Urządzenia

vivo X80 Pro 5G – szybki test

19 lipca 2022

vivo X80 Pro 5G – szybki test

Flagowce… Marzenie każdego geeka. vivo X80 Pro 5G to sprzęt, który nie zawodzi oczekiwań, bezdyskusyjnie tegoroczny top. Vivo to kolejna chińska firma rozpycha się łokciami w czołówce smartfonowej sprzedaży w naszym kraju. I wcale mnie to nie zaskakuje.

Flagowce tej firmy testowałem już od jakiegoś czasu. Czy to wczesne średniaki, aspirujące do miana flagowców, czy też średniopółkowe Y76, które określiłem mianem telefonu z każdej strony… przyzwoitego (absolutnie w pozytywnym znaczeniu). vivo X80 Pro to jednak jak dla mnie pierwszy naprawdę poważny flagowiec firmy z Dongguan. Nie było więc tym razem innej opcji, niż test wideo.

vivo X80 Pro jak kamera filmowa

W zalewie smartfonów wyglądających niczym produkty od mistrza Jedi Sifo-Dyasa z planety Kamino, przede wszystkim flagowce muszą się czymś wyróżniać. W przypadku bohatera dzisiejszego testu bezapelacyjnie są to możliwości filmowe. Nie będę Wam psuł przyjemności (mam nadzieję 😉 ) oglądania testu. Ale patrząc moim okiem zwykłego widza dałbym sobie rękę uciąć, że to, na co stać ten telefon, potrafi przebić profesjonalne kamery.

vivo X80 Pro to „kombajn” i w czterominutowym teście nie da się opisać wszystkich jego zalet. Ekran Amoled, płynny przy grach i idealnie czytelny przy oglądaniu filmów. Najlepszy czytnik odcisków palców z jakiego do tej pory korzystałem. Mnóstwo opcji optymalizacji wideo (i audio). Wydajność bliska milionowi punktów w AnTuTu (pamiętacie te czasy, gdy oczy w słup stawiało przekroczenie 100 tysięcy?). Efektywne radzenie sobie z generowanym przez urządzenie ciepłem. Do tego obłędne zdjęcia w nocy (zwróćcie na nie uwagę na materiale wideo), a także możliwość wybrania naturalnej kolorystyki (a nie cukierkowego… czegoś). No i gimbal, o którym krótko wspominam w filmie, a przy dynamicznych ujęciach (np. jeździe na rowerze) robi świetną robotę.

Telefon to jedno, ale te słuchawki!

Flagowce to nie są tanie rzeczy i vivo X80 Pro nie jest wyjątkiem. Gorycz (obiektywnie jednak rzecz ujmując) wydania prawie 6000 złotych mogą jednak osłodzić zdecydowanie najlepsze słuchawki z ANC, z jakich kiedykolwiek korzystałem, Bose NCH700. Tak, link prowadzi do mojego testu sprzed dwóch lat. Ale gdy usłyszałem propozycję: „To może przetestujesz jeszcze Bose?”, od razu zrobiłem minę, jakbym słyszał o nich po raz pierwszy. Nie darowałbym sobie możliwości pobawienia się nimi jeszcze trochę!

Nie tylko flagowiec

Wiem, że ten materiał poświęcony jest flagowemu sprzętowi vivo. Nie mogłem jednak nie wspomnieć choć słowem o drugim urządzeniu tej firmy, które dostaniecie u nas w opisywanej przez Wojtka promocji – vivo V23 5G. Korzystałem z niego przez kilka dni, gdy X80 Pro robił za modela do materiału z nagranymi już moimi kwestiami. V23 to bardzo przyjemny średniak i choć widzę w nim wyraźną – hmmm – inspirację urządzeniami z logo z owocem, nie musi niczego udawać. To sprzęt z własną gadżetową „osobowością”, indywidualista 🙂 O ile dwie kamery do selfie już widziałem, to tyleż samo… lamp podświetlających zdjęcia przednią kamerą widziałem po raz pierwszy! Można sobie zażartować o „selfiaczku” w ciemnym lesie. Ale pamiętajmy, że czasach pracy hybrydowej zdarza się nam się wdzwaniać na spotkanie przy użyciu mobilnych aplikacji. Z bardzo różnych – także ciemnych – miejsc.

Ale dość o średniaku – zobaczcie jakie wrażenie zrobił na mnie flagowy vivo X80 Pro 5G!

Udostępnij: vivo X80 Pro 5G – szybki test

Oferta

Alkomat AlcoForce Prime – test

7 lipca 2022

Alkomat AlcoForce Prime – test

Alkomat AlcoForce Prime to urządzenie przydatne nie tylko kierowcom – świetnie sprawdza się podczas domowych imprez. Któż nie chciałby w twardych liczbach poznać, w jakim stadium zaawansowania jest w trakcie zakrapianego wieczoru? Uzyskany wynik może skłonić do umiaru lub wręcz przeciwnie – do ułańskiej szarży i bicia rekordu w towarzystwie (do czego oczywiście nie zachęcamy).

Zabawa

Gdy odwiedzili mnie znajomi pewnego sobotniego wieczoru i powiedziałem im, że w ten weekend mam przetestować alkomat, wszyscy zareagowali entuzjastycznie. Był to tzw. bifor, więc grupa badawcza miała niezbędne do testu napoje alkoholowe i motywację do ich spożywania. Śmiechom i dmuchaniu w ustnik nie było końca.

Proza życia

O rezultatach towarzyskich pomiarów później, a teraz przerwa na omówienie samego produktu. W pudełku oprócz samego alkomatu znajdują się dwie wymienne końcówki i futerał. Urządzenie jest zasilane dwiema bateriami AAA, które też są w zestawie. Wykonanie alkomatu AlcoForce Prime jest całkiem solidne, a jego połyskująca i minimalistyczna obudowa aż zachęca, by w niego dmuchać.

Sprawdź też test podświetlanego głośnika bezprzewodowego Jednorożec Bigben>>

Obsługa jest bardzo prosta, gdyż do dyspozycji mamy tylko przycisk do włączania. Po jego użyciu na ekranie alkomatu pojawia się licznik pomiarów, a następnie rozpoczyna się kilkusekundowe odliczanie. Bierzemy głęboki wdech i wraz z pojawieniem się znaków CCC wydychamy powietrze do czasu, aż przestaniemy słyszeć sygnał dźwiękowy. Po chwili otrzymujemy wynik naszego pomiaru trzeźwości.

Przytrzymany przez pięć sekund przycisk włączania sprawia, że możemy odczytać trzy ostatnie rezultaty. Po użyciu alkomat wyłącza się automatycznie. Zakres pomiaru wynosi od 0 do 3 promili, a rekalibracja urządzenia jest zalecana co 12 miesięcy lub 600 pomiarów.

Sprawdź akcesoria samochodowe w Orange>>

Efekty zabawy

Trzeba przyznać, że podczas wspólnych pomiarów ze znajomymi, każdy z nas przy swoich kolejnych próbach, jednej pod drugiej, uzyskiwał różne wyniki. Wszystkie wskazywały zgodnie z prawdą na spożycie alkoholu, jednak wahania były spore. Zgodnie z zaleceniem producenta pomiaru należy dokonywać minimum pół godziny po ostatniej dawce alkoholu – my się tej zasady nie trzymaliśmy.

Gdy następnego dnia, po imprezie, sprawdzałem swój stopień upojenia po przebudzeniu, wyniki były bardziej precyzyjne i zbliżone do siebie. Używałem też alkomatu kilkukrotnie zupełnie trzeźwy – za każdym razem na ekranie pojawiało się zero promili. AlcoForce Prime spełnia zatem swoje zadanie – pokazuje, czy jesteśmy trzeźwi, czy nie. Do tego ładnie wygląda i może służyć jako gadżet imprezowo-towarzyski.

Sprawdź alkomat AlcoForce Prime w sklepie Orange>>

Udostępnij: Alkomat AlcoForce Prime – test

Gaming

Testujemy Xbox Cloud Gaming na urządzeniach Apple

16 maja 2022

Testujemy Xbox Cloud Gaming na urządzeniach Apple

Od dłuższego czasu, ze względu na politykę Apple oraz Google,  niektóre gry czy usługi nie mogą mieć aplikacji mobilnej. Głównym powodem jest możliwość opłacania abonamentu lub transakcji wewnętrznych poza sklepami gigantów technologicznych. Taka sytuacja przydarzyła się wydawcy Fortnite, czyli Epic Games, ale na ratunek przybył Microsoft ze swoją usługą streamingową.

Na temat Xbox Cloud Gaming oraz Xbox Game Pass rozpisywałem się w tym artykule. W skrócie to usługa pozwalająca na zdalne granie na smartfonie w wysokobudżetowe gry przeznaczone na konsole oraz komputery osobiste. Twoje ulubione tytuły są na wyciągnięcie ręki wszędzie tam, gdzie masz dostęp do internetu. Swoją drogą usługę możecie opłacać w sklepie Microsoft za pomocą “Płać z Orange”. Dzięki tej funkcji, Twoje zakupy zostaną doliczone do najbliższej faktury od Orange.

Jak zagrać w Fortnite na telefonie

Normalnie, gdy chcemy zagrać w chmurze, pierwszym krokiem jest zaopatrzenie się w abonament Xbox Game Pass Ultimate, który możecie zakupić w sklepie Microsoft za pomocą funkcji “Płać z Orange”. Po tym gdy opłaciłeś już członkostwo programu Xbox Game Pass, na swoim urządzeniu wchodzisz na dedykowaną stronę Xbox Cloud Gaming. Logujesz się, podajesz swoje dane i wybierasz grę, w którą chciałbyś zagrać. Do wyboru jest kilkadziesiąt propozycji, jednakże do wielu z nich potrzebujesz mieć podłączony kontroler bezprzewodowy, lub na kablu. W tym wpisie skupimy się na jednej grze, którą jest Fortnite.

Dzieło studia Epic Games jest dostępne za darmo, bez konieczności pobierania gry, a nawet udziału w programie Game Pass Ultimate. Wystarczy zalogować się na konto Microsoft, połączyć je launcherem Epic Games, a następnie cieszyć się możliwością grania w Fortnite na telefonie.

Po wejściu na Xbox Cloud Gaming, na telefonach oraz tabletach Apple zostaniemy poproszeni o dodanie skrótu na pulpicie. Po kliknięciu ikonki Xbox Cloud Gaming, automatycznie odpali się Launcher gier. Wystarczy ponownie wybrać Fortnite, a następnie kliknąć “Odtwórz”.

Sytuacja wygląda analogicznie na urządzeniach z systemem Android.

Fortnite na Iphone – wrażenia z rozgrywki

Twoje urządzenie nie musi być potężne, abyś mógł cieszyć się z wysokiej jakości rozgrywki. Wystarczy szybkie połączenie internetowe. W przypadku Xbox Cloud Gaming, jest to około 10 Mb/s. To moim zdaniem bardzo niskie wymagania, biorąc pod uwagę, że Światłowód Orange potrafi zapewnić prędkość nawet 1 Gb/s. To nie oznacza, że takie szybkie łącze jest potrzebne. Testując usługę używałem internetu mobilnego i w momencie, w którym znajdowałem się w jednej pozycji, bez przemieszczania się np: w środkach transportu publicznego – gra działała płynnie i bez jakichkolwiek załamań pingu. Największe wyzwanie pojawiało się w momencie w którym poruszałem się bardzo szybko np: w pociągu. Wtedy połączenie z serwerami Microsoftu graniczyło z cudem.

Czy wybierając się w podróż brałem ze sobą pada? Otóż nie! Gra jest przystosowana pod działanie ekranu dotykowego i funkcjonuje to bardzo dobrze. Interfejs graficzny jest bardzo intuicyjny, a korzystanie z celownika nie sprawiło mi problemu. Programiści i designerzy gry, zainicjowali system automatycznego strzelania oraz celowania, a to oznacza, że na urządzeniach mobilnych kontrola nad postacią nie jest tak trudna jak może się to wydawać.

Jeżeli chcecie sprawdzić sami, jak sprawuje się usługa – polecam to zrobić w domu. W tej chwili możecie zadać sobie pytanie – “Ale po co? Przecież w domu mam komputer, albo konsolę”.

Tak. Możesz mieć konsolę w domu, ale wygoda przemieszczania rozgrywki do najbardziej leniwych miejsc w mieszkaniu (np: łóżeczko, albo drugi pokój, gdy telewizor jest zajęty) jest ogromnym atutem.

Udostępnij: Testujemy Xbox Cloud Gaming na urządzeniach Apple

Urządzenia

vivo Y76 – #rzutokiem

13 kwietnia 2022

vivo Y76 – #rzutokiem

Vivo Y76 5G to telefon na który warto spojrzeć, jeśli potrzebujemy urządzenia przyzwoicie wyglądającego, robiącego przyzwoite zdjęcia i przyzwoicie radzącego sobie z większością zadań, stawianych ówczesnym smartfonom.

Kurczę, ten telefon jest taki… zwykły. To pierwsza myśl, która naszła mnie przy wyjmowaniu z pudełka vivo Y76 5G. W standardowej wielkości pudełku znajdziemy – oprócz telefonu 🙂 – szybką 44W ładowarkę, douszne kablowe słuchawki i coraz częstsze w średniopółkowcach miękkie etui.

Obiektywy jak we flagowcu

Obiektywy na dwustopniowej „wyspie”

W średniopółkowcach, takim urządzeniem jest bowiem vivo Y76, rzadko wygląda tak ładnie „część fotograficzna”. Gustowna, podwójna, lekko wyniesiona wysepka, robi super wrażenie, choć godzien naszej uwagi jest przede wszystkim główny obiektyw. To matryca 50 Mpix z autofokusem bazującym na detekcji fazy i – jeszcze kilka lat temu zarezerwowanym dla flagowców – jasnym światłem f/1.8. Domyślnie robi zdjęcia w rozdzielczości 12,5 Mpix, łącząc ze sobą cztery sąsiadujące piksele. Efekt jest bardzo przyjemny, nawet po ciemku, gdy algorytmy pomagają w doświetleniu detali. Nawet przy dłuższym czasie naświetlania nie ma mowy o efekcie drżenia ręki. To również efekt autorskiego systemu, kompensującemu w Vivo Y76 5G niechciane ruchy urządzenia. Nie jest to oczywiście poziom znanego z flagowej serii X gimbala, ale efekt widać – również na filmach (ale na 4K nie liczcie).

A reszta? 2*2 Mpix, standard dla średniej półki – jeden do pomiaru głębi (bardzo ładnie wychodzi bokeh), a drugi do zdjęć makro. No sorry, ale do makro ciężko mi się przekonać. Albo dajemy fajny obiektyw mikroskopowy, które daje wiele możliwości, albo… dajemy trzy obiektywy dlatego, że to zawsze ładniej, niż dwa.

vivo Y76 czyli jeden z wielu

Zestaw sprzedażowy vivo Y76 5G

Część z Was pewnie pomyśli, że ten śródtytuł jest negatywny. A ja odpowiem, że z 5-7 lat temu pewnie też bym go tak interpretował. Tymczasem – może to ja się sta… dojrzewam, ale nie potrzebuję już urządzenia, które krzyczy do świata jakie fajne jest. Smartfon już jakiś czas temu stał się po prostu elementem naszej egzystencji, jak kurtka, buty, słuchawki, czy bilet na komunikację miejską.

A urządzenie ważące 175g, o przekątnej niecałe 6,6”, cieniutkie (<8 mm), na dodatek takie z czytnikiem linii papilarnych w przycisku odblokowania (wystarczy dotknąć go RAZ, a nie stukać jak szalony w ekran, zastanawiając się w jakiej pozycji palec wreszcie odblokuje telefon) to bardzo przyjemny sprzęt. Do tego ekran w proporcjach 20:9 o rozdzielczości Full HD. Gdzie kompromisy? W częstotliwości odświeżania i nienajlepszym wyświetlaczu. W urządzeniach z półki cenowej vivo Y76 5G coraz częściej spotykamy już 120 Hz, a matryca – widywałem lepsze, ale może po prostu rozbisurmaniły mnie Amoledy?

Podsumowanie

Ekran vivo Y76 5G jest bardzo przyjemnym miejscem do oglądania multimediów

Nie ma jednak co przesadnie marudzić! Do oglądania filmów jest fajny, do grania też – chyba, że wrzucimy coś wyjątkowo wymagającego. Wtedy trzeba się liczyć, że może się czasami przyciąć. Co ciekawe, to nie wina procesora (MediaTek Dimensity 700), wspartego stającymi się standardem (o tempora, o mores ? ) na średniej półce 8 GB RAMu. To grafika czasami nie daje rady, ale to już po jakimś czasie aktywności na dużym obciążeniu.

Na co dzień jednak to kolejny smartfon w moim ręku, który po prostu – to pozytywne określenie – daje radę. Jeśli planujemy używać go dużo, warto wyposażyć się w powerbank (np. w sklepie Orange), choć mnie generalnie bateria 4100 mAh do końca dnia wystarczała.

To przyjemny, estetycznie wykonany, nie rzucający się w oczy telefon. Bez ryzyka kupiłbym go dziecku. W ogóle jeśli chodzi o średnią półkę to – przy świadomości ograniczeń rzecz jasna – vivo to pewny strzał. Nawet jeśli nie vivo Y76 to kilka innych, które możecie znaleźć w naszym sklepie.

Udostępnij: vivo Y76 – #rzutokiem

Oferta

TCL 30 SE #rzutokiem

24 marca 2022

TCL 30 SE #rzutokiem

Flagowce… Któż o nich nie marzy? Dla dużej grupy fanów technologii marzenia kończą się jednak po spojrzeniu do portfela. Przecież mówimy o sprzętach nierzadko droższych od używanego miejskiego samochodu!

A wtedy, na biał… Dobra, z koniem to trochę popłynąłem. Po prostu TCL 30 SE to urządzenie za ułamek ceny flagowca, które – przy pewnych kompromisach – okazuje się być całkiem ciekawym telefonem.

Plastic is (całkiem) fantastic

Obudowa, czyli kompromis nr 1. Pytanie jednak, czy tak naprawdę jest na co narzekać? Nie testowałem TCL 30 SE na upadki (dobra, raz – ale to było przypadkiem i z małej wysokości na parkiet!), jednak plastikowa obudowa wydaje się być dość wytrzymała. A że nie jest „elitarna” w dotyku? Bez przesady, to średnia wydajnościowo, a wręcz niska cenowo półka. Nikt tu o aluminium nie marzy. Poza tym ten plastik – zarówno na bokach, jak i z tyłu – jakoś przesadnie nie przeszkadza. Faktycznie łatwo się brudzi i palcuje, ale nie co marudzić.

Co pod plastikiem? Przede wszystkim Helio G25, procesor Mediateka równoważny Snapdragonowi 625. Z przerażeniem myślę, jak mogłem kiedyś korzystać z równoważnych TCL 30 SE nisko/średnio półkowców… Przecież one nie dość, że potrafiły mieć 1-2 GB RAM-u, to jeszcze pracowały na dużo gorzej zoptymalizowanych wersjach Androida. Teraz zestaw Helio G25, 4 GB RAM-u i Android 12 radzi sobie z grami bez większego problemu. Oczywiście w przypadku PUBG Mobile system radził wybór grafiki niższej jakości, sama gra z raz, czy dwa delikatnie „przysnęła”, ale ani razu nie kosztowało to życia mojej postaci.

Nowy Android szybciej, niż we flagowcach

Zastanawiacie się, czy aby nie pomyliłem się, pisząc o systemie w TCL 30 SE? Nie! Wiele flagowców wciąż czeka na najnowszą wersję systemu z robotem, podczas gdy nasz dzisiejszy bohater ma go prosto z pudełka! Co to oznacza dla zwykłego użytkownika? Poza sporą liczbą nowych możliwości graficznych, moją bezpieczniacką duszę raduje totalnie przebudowany panel prywatności. Android pozwala wreszcie, śladem iOS, przydzielać aplikacjom dostęp do szczegółowej bądź ogólnej lokalizacji (nawigacja musi dokładnie wiedzieć, gdzie jesteśmy, ale np. pogoda, czy gra już niekoniecznie). Gdy system udziela aplikacjom uprawnień wrażliwych (lokalizacja, kamera, czy mikrofon) informuje nas o tym ikona w pasku stanu, możemy też uprawnienia odbierać per aplikacja. Do tego wygodne drobnostki, w stylu przewijalnych zrzutów ekranu, czy wbudowanego wreszcie w rdzeń systemu trybu jednoręcznego i natywnego trybu gier.

Czytnik z tyłu? I bardzo dobrze

TCL 30 SE to krok do przodu po testowanym przez mojego syna w minione wakacje TCL 20. To telefony nie wyróżniający się z tłumu, ale w dobrym sensie. Ekran LCD jest całkiem niezły, acz rozdzielczość 720p przy przekątnej nieco ponad 6,5 cala daje rozdzielczość 269 ppi. To czasami widać, acz biorąc pod uwagę cenę – jest to kompromis na który byłbym skłonny pójść. To naprawdę fajny ekran, a dzięki proporcjom 20:9 jest bardziej „kinowy”, co pół roku temu docenił 12-letni tester, spędzający (zbyt) dużo czasu na YouTube. Na pewno w odbiorze materiałów wideo pomaga autorska technologia TCL, NXTVISION.

Oczywiście nie ma mowy o ogromnej tafli szkła i cieniutkich ramkach, ale ponad 82% powierzchni przodu to wciąż bardzo dobry współczynnik, bardzo przyjemnie oglądało mi się filmy np. podczas podróży metrem. Na co dzień jednak nieco przeszkadzał mi gruby „podbródek” na dole. No i skoro mamy matrycę LCD, nie ma mowy o czytniku odcisków palców w ekranie. I wiecie co? To bardzo dobrze. Ja wciąż nie mogę się do nich przekonać i o wiele bardziej wolę odblokowywać telefon z boku albo z tyłu. W przypadku TCL 30 SE mamy do czynienia z tą drugą opcją, a sam czytnik działa bezbłędnie.

Po prostu niezłe zdjęcia

Aparaty w TCL 30 SE to klasyczny „zestaw średniaka” – całkiem dobry główny (50 Mpix, f/1.9, autofokus z detekcją fazy) i dwa 2-megapikselowe, które… cóż, są. Jeden do zdjęć makro, drugi odpowiedzialny za analizę głębi i m.in. bokeh przy zdjęciach portetowych. Rozmycie nawet z przedniej kamery wychodzi całkiem przyzwoicie. Główna natomiast to naprawdę dobry standard na dzisiejsze czasy. Wybaczcie, że nie będę wchodził w szczegóły kolorystyki, flar i innych haseł, które na pamięć mają „wyryte” testerzy.

Nie znam się na tym i znać się nie zamierzam. Ja po prostu nie mam większych uwag do zdjęć z TCL 30 SE, biorąc pod uwagę o jakim sprzęcie mówi. Warto jednak pamiętać, że jak zawsze – z wyjątkiem flagowców – im ciemniej, tym uwag więcej. W tym przypadku jednak, biorąc pod uwagę cenę – nie na tyle wielkich, by jakoś strasznie przeszkadzały. Brakuje faktycznie zooma większego, niż x2, ale one zdarzają się w telefonach z wyższej półki. W sumie to brakuje też 5G, coraz częstszego w telefonach nawet z niskiej półki. Z drugiej strony jednak, choć już przyzwyczaiłem się do „5G” na wyświetlaczu – z prędkością internetu na tanim TCL nie było problemu.

Młodzieży – do TCLi?

Szukając pierwszego telefonu dla dziecka, nie wahałbym się ani chwili nad TCL 30 SE. Wydaje mi się, że podobnie jak w przypadku ubiegłorocznego modelu to właśnie młodzi ludzi będą głównym celem tego smartfona. I to im na pewno przydadzą się też słuchawki TCL MoveAudio S150, które – podobnie jak telefon – na rynku operatorskim dostaniecie tylko w Orange Polska! Jeśli jednak wolicie słuchać muzyki przewodowo – żaden problem, TCL 30 SE ma też gniazdo mini-jack. Bateria 5000 mAh pozwoli na sporo słuchania, ale na jej ładowanie trzeba zarezerwować nieco więcej czasu – obsługuje bowiem maksymalnie 15 watów. W sam raz na podpięcie wieczorem po pełnym aktywności dniu! Nieźle się nam rozwinęła ta niższa półka przez lata.

Udostępnij: TCL 30 SE #rzutokiem

Dodano do koszyka.

zamknij
informacje o cookies - Na naszej stronie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z orange.pl bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza,
że pliki cookies będą zamieszczane w Twoim urządzeniu. dowiedz się więcej