Oferta

Recenzja smartfona Samsung Galaxy A02s. Niedrogi telefon z dobrym wyświetlaczem

26 marca 2021

Recenzja smartfona Samsung Galaxy A02s. Niedrogi telefon z dobrym wyświetlaczem

Samsung Galaxy A02s to jeden z najtańszych smartfonów w ofercie koreańskiej marki. Ma duży ekran i pojemną baterię, a do tego wyróżnią się obudową wykonaną z materiałów dobrej jakości. To propozycja przede wszystkim dla mniej wymagających użytkowników, głównie ze względu na umiarkowaną wydajność użytych podzespołów.

Dobrze wygląda

Samsung Galaxy A02s jest sporym smartfonem, gdyż zastosowano w nim ekran 6,5-cala. Obudowa jest smukła, a waga (198 g) mieści się w normie, więc telefon trzyma się w ręku wygodnie. Wyświetlacz ma niewielkie wcięcie na przedni aparat, a w dolnej części frontu urządzenia znalazł się dość duży, jak na obecne standardy, czarny pasek, czy jak kto woli – „bródka”.

Wykonany z plastiku tył pokryty jest matowym, geometrycznym wzorem, o różnych odcieniach i fakturze. Prezentuje się to dobrze i jest miłe w dotyku. Do plusów należy zaliczyć minimalnie wystającą wyspę z aparatami.

Samsung Galaxy A02s

Przeczytaj: Ładne smartfony – poznaj telefony z ciekawym designem

Samsung Galaxy A02s ma wejście słuchawkowe minijack, port USB-C, szufladkę Dual SIM i pojedynczy głośnik, słowem – standardowy zestaw w tej klasie urządzeń. Zabrakło czytnika linii papilarnych, możemy jednak odblokowywać telefon za pomocą systemu rozpoznawania twarzy.

Samsung Galaxy A02s

Wszystko widać

Najmocniejszą stroną Samsunga Galaxy A02s jest wyświetlacz. Choć wykonano go w technologii IPS, a nie AMOLED, kolory są żywe i wiernie odwzorowane. Koreańska firma słynie ze znakomitych ekranów i nawet w budżetowym modelu pokazuje swoją klasę. Duża przekątna w połączeniu z rozdzielczością HD+ sprawia, że konsumpcja treści, zwłaszcza wideo, jest bardzo komfortowa. Smartfon jak najbardziej nadaje się do oglądania filmów i seriali z platform Netfliksa czy HBO GO, a także grania w proste mobilne gry.

Przeczytaj też: Rozmiar ekranu w smartfonie – sprawdź, czy potrzebujesz telefonu z dużym ekranem

W ustawieniach wyświetlacza Samsunga Galaxy A02s możemy włączyć tryb ciemny, a także filtr światła niebieskiego, co pozwoli mniej obciążać wzrok, szczególnie wieczorami i nocą. Nie zapomniano też o automatycznym dopasowywaniu jasności do warunków oświetleniowych. Można też powiększyć wyświetlany obraz, a także wybrać rozmiar czcionki w menu – to przydatne funkcje dla osób ze słabszym wzrokiem. Pewnym zaskoczeniem może być brak możliwości edycji zrzutu ekranu tuż po jego wykonaniu, co oferuje większość smartfonów na rynku.

Przeczytaj też: Dobre wcale nie musi być drogie, czyli jaki smartfon do 1000 zł warto kupić?

Mogło być szybciej

Omówiona została największa zaleta Samsunga Galaxy A02s, teraz dla równowagi należy wspomnieć o największej wadzie. Smartfon z systemem Android 10 i nakładką producenta One UI działa dość ociężale. Włącza się powoli, uruchomienie aplikacji czy niektórych funkcjonalności zajmuje dłuższą chwilę, choć np. aparat włącza się całkiem szybko. To wszystko przypomina nam, że mamy do czynienia z tanim smartfonem. Ma niezbyt wydajny procesor Snapdragon 450 i tylko 3 GB pamięci operacyjnej, powalającej wydajności nie można się zatem spodziewać. Jeśli jednak nie jesteśmy przyzwyczajeni do prędkości działania flagowców, tempo pracy Samsunga Galaxy A02s nie powinno nas irytować. Oprogramowanie działa stabilnie, nie występują przedłużające się przycięcia, podstawowe aplikacje działają bez zarzutu.

Samsung Galaxy A02s

Przeczytaj też: Co wpływa na wydajność telefonu i jak zapobiegać jej spadkowi?

Na korzyść Samsunga Galaxy A02s przemawia jego czas pracy na baterii. Zastosowano duży akumulator o pojemności 5000 mAh, co powinno wystarczyć na nawet dni dni pracy urządzenia bez ładowania. W ustawieniach możemy także włączyć oszczędzanie baterii – stałe lub adaptacyjne.

Wbudowany głośnik gra donośnie, jednak brakuje dźwięku stereo. Jeśli często oglądamy filmy lub klipy, warto postawić na słuchawki lub zewnętrzny głośnik Bluetooth.

Samsung Galaxy A02s

Jak w przypadku wielu budżetowych smartfonów, łączność Wi-Fi odbywa się tylko w częstotliwości  2.4 GHz (bez 5 GHz), co oznacza, że pełna prędkość łącza internetu stacjonarnego nie jest wykorzystywana. Jeśli dysponujemy w domu prędkością ok. 500 Mb/s, Samsung Galaxy A02s osiąga tylko 38 Mb/s. Nie odczujemy tego podczas typowych zastosowań smartfona, gdyż  jest to szybkość porównywalna z przeciętnie oferowaną przez internet mobilny LTE i w zupełności wystarczy do korzystania z muzycznych i filmowych serwisów streamingowych czy mediów społecznościowych. Moduł Bluetooth jest dość starej daty, bo w wersji 4.2. Mamy za to obsługę Wi-Fi Direct i NFC, służące do płatności zbliżeniowych.

Przeczytaj też: Bluetooth, NFC, ANT+, czyli o łączności w urządzeniach mobilnych

Aparat w normie

Obiektywy tylnego aparatu są trzy, z czego dwa – makro i czujnik głębi – można w zasadzie pominąć, gdyż do zdecydowanej większości zdjęć wystarczy główny obiektyw 13-megapikselowy. Możliwości ma typowe dla smartfonów w tej klasie. Fotografie nie mają oszałamiającej rozdzielczości czy ostrości, jednak są przyzwoite, szczególnie jeśli wykonujemy je w słoneczny dzień. Do publikacji w mediach społecznościowych się nadają. Gorzej jest po zmroku, gdyż zabrakło trybu nocnego, a także optycznej stabilizacji obrazu.

Samsung Galaxy A02s Samsung Galaxy A02s Samsung Galaxy A02s

Selfie z przedniego aparatu wychodzi całkiem niezłe, możemy też w fabrycznej aplikacji aparatu włączać filtry i zabawne nakładki. Wideo nagrywane jest w rozdzielczości FullHD (1920 x 1080) z 30 klatkami na sekundę.

Podsumowanie – czy warto kupić Samsunga Galaxy A02s?

Zalety Samsunga Galaxy A02s:

  • dobry wyświetlacz
  • obudowa z materiałów dobrej jakości
  • gniazdo słuchawkowe
  • pojemna bateria
  • NFC

Wady Samsunga Galaxy A02s:

  • niezbyt szybki procesor
  • podstawowe wersje Wi-Fi i Bluetooth
  • brak czytnika linii papilarnych
  • tylko 32 GB pamięci wewnętrznej

Sprawdź smartfon Samsunga Galaxy A02s w sklepie Orange>>

Udostępnij: Recenzja smartfona Samsung Galaxy A02s. Niedrogi telefon z dobrym wyświetlaczem

Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (35)

6 marca 2021

Co w gadżetach piszczy (35)

Rok. Dwa dni temu, w czwartek minął rok od pierwszego przypadku Covid-19 w Polsce, a za parę dni minie rok mojej pracy na home office. Nic więc dziwnego, że mój gadżetowy nieregularnik znów zdominują sprzęty przydające się przede wszystkim podczas pracy w domu. Jeden okazał się niespodziewanie wyjątkowo przydatny, inny uratował mi atmosferę w domu, a jeszcze jeden to – cóż, coś, czego regularnie używamy, ale w nieco innej wersji. No i dziś wyjątkowo opisuję cztery gadżety.

Poly Sync 20+ – Do telco, czy do muzyki?

Telco, czy też telekonferencja. Gdyby nie wyjątkowa duża konkurencja, mogłoby to być słowo roku 2020. W naszych nieprzystosowanych do home office domach, zazwyczaj z dzieckiem/dziećmi na zdalnej szkole – znalezienie sposobu na wzięcie udziału w firmowych spotkaniu bywało dużym wyzwaniem. Gdy trafił do mnie Poly Sync 20+, najmniejsza wersja zestawu głośnomówiącego z Poly, byłem pewien, że w tych warunkach absolutnie mi się nie przyda. Cóż – lubię być tak zaskakiwany.

Zacznę od końca. Byłem pewien, że moja partnerka wyrzuci maleństwo od Poly przez okno, gdy odpalę je w drugim pokoju podczas jej konferencji, ale… nie miałem innego wyjścia. Jedne słuchawki się rozładowały, drugie miały problem z połączeniem, a akurat zaczynało się blogowe kolegium redakcyjne. No to nie ma wyjścia – wyciągam zgrabnie ukryty pod spodem kabelek, podpinam pod USB i… działa. Po prostu działa, po krótkiej chwili przeznaczonej na samoinstalację.

I to jak działa! Wiem, że filmu powyżej nie nagrałem akurat podczas telko, ale:

  • musiałbym pytać każdego ze współuczestników o zgodę
  • (to chyba ciekawsze) chciałem Wam pokazać, ze Sync 20+ sprawdza się też jako domowy głośnik!

W tym drugim przypadku oczywiście trzeba go podłączyć przez bluetooth (w telefonach „dużego” USB nie uświadczymy), ale bez problemu nagłośniłby imprezkę w moim dość sporym salonie. Głos brzmi idealnie, soczyście, a co do basów, najlepiej postawić zestaw np. na blacie, by dolny głośnik, taki niby-subwoofer mógł zrobić robotę.

Dobra, ale wracając do blogowego kolegium. Spodziewałem się, że Poly zrobi konkurencję drugiemu telko, a tymczasem po wszystkim dowiedziałem się, że na drugim krańcu mieszkania… niczego nie było słychać. Za to u mnie w salonie, gdy testując działanie Poly 20+ chodziłem z maluchem na rękach po całym salonie, albo bawiliśmy się na kanapie, chowając się za poduchami – nikt nie miał zastrzeżeń, co do jakości mojego głosu.

Świetny i niedrogi jak na możliwości sprzęt. Skoro najmniejsza wersja bez problemu nagłośniła 20 m2, ciekaw jestem, jakie wyzwania musiałbym postawić przed największą?

Jabra Elite 45h – Słuchawki, jak żaba z dowcipu

Od razu spalę clou tej części. Pamiętacie ten dowcip o żabie, co to po jednej stronie lew kazał ustawić się zwierzętom mądrym, a po drugiej pięknym? A biedny skonfundowany płaz wydarł się: „No przecież się nie rozerwę!”. Takie właśnie są Jabra Elite 45h. Niby mądre, niby ładne – ale jednak żaba.

Nie zrozumcie mnie źle, nie ukrywam, że jestem fanbojem Jabry, a wychodząc z domu prędzej zapomnę kluczyków od samochodu, niż moich ukochanych Elite Active 75t. W domu, gdy chcę coś obejrzeć, odcinając się od odgłosów zewnętrznych, nie ma lepszych niż 85h. A do czego pasują 45h?

Zacznę od minusów – na pewno nie do mojej głowy. Nigdy nie miałem przekonania do słuchawek nausznych, używając dokanałowych albo wokółusznych. Ostatnią rzeczą, którą potrzebuję w takim sprzęcie jest spinanie się, czy za chwilę nie spadną mi z uszu. Nie zrozumcie mnie źle – Jabry 45h dobrze przylegają do małżowin, dźwięk nie „ucieka”, ale nie mogłem przestać skupiać się na mikroruchach pałąka, że świadomością, że muszli tak naprawdę nic nie trzyma.

Poza tym te słuchawki to po prostu lista plusów: bardzo dobra jakość dźwięku i rozmów, Asystent Google, intuicyjne rozmieszczenie przycisków sterujących, świetna (50 godzin bez ładowania jest realne), szybko ładująca się bateria, wreszcie bardzo dużo dodatkowych możliwości dzięki aplikacji Sound+. Bez problemów można je wziąć ze sobą na deszcz, bowiem są odporne na zachlapanie nie tylko fizycznie, ale również „gwarancyjnie”. Robią wrażenie dość trwałych, choć nie testowałem ich na upadki (ani na 9-miesięcznego berbecia, ale w jego przypadku głównie dlatego, że wpycha do buzi wszystko, co stanie mu na drodze 🙂 ).

Jeśli chodzi o dźwięk i możliwości, jest świetnie, Jabra jak zwykle nie zawodzi. Bez wątpliwości uwierzę, że są najlepsze w swojej klasie. Tylko… no rozumiecie, żaba.

Brother  MFC-B7715DW – Jedna strona za… 10 groszy

„Ratunku! Moja drukarka pokazuje: ‘awaria, skontaktuj się z serwisem’! Poratuj czymś małym do domu, najlepiej 4w1. Przecież home office i domowa szkoła!”. Błagalny, desperacki mail do marketingowej opiekunki marki Brother przyniósł efekt i już następnego dnia przed południem do moich drzwi zapukał uśmiech… No dobra, może nie taki uśmiechnięty, bo Brother MFC-B7715DW to dość spory, 15-kilogramowy karton.

Model, który uratował mi skórę to urządzenie wielofunkcyjne do małych biur (czyli w czasach pandemii do większości mieszkań). Na początku robi wrażenie dość sporego, jednak 41 centymetrów w największym wymiarze nie okazało się być przeszkodą w znalezieniu miejsca w skromnej wielkości szafie na styku przedpokoju i salonu. Komputer widział nową drukarkę od razu po podłączeniu, zdecydowanie jednak warto zainstalować firmowy „kombajn”, aplikację Brother iPrint&Scan, od razu do spółki ze wszystkimi niezbędnymi sterownikami.

Korzystanie na co dzień z MFC-B7715DW jest jak wystrzeliwanie pocisku Hellfire. Drukowanie – ctrl-p i jazda. Skanowanie – do podajnika albo na szkło, klik w aplikacji (można też skonfigurować wysyłanie od razu na maila) – i zrobione. Da się nawet drukować bezprzewodowo, aczkolwiek akurat skonfigurowanie tego wymaga nieco czasu i wsparcia ze strony instrukcji. Pomaga w tym duży wyświetlacz i intuicyjna, nie wymagająca kombinowania struktura menu. Nie bez znaczenia jest też fakt, że toner, wystarczający na wydrukowanie nawet 2000 stron, to koszt… 99 złotych! Dla osób przyzwyczajonych do atrakcyjnych cen urządzeń i zbijających z nóg kosztów materiałów eksploatacyjnych to wyjątkowo miła odmiana.

iPhone 12 Mini – świetny, ale…

Musiałem go sprawdzić. Trochę poczekałem, ale wiedziałem, że iPhone w wersji malutkiej musi trafić w moje ręce. I o ile na początku iPhone 12 Mini mnie oczarował, to ostatecznie… Ale o tym za chwilę.

Nie chciałem innego iPhone’a, tylko właśnie tego, by sprawdzić, jak w czasach niemal siedmiocalowych kolosów pracuje się z urządzeniem o przekątnej 5,4”. Zaskoczyłem się bardzo pozytywnie, bo (na początku) nie zobaczyłem żadnych minusów. Mimo mniejszego ekranu wszystko się na nim mieści, interfejs jest intuicyjny, nawet widżety, mimo że zgromadzoną tylko na skrajnym lewym ekranie, okazały się bardziej funkcjonalne, niż oczekiwałem. Do tego e-SIM, dzięki czemu nie musiałem kombinować z przekładaniem karty z mojego podstawowego smartfonu.

Przez chwilę się zastanawiałem, jakby tu w moim domowym biurze podłączyć kabel do ładowania 12 Mini. Problem tkwi bowiem w tym, że od strony ładowarki ma on wtyczkę USB-C, a w jedynym takim gnieździe w mojej ładowarce tkwi kabel do ładowania laptopa. Kłopot rozwiązał się sam, gdy zastanawiając się odłożyłem iPhone’a na ładowarkę indukcyjną, na co on radośnie się rozjarzył, informując mnie, że właśnie się ładuje. Inna sprawa, że ładowarka, mimo mikroskopijnej baterii 2227 mAh wcale nie jest potrzebna zanim nadejdzie wieczór.

Problemy zaczęły się jednak z czasem. Mam już 45 lat, wzrok niegdyś sokoli zaczyna jednak dawać mi znaki, że natury się nie da oszukać. Po kilku dniach, gdy zaczęła mnie w trakcie dnia boleć głowa, zorientowałem się, że z bliska litery są jednak mało ostre, a po oddaleniu na odpowiednią odległość robią się po prostu… małe 🙁

Nie sądziłbym, że kiedyś coś takiego przejdzie mi przez palce, ale iPhone 12 Mini to świetny telefon. Szybki, bardzo wydajny, ze świetnym (jak widać powyżej) aparatem. To nie jest duża wersja, z której wycięto to, co wpływa na jej cenę – to po prostu duża wersja z mniejszym ekranem. Ciężko mi jednak znaleźć dla niego grupę docelową. Młodsi prychną, że za mały, a dla wielu z tych, którzy dorośli do urządzeń na powrót kieszonkowych za małe okażą się literki właśnie.

A szkoda. Już zapomniałem jak to jest móc schować telefon do kieszeni dżinsów i zapomnieć, że tam jest. Jeśli Wy chcielibyście sprawdzić, jak radzi sobie Mini – albo inne iPhone’y, nie tylko z serii 12 – zajrzyjcie do naszego sklepu. Jakby co, to szeptem Wam powiem, że Mini 64GB jest w wyjątkowo dobrej cenie!

 

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (35)

Urządzenia

Ruszyliśmy z przedsprzedażą Xiaomi Mi 11 5G. Oto szybki test smartfona.

25 lutego 2021

Ruszyliśmy z przedsprzedażą Xiaomi Mi 11 5G. Oto szybki test smartfona.

Xiaomi Mi 11. Z najnowszą, gorącą smartfonową premierą obcowałem przez ostatnie 6 dni. Niecały tydzień to za mało na szczegółową ocenę (i test), ale gdybym miał decydować po tym czasie, to nie byłoby się nad czym wahać – biorę! A z Wami podzielę się wrażeniami z tego krótkiego czasu.

Aparaty na wypasie

Też tak macie, że oglądając nowego flagowca patrzycie jak wygląda wyspa z aparatami? Ja tak mam! Najnowsze, wyrafinowane zespoły optyczne, zajmują tyle miejsca, że gustowne umieszczenie ich z tyłu jest sporym wyzwaniem. Mnie się podobały, czemu dałem wyraz na Twitterze.

Aparaty Xiaomi Mi 11

108 MP, f/1.9, 26mm, 1/1.33″, 0.8µm, PDAF, OIS
13 MP, f/2.4, 123˚ (ultraszeroki), 1/3.06″, 1.12µm
5 MP, f/2.4, (makro), 1/5.0″, 1.12µm
przód: 20 MP, f/2.2, 27mm, 1/3.4″, 0.8µm

Zdjęcia wychodzą znakomicie niezależnie od pory dnia. W nocy rzecz jasna przy założeniu, że używamy głównego, jasnego obiektywu. Jeśli dla urządzenia jest nieco za ciemno, napisze nam, by trzymać aparat bez ruchu i na odpowiednio długo przedłuży naświetlanie. Nie ma mowy oczywiście, by cokolwiek się rozmazało – algorytmy odpowiednio skompensują drgania naszej ręki.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Michał Rosiak (@rosiu36)

Na mnie jednak największe wrażenie zrobiły dodatkowe efekty filmowe. Nie wszystkie byłem w stanie zrozumieć, ale świetne wrażenie robią wolna migawka (stabilny ruchomy obiekt i rozmazane, dynamiczne tło), magiczny zoom i świat równoległy niczym z Incepcji.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Michał Rosiak (@rosiu36)

Nie ma prądu? Nie ma opcji!

Producentom smartfonów rzadko udaje się mnie zaszokować, tym większy więc szacunek dla Xiaomi. Patrzę na ekran – pozostało 55% baterii. Dobra, mam z godzinkę, kiedy nie muszę korzystać z telefonu, to go podłączę.

Hmmm, godzinkę? Na ekranie pokazało się „16 minut do końca”. Nie ładowałem Mi 11 od zera, ale bez problemu jestem w stanie uwierzyć w deklarowane przez producenta 45 minut. Oczywiście przy założeniu korzystania z dołączonej do zestawu 55-watowej ładowarki. O ile do pojemności baterii można się przyczepić (przy mocniejszym używaniu może nie dać rady dociągnąć do końca dnia) to jak szybko można ją doładować minimalizuje tę niedogodność.

Muszę Was jednak ostrzec. Przy korzystaniu z Mi 11 po raz pierwszy zrozumiałem, że disclaimer: „Do ładowania używaj wyłącznie dołączonych do zestawu akcesoriów” ma sens. Jechałem samochodem przez całą Warszawę, gdy nagle poczułem plastikowo/elektryczny swąd. Pełen obaw, że to elektronika mojego auta spokojnie dojechałem do domu, by w garażu, odpinając telefon od ładowarki… oparzyć się w palce. Nadtopiona wtyczka wylądowała w śmietniku, a ja już wiem, że jeśli kabel dostarczany z telefonem na napisane „6A” – nie podłączam 3-amperowego.

Jeszcze lepsze ekrany

AMOLED, mogący wyświetlić miliard kolorów (kto ich tyle zna? 🙂 ), ze 120-hercowym odświeżaniem, wsparciem dla HDR10+ i jasnością do 1500 nitów. To liczby… nie, nie z Samsunga S21 Ultra 5G, choć faktycznie pod tym względem urządzenia są bliźniacze. Ciekawe, czy fakt, iż przekątna ekranu Xiaomi Mi 11 jest większa o… 0.01 cala od Samsunga to faktycznie przypadek?

Zanim dostałem Mi 11 do testów poczytałem o nim trochę w necie i zaintrygował mnie fakt rzekomego thermal throttlingu debiutującego w tym smartfonie w Europie Snapdragona 888. Cóż – albo ktoś był wyjątkowo wymagający, albo grubo przesadzał albo Xiaomi poprawiło oprogramowanie zanim trafiło do klientów. Faktycznie, przy dużych obciążeniach telefonowi zdarza się być nieco cieplejszym, ale jajek bym na nim nie usmażył.

Poza tym… Ech, pisanie o dzisiejszych flagowcach, że są piekielnie szybkie, stało się nudne. W tej kwestii akurat wszystkie topowe smartfony są takie same. Pewnie gdyby odpalić na nich po 20 aplikacji to te pierwsze zdążyłyby się już pozamykać, ale… kto korzysta z tylu aplikacji? Ja podczas tych sześciu dni ani razu nie narzekałem na wydajność Xiaomi Mi 11.

A u nas – Mi 11 z dodatkami

Flagowiec Xiaomi to kolejny wielki smartfon, który wcale nie wydawał się mi przesadnie duży. Z jednej strony z płytkich kieszeni potrafił wystawać, a szortach „do home office” musiałem ustawić go pod odpowiednim kątem, by zapiął się suwak. Z drugiej jednak nie miałem odczucia, bym używał nieforemnego kloca. Co więcej, zdarzyło mu się nawet dwa razy upaść z wysokości kanapy i choć serce mi się na chwilę zatrzymało – na telefonie nie było śladu. Mam wrażenie, że to też zasługa dołączanego do zestawu subtelnego etui, odstającego na rogach i przejmującemu na siebie energię uderzenia. Na początku chciałem je zdjąć, doszedłem jednak do wniosku, że o ile bez „gumy” Mi 11 wygląda ładniej, to niestety robi się piekielnie śliski.

Bez wątpienia to sprzęt, który powinien leżeć na jednej półce obok innych asów smartfonowego świata. A jeśli chcesz by leżał na Waszej – a może lepiej na biurku, czy w kieszeni – zajrzyjcie do naszego sklepu. Właśnie zaczęliśmy przedsprzedaż Xiaomi Mi 11, a jeśli kupicie flagowca Xiaomi teraz – będziecie mogli wybrać jeden czterech prezentów, wartych nawet 1299 PLN!

  • Hulajnogę elektryczną Mi Electric Scooter Essential
  • Robota sprzątającego Mi Robot Vacuum Mop Pro
  • Oczyszczacz powietrza Mi Air Purifier Pro H
  • Kartę podarunkową 1000 zł

Zamówcie teraz, a przesyłki do Was wyjdą od nas już 8. marca! Tym z Was, którzy się zdecydują, sam trochę zazdroszczę. Też bym go jeszcze poużywał 🙂

Udostępnij: Ruszyliśmy z przedsprzedażą Xiaomi Mi 11 5G. Oto szybki test smartfona.

Urządzenia

Motorola G9 Power – szybki test

10 lutego 2021

Motorola G9 Power – szybki test

Chciałem zwalić winę na pandemię, ale to chyba nie do końca tak. Tęsknię za pracą z naszą filmową ekipą i kręceniem dla Was fajnych, dynamicznych filmików z testami telefonów. Czasami jednak do naszej oferty wchodzą telefony, o których fajnie jest po prostu krótko i zwięźle napisać. Na przykład Motorola G9 Power.

G9 Power. Duży power

Nie będę Was trzymał w niepewności, zacznę od najważniejszego. Jak się możecie domyślać, dodatek „Power” w przypadku Motoroli G9 nie znalazł się tutaj przypadkiem.

Dwa dni. Nawet trzy, jeśli nie jesteś mną 😉 i używasz telefonu normalnie. Tyle czasu można korzystać z Motoroli G9 Power bez podłączenia do ładowarki. To pierwszy test, któremu poddałem ten potężny (nie tylko mocą ogniwa) smartfon. Odpiąłem od ładowarki rano a potem po prostu używałem. Internet, Twitter, trochę Youtube’a/Netflixa, nawigacja, Spotify, granie (a w międzyczasie 😉 praca). Pod koniec pierwszego dnia, nieco po 1 w nocy, koło ikony baterii zaświeciło się „43%”. Dzień później, nieco po północy, ulitowałem się nad płaczącym ogniwem, gdzie soczystą czerwienią świeciło się 2 procent i podpiąłem G9 Power do ładowarki.

Motorola „z Powerem” to jeden z niewielu smartfonów, z którymi miałem do czynienia, z tak wielką baterią. 6000 miliamperogodzin przekłada się nie tylko na czas trwania, ale też na ciężar urządzenia. 221 gramów to sporo. Co ciekawe, mimo iż testowany przeze mnie niedawno Samsung S21 Ultra jest o 6 gramów cięższy, to Motka wydaje się bardziej „zbita” i robi wrażenie masywniejszej.

Przyzwoita średnia półka…

Nowe Motorole z serii G nie ukrywają tego, że nie aspirują do bycia flagowcami, to pod każdym względem urządzenia ze średniej półki. Czy to się czuje w codziennym użyciu? Trochę tak. Dzięki czystemu Androidowi Motorole działają bardzo płynnie jak na taką konfigurację, tym niemniej Snapdragon 662 wsparty zaledwie (nieźle się czasy zmieniły, co?) 4 GB RAMu to chwilami nieco za mało. Wszystko działa, ale przy bardziej wymagających grach czasami widać przycięcia, czy spowolnienia.

Co ciekawe, 6,8-calowy ekran IPS o rozdzielczości 720p (gęstość 263 piksele na cal) nie wywoływał we mnie przesadnego dysonansu. Jasne (czy może raczej „mniej nasycone” 🙂 ), że nie jest to AMOLED, ale – na litość! – mówimy o telefonie w cenie wyraźnie poniżej 1000 złotych. Z jednej strony na pewno mogłoby być lepiej, z drugiej jednak – gdzieś trzeba pójść na kompromisy. Poza tym to nie jest tak, że coś nie działa. Po prostu działa nie tak dynamicznie, jak we flagowcach, w słabszej jakości, zdarza się, że aplikacja otworzy się na nowo przy próbie ponownego na nią przełączenia. Jeśli dostosowujemy swoje wymagania do ceny – nie jest to coś, co by przeszkadzało.

…z naprawdę dobrym(i) aparatem(ami)

Kompromisów nie było jednak w warstwie fotograficznej, jak zresztą przy wszystkich nowych smartfonach Moto G. Sercem grupy trzech obiektywów jest 64-megapikselowe oczko z dobrym światłem f/1.8, domyślnie fotografujące w trybie Quad Pixel (cztery piksele łączone w jeden, ostateczna rozdzielczość zdjęcia 12 Mpix). To obiektyw, którego standardowy użytkownik będzie używał praktycznie cały czas, bowiem pozostałe to dwumegapikselowe makro i czujnik ToF. Z przodu, w górnym rogu, „oblana” ekranem 16 Mpix kamerka do selfie.

Główny obiektyw nie zawodzi, niezależnie od warunków pogodowych. Tryb nocny przedłużając naświetlanie i stabilizując ewentualne ruchy ręki, pozwala na ładnie doświetlone, nie wyglądające sztucznie zdjęcia. W dzień jest… Cóż, dzień to nie wyzwanie dla dzisiejszych modułów fotograficznych. Co ciekawe, jedyne uwagi można mieć do fotografii o zmierzchu, gdzie wydaje się, jakby algorytmy nie potrafiły sobie poradzić z tym, że gdzieniegdzie jest jeszcze wyraziście jasno, ale są elementy, gdzie robi się mocno ciemno. Selfie też jest spoko, a ciekawa „niby-panoramiczna” opcja selfie grupowego pozwala zmieścić w kadrze znacznie większą grupę.

Podsumowując:

Ja jestem w zasadzie trochę spaczony 🙂 W sytuacji, gdy często mogę przebierać we flagowcach, ciężko mnie przekonać do urządzenia z niższej półki. W tym przypadku jednak się udało i gdyby stan portfela zmuszał mnie do kompromisów, poważnie bym przemyślał tę propozycję. Polecam szczególnie tym, którzy z telefonu muszą korzystać ponadstandardowo, bez długiego dostępu do ładowarki – w tym przypadku 6 ampergodzin naprawdę robi potężną różnicę. Tym bardziej, że baterię, dzięki szybkiemu 20-watowemu ładowaniu możemy szybko napełnić „pod korek”.

Motorolę G9 Power docenią też użytkownicy, którzy – jak ja – nie mogę się przyzwyczaić do czujników odcisków palców w ekranie. Tutaj mamy oldskulowe kółeczko z tyłu obudowy, pokryte logo Motoroli. Czujnik działa idealnie, choć może – z racji na wielkość bryły G9 Power – położony jest nieco zbyt wysoko, by dla osób z mniejszymi dłońmi jego wciskanie było naturalne.

Jeśli przekonałem Was, że warto – zajrzyjcie do naszego sklepu. Tak się składa, że parę egzemplarzy tam czeka 😉 Może właśnie na Ciebie?

Udostępnij: Motorola G9 Power – szybki test

Urządzenia

Funbox 6 – szybki i ekologiczny

28 stycznia 2021

Funbox 6 – szybki i ekologiczny

Wreszcie mogę się przyznać! Mam Funbox 6! A uwierzcie, że przez ostatnie bodaj dwa miesiące ciężko było mi trzymać język za zębami. Gdy FB6 trafił do mnie na testy podchodziłem do niego z dużą rezerwą, spodziewając się chorób wieku dziecięcego. Już dzień-dwa później najchętniej poleciłbym go całemu światu 🙂

Jestem niepoprawnym gadżeciarzem i early adopterem. Najchętniej testowałbym wszystko, co nowe, więc już dawno temu zgłosiłem się do grona zainteresowanych testami pracowniczymi szykowanych dla Was, klientów, rozwiązań. Zrobiłem to chyba jako pierwszy. Funbox 6 zainteresował mnie szczególnie, bo z Neostrady korzystam od kiedy pamiętam. Gdy tylko w moim ówczesnym mieszkaniu można było uruchomić Neo, wreszcie mogłem korzystać z porządnego stacjonarnego łącza, zamiast osiedlowej radiówki. Zaczęło się od bodaj megabitowej (wtedy miałem wrażenie, że to Pierwsza Prędkość Kosmiczna) Neostrady i pierwszego Liveboxa. Trzeba go było trzymać w kuchni, bo pojawiające się i znikające logo TP SA było tak jaskrawe, że niektórym (np. mnie) nie dawało zasnąć.

Prędkości rosły, ale po kablu

I tak czas mijał, megabity na sekundę słane miedzianymi kablami rosły, Livebox zamienił się na „dwójkę” i LB3, potem pojawiły się Funboxy, z najnowszą, obecną u wielu z Was wersją Funbox 3. Wszystkie te urządzenia łączyło jedno. O ile przy podłączeniu kablem wszystko cudownie hulało, próba skorzystania z WiFi… Hmmm, jakby to ładnie powiedzieć? O, wiem. Internet bezprzewodowy najlepiej działał w malutkiej, ustawnej kawalerce.

Gdy trafiałem w sieci na opinie o Funboxach, motywem dominującym było pytanie: „Co zrobić, żeby lepiej działało mi WiFi?”. Mnie też, gdy przed wakacjami zainstalowałem w domu mający wspomagać w zdalnej pracy/nauce całą rodzinę gigabitowy światłowód od Orange, szybko zrzedła mina. Gdy próbowałem pracować w sypialni, odległej w linii prostej może 10 metrów od routera, często okazywało się, że osiągam 20-30 Mbps (czasami bardziej opłacało się przełączyć na internet udostępniany ze smartfona).

30 razy szybciej

Nic więc dziwnego, że podłączywszy nowy modem od razu pognałem do sypialni 🙂 Odblokowanie telefonu, Chrome, Netflix – działa, nie haczy się. No to pora zerknąć, co pokaże Speedtest!

Gdyby nie to, że już siedziałem, to siadłbym z wrażenia. Począwszy od tego pierwszego testu, do teraz, odczyty prędkości w niedostępnym uprzednio miejscu wahają się między 500 a 600 Mbps. Byłem w ciężkim szoku! Wystarczyła zmiana routera, by prędkość wzrosła trzydziestokrotnie!

Choć oczywiście „zmiana routera” to pojęcie bardzo ogólne. Funbox 6 to przede wszystkim wprowadzenie nowego standardu WiFi, zwiększenie liczby anten, czy optymalizacja ich ustawienia. Nie bez przyczyny zalecane jest, by dla efektywności połączenia urządzenie stało pionowo, jak najbardziej odkryte (a najlepiej w ogóle na górnej półce). No i wskazane, by urządzenia z których korzystamy obsługiwały standard WiFi 6, a przynajmniej łączyły się z siecią na częstotliwości 5 Ghz. Te starsze, które używają wyłącznie bezprzewodowej sieci 2,4 Ghz, nie przyspieszą aż tak bardzo.

Zastanawiacie się, czy przegapiliście Funboxy 4 i 5? Od razu o to spytałem. Nic się im jednak nie stało. Ten przeskok z 3 od razu na 6 to po prostu efekt implementacji w nowym urządzeniu wspominanego kilka zdań wyżej standardu WiFi 6.

Funbox 6, czyli gamechanger

Drugiego dnia po tym, gdy podłączyłem w domu Funbox 6, napisałem do kolegi, odpowiedzialnego za techniczną stronę tego projektu: „Stary, to jest gamechanger. Ten sprzęt wstrząśnie rynkiem”. Możecie powiedzieć, że piszę tak, bo muszę. Przecież pracuję w Orange. Cóż – mógłbym przecież też użyć paru frazesów, pochwalić, powiedzieć, że fajny sprzęt i zapomnieć o sprawie. Nie musiałbym się rozpływać w zachwytach i z uśmiechem na twarzy co kilka dni odpalać w różnych częściach domu Speedtesta.

Tu nie ma się do czego przyczepić. Internet działa szybko i płynnie, niezależnie od tego, ile urządzeń i w jakich częściach mieszkania zeń korzysta. Co więcej, sam Funbox 6 (a w zasadzie jego obudowa) powstał w 100 procentach z recyklingowego plastiku, a w papierowym pudełku nie ma żadnej zbędnej folii.

Jest świetny. To fakty, nie marketing. Sami sprawdźcie, nie będziecie żałować.

Udostępnij: Funbox 6 – szybki i ekologiczny

Dodano do koszyka.

zamknij
informacje o cookies - Na naszej stronie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z orange.pl bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza,
że pliki cookies będą zamieszczane w Twoim urządzeniu. dowiedz się więcej