimi falami i przepyszne drinki na bazie świeżych owoców. I najpiękniejsi ludzie na świecie. Z kolei do Tajlandii wrócę za widoki, luz, przepyszne jedzenie, lokalne produkty i ciepło. A Singapur – państwo miasto, to z jednej strony królestwo zakazów, gdzie wielu rzeczy nie wolno, ale czułem się tam paradoksalnie wolny i bezpieczny jak nigdzie. To też multikulturowość i widoki jak z kosmosu.

S: A jakie kraje przed Tobą, czyli co masz na swojej liście „Wyprawy marzeń”?

M: Lubię uciekać z Polski, kiedy u nas jest jesień i zima. Omijam depresję jak tylko się da. Od dziecka marzy mi się Japonia, ale Japonia ma wiosnę i lato w tym samym czasie co Polska, więc jakoś nigdy się nie zgrało. Nie specjalnie mnie kręci Afryka. Uwielbiam Azję i Amerykę Południową. Chciałbym być teraz w Argentynie, tam jeszcze nie byłem. Niestety granice są zamknięte. BTW – Czy czytelnicy wiedzą, że zadajesz mi teraz pytania z Polski, a ja jestem w Meksyku? 😉

S: O, faktycznie, nie wspomniałam o tym, że pracujemy na odległość. W sumie od marca to jakby nic nowego, tym bardziej, że biuro można mieć gdzie się chce, byle był dobry internet i mała różnica czasu. Ja pracowałam już na przykład z Berlina i bardzo ten model pracy polecam – 8-10 godzin w pracy, a popołudnia i weekendy na eksplorowanie miasta. Teraz na co dzień mam calle np. z Reykjavikiem (pozdrawiam Dominikę! ;-)). Niesamowite jak ten rok zmienił naszą pracę i czasem zastanawiam się czy jeszcze kiedykolwiek (w czasach „po wielkiej zarazie”, kiedy się zaszczepimy i zyskamy zbiorową odporność) wrócimy do modelu pracy 5 dni w biurze. Myślę, że ten czas pracy z domu wielu niedowiarkom udowodnił, że jesteśmy równie (o ile nie bardziej) efektywni i przełożony nie musi mieć cię na oku, żebyś wykonał swoje zadania. Ale wracając do Ciebie w Meksyku – tu nam dochodzi jeszcze różnica czasu. I tak na przykład prawie każdy dzień witam „nocnymi” wiadomościami od Michała. Za oknem szara depresja, a Ty mi nagrywasz filmiki z białej szerokiej plaży spod palmy.  😉 A teraz temat, który pewnie wszystkim doskwiera od dłuższego czasu. Od marca nasze życie wygląda zupełnie inaczej. Jak już wspomniałam pracujemy z domu. Mniej podróżujemy. Mniej się spotykamy. Co Tobie w pandemii najbardziej dało w kość?

Czas wielkiej zarazy

M: Paradoksy. Rozumiem, że jest niebezpiecznie, musimy uważać, ale paradoksy zniszczyły mnie kompletnie. Największym paradoksem było zamknięcie siłowni. Jak mówi przysłowie „w zdrowym ciele zdrowy duch”. Siłownie naprawdę przestrzegają reżimu sanitarnego. Na ogromnych przestrzeniach ćwiczyła garstka ludzi. Ryzyko zarażenia się było tysiąc razy mniejsze niż np. w supermarkecie. Chorzy ludzie nie chodzą ćwiczyć, bo dbają o swoje zdrowie, natomiast chorzy chodzą do supermarketów. Po zamknięciu siłowni myślałem, że zwariuję. Zacząłem źle się czuć, dostałem depresji, aż w końcu uciekłem z Polski.

S: A czy ten „inny” czas przyniósł też jakieś dobre zmiany w Twoim życiu? Podam Ci przykład. Ja nauczyłam się mniej przejmować, bardziej skupiać na sobie i być większą egoistką jeśli chodzi o to, czego ja chce i jakie mam potrzeby. I o dziwo te potrzeby stały się mniej materialne. Dziś zamiast nowej sukienki wolę bilet na samolot, a zamiast wizyty u fryzjera (nie to, że się zapuściłam 😉) czas spędzić na wartościowej rozmowie (niestety głównie przez telefon). Ten czas pokazał mi też kim są ludzie wokół mnie. Nie każdy zdał egzamin na przyjaciela (choć ta ławka i tak była dość krótka), ale co ważne wolne miejsca na mojej ławce zapełniły się nowymi, bardzo wartościowymi osobami. Tą metaforą daję Ci znać, że siedzimy na tej ławce razem, co jest dla mnie mocno zaskakujące, bo w „poprzednim” życiu starałam się mieć dwie ławki: zawodową i prywatną. Ale rozgadałam się, jakby to było moje show, a przecież dziś gwiazda jest tylko jedna (Mówiłam Ci już, że moje imię w tłumaczeniu na polski to gwiazda? 😉). Dlatego wróćmy do pytania – jest coś, za co chcesz podziękować losowi po tych 8 miesiącach?

M: Za Ciebie i za nasz wspólny home office w moim LEGO mieszkaniu. Innych plusów niestety nie widzę. Mam wrażenie, że przez ten czas nie rozwinąłem się w żaden sposób.

S: To szybko tłumaczę czytelnikom hasło „wspólny home office”. Oboje mieszkamy w Warszawie. I był taki moment, kiedy dotarło do nas, że dużo lepiej pracuje się, kiedy obok jest żywy człowiek, z którym można zderzyć myśli, wypić kawę czy razem zjeść lunch. Także mniej więcej raz w tygodniu pracowałam od Michała. Często to wyglądało tak (za co Cię Michał przepraszam, ale służba nie drużba), że się właściwie mijaliśmy i ja jadłam przy laptopie, przy którym pojawiały się tylko stawiane przez Michała kubki ze świeżą kawą, a jak miałam 5 minut przerwy, to nagle okazywało się, że jestem w domu sama, bo Michał poszedł po zakupy czy na siłownię, ale i tak świadomość, że obok jest ktoś bardzo mi pomagała. Ale wracam do naszej rozmowy i pytanie z kategorii telco (bo w końcu spotykamy się na łamach bloga telekomunikacyjnego) – Twój telefon marzeń to?

Kategoria „Telekomunikacja”

M: Od zawsze najważniejszy byl dla mnie aparat. Uwielbiam robić zdjęcia smartfonem. Idealny powinien mieć przynajmniej 4 obiektywy z tyłu i dwa z przodu. Do tego bardzo wysoka rozdzielczość i pamięć operacyjna. Nie może się zacinać, szczególnie przy robieniu zdjęć. Zdjęcie powinno być robione przynajmniej z dwóch obiektywów, bo dla mnie bardzo ważne jest używanie funkcji przysłony! Wszystko na androidzie, bo do jabłka raczej nigdy się nie przekonam. I teraz wisienka – nie podam marki, ale idealnie by było gdyby mój idealny telefon obsługiwał usługi Google. 😉

S: To już chyba wszyscy wiedzą jakiej marki masz telefon. 😉 Ja potwierdzam, że wszystkie moje najładniejsze zdjęcia robił telefonem Michał. Ale pozostając w kategoriach telefonicznych – wolisz zadzwonić czy napisać?

M: Pisać. Nie znoszę siedzieć i gadać na telefonie. Dzwonię jedynie wtedy, kiedy potrzebuję pilnej odpowiedzi.

S: Przed „wielką zarazą” miałam podobnie. Ploteczki przez telefon, to nie była moja bajka. A teraz się to lekko zmienia. Może przez to, że jestem zwierzęciem stadnym, to jakoś sobie tymi rozmowami rekompensuję brak żywych istot obok. Michał, to czego Ci życzyć na koniec naszej rozmowy?

M: Przecież wiesz, że kryształowej kuli Tańca z Gwiazdami, rozszyfrowania Agenta i tytułu polskiego LEGO Master 🤪

S: O tak, potwierdzam, że to prawdziwe marzenia, a nie żarty. Także jeśli czyta nas ktoś decyzyjny z Polsatu – halo, mam dla Was kandydata! 😉 Michał, bardzo dziękuję za poświęcony czas i otworzenie się przed naszymi czytelnikami.

Jeśli ktoś z Was ma niedosyt, to oczywiście niech pyta w komentarzach. A kolejny wywiad już za tydzień. Porozmawiam wtedy z Bartoszem, czyli jednym z trzech nowych członków Ekipy Orange. A może jego chcecie o coś zapytać? Śmiało piszcie w komentarzach, a ja będę go przesłuchiwać w Waszym imieniu. I do przeczytania/ zobaczenia za tydzień! 😊

Udostępnij: Ekipa Orange z bliska – poznajcie Michała

Odpowiedzialny biznes

Cząstki przyciągania – album o niestandardowych kampaniach

15 kwietnia 2014

Cząstki przyciągania – album o niestandardowych kampaniach

Dzisiaj premiera albumu Natalii Hatalskiej„Cząstki przyciągania”. To pierwszy w Polsce album przedstawiający niestandardowe kampanie reklamowe. Natalia wybrała blisko 160 takich kampanii – cztery z nich z Orange. Układ kampanii jest autorskiego pomysłu Natalii – wyodrębniła kilka schematów (tzw. marketingowe memy), które decydują o sukcesie niestandardowych formatów.  W ostatnim tygodniu kilku blogerów promowało je u siebie.

– Jak wybierałaś projekty.

fddf87a70248c95f062dde6e583dd6e059c

Natalia Hatalska: Proces wyboru projektów do albumu nie był ani łatwy, ani szybki. Zależało mi bowiem na tym, żeby w albumie znalazły się także te rozwiązania, które niekoniecznie są znane i które niekoniecznie były nagrodzone. Zależało mi, żeby umieścić w albumie projekty z wielu branż i kategorii, dużych i małych marek, projekty nowsze i starsze – chciałam bowiem pokazać, że niestandardowe rozwiązania to raczej podejście do komunikacji, swego rodzaju stan umysłu, a nie domena jakiejś konkretnej kategorii. Wybrałam do albumu łącznie ponad 200 kampanii, a potem tę liczbę musiałam sukcesywnie zmniejszać – problemem okazały się głównie prawa autorskie (czasami trudno było ustalić do kogo należą) oraz jakość zdjęć [potwierdzamy z Tomkiem Sulewskim, bo pomagaliśmy Natalii w szukaniu zdjęć i informacji o naszych kampaniach – mw]. Zaskakujące było dla mnie to, że firmy, które podejmują działania niestandardowe, nie zawsze je dokumentują, a mnie zależało na pokazaniu rozwiązania „w akcji”, na ulicy, nie tylko koncepcji, projektu graficznego. Ostatecznie w albumie znalazło się prawie 160 kampanii. Mam nadzieję, że mimo wszystko pokazują to, co chciałam pokazać – że wcale u nas nie jest tak źle z niestandardami, jak powszechnie się sądzi.

04b0f582ae7a5bd53fbafe312ea5de8b6aa

– Dosłownie po jednym zdaniu na temat naszych projektów – dlaczego akurat te wybrałaś?
W albumie znalazły się aż cztery Wasze kampanie, w tym trzy w rozdziale użyteczność – zawiera on takie rozwiązania, w których marka daje coś konsumentowi coś, co oszczędzi jego czas, pomoże w codziennym życiu albo coś, dzięki czemu poczuje się on wyróżniony. Do takich kampanii zaliczam właśnie realizowane przez Was kampanie społeczne Telefon do mamy czy Internet na porodówkach – ta ostatnia trudna jest do wyobrażenia dziś, ale w 2008 roku musiała być dla młodycz rodziców czymś naprawdę pożądanym. Kampania Foremki to natomiast jedna z moich ulubionych kampanii – zaskakujące miejsce, fajne nawiązanie do kampanii w mediach tradycyjnych i jednocześnie nieinwazyjny (bo zrobiony przecież z piasku:)) branding.

– Skąd w ogóle taka tematyka na album?
Niestandardowe formy komunikacji to mój główny obszar zainteresowań. Od zawsze jednak interesowało mnie to, co sprawia, że ludzie zauważają daną kampanię, zapamiętują ją i w dodatku chcą się nią dzielić z innymi. Chciałam znaleźć jakiś schemat, według którego zbudowane są niestandardowe kampanie, coś na kształt tego, jak zbudowany jest wirus biologiczny (dlatego tak dużo w tej książce odwołań do Strefy skażenia Prestona). Mam więc nadzieję, że ten album będzie nie tylko inspiracją, ale także przydatnym narzędziem w codziennej pracy marketerów.

Album możecie kupić choćby tutaj, a krótki fragment znajdziecie pod tym linkiem.

Udostępnij: Cząstki przyciągania – album o niestandardowych kampaniach

Innowacje

Wolny i otwarty jak oprogramowanie … cz.2

12 grudnia 2013

Wolny i otwarty jak oprogramowanie … cz.2

Jakiś czas temu wspominałam na blogu o wolnym i otwartym oprogramowaniu. Wobec Waszego calkiem sporego odzewu – zaprosiłam do rozmowy ekspertów. Obejrzyjcie wywiad z Rafałem Kruschewskim, Szefem Marketingu z SUSE Linux i Marcinem Albrychtem z Integrated Solutions. Co sądzicie?

 

Udostępnij: Wolny i otwarty jak oprogramowanie … cz.2

Dodano do koszyka.

zamknij
informacje o cookies - Na naszej stronie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z orange.pl bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza,
że pliki cookies będą zamieszczane w Twoim urządzeniu. dowiedz się więcej