Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (34)

25 grudnia 2020

Co w gadżetach piszczy (34)

Jak tam święta w nowych, pandemicznych realiach? Mam nadzieję, że jest dobrze, daliście radę, a Wy i Wasi bliscy, czujecie się dobrze. Ja nie powiem Wam, jak było u mnie, bo… piszę ten tekst w przeddzień Wigilii. U mnie też trzeba będzie poświęcić trochę czasu na świąteczne przygotowania!

Dobra, my tu gadu gadu, a jakie gadżety dziś nas czekają? Jeden, który – po części – pomoże zabrać naszą muzykę (lub ciszę) wszędzie, gdzie chcemy, drugi wywołał we mnie mieszane uczucia, zaś trzeci… Cóż, na to, by trzeci wykorzystać w pełni, poczekam do wiosny (ale testowałem zanim zrobiło się zimno 🙂 ).

Jabra Elite Active 75t – Jestę fanboję

W sumie to trochę mi głupio. Fanbojem małych dousznych Jabr jestem od premiery debiutanckiego modelu tej linii 65t, tymczasem nie przypominam sobie, bym publikował ich test na łamach Bloga? Kurczę, a może był? Nic to, co się odwlecze to nie uciecze, tym bardziej, że z ich następcą, 75t Active, mam do czynienia od ich premiery, a test kilkumiesięczny można określić mianem długoterminowego.

Na początek mały disclaimer. Nie jestem wielkim fanem muzyki. Tzn. lubię sobie jej posłuchać, w bardzo różnych rodzajach, ale nigdy nie było tak, bym bez muzyki nie mógł żyć. Słuchawki więc służą mi nie tylko do Spotify, ale i do grania, czy oglądania filmów/seriali. No i rozmów telefonicznych, rzecz jasna.

I właśnie od tego ostatniego zacznę, bo tu okazały się najbardziej funkcjonalne. Zawsze trzymam je w pudełku w kieszeni, w momencie, gdy zadzwoni sparowany uprzednio telefon, wyciągam je z pudełka, wkładam do uszu, a one się uruchamiają, łączą i automatycznie odbierają rozmowę. Brak konieczności jakiejkolwiek dodatkowej interakcji znacząco oszczędza czas.

Uwielbiam te słuchawki, bo nie ma się w nich do czego przyczepić. Mieszczą się w kieszeni, wystarczają na przeszło 20 godzin słuchania (oczywiście doładowując w etui), korzysta się z nich mega intuicyjnie. Nie wypadają z uszu (a testowałem je w chwilami ekstremalnych warunkach), można w nich rozmawiać pod prysznicem. Na dźwięku się przesadnie nie znam, mam słuch muzyczny III stopnia (nie gra, gra ładnie, gra brzydko). W przypadku Jabr jest to zdecydowanie poziom III. Pewnie też dzięki temu, że w każdej słuchawce mamy aż cztery mikrofony, odpowiedzialne właśnie za czystość generowanego dźwięku.

No i jeszcze jedno. Gdy jakiś czas temu przeczytałem, że nowy model Jabr Elite, 85t, będzie miał wbudowaną redukcję szumów (ANC) – zaświeciły mi się nań oczka. Ale 75t dostały ANC w ramach aktualizacji oprogramowania – zaktywizował się inny element anatomii twarzy, opadła mi szczęka 🙂

Jeśli będziecie kupować 75t, zwróćcie uwagę, czy to nowsza edycja – poznacie po logo bezprzewodowego ładowania na etui. Mnie się przydaje, koło home-office’owego komputera mam płytkę indukcyjną.

Motorola Moto G Pro – Rysik? Ale po co?

„Rysik w telefonie? A po co to komu?”. W zasadzie ta myśl towarzyszy mi od pierwszego Samsunga Note z tym – hmmm – ułatwieniem. Mając „na rozkładzie” chyba wszystkie Note’y jestem w stanie zrozumieć tych, którzy z tego powodu kupują nadflagowce Koreańczyków. Kilka tygodni z Motorolą G Pro dowiodły jak dla mnie jednak, że nie zawsze to co dobre u jednych, u drugich okaże się równie przydatne.

Zacznijmy jednak od tego, że Motorola G Pro to kolejny przedstawiciel stylu „przyzwoity smartfon ze średniej półki”. Nowe wypusty amerykańskiej marki pod chińskim (Lenovo) właścicielstwem to jak dla mnie jedne z najładniejszych urządzeń w ostatnich latach. Zgrabna funkcjonalna bryła, wytrzymała (wiem, co mówię…) obudowa, mieniące się różnymi odcieniami plecki (kolor Mystic Indigo w G Pro jest bardzo ładny) – to średniak, którego na pewno nie trzeba się wstydzić.

Nie zawodzą aparaty. Główna jednostka, 48 Mpix Quad Pixel ze światłem f/1.7 i podwójnym autofocusem (detekcja fazy+laser) robi naprawdę przyzwoite zdjęcia. Drugi, szerokokątny obiektyw dokłada lepszą perspektywę. Trzeci? Hmmm. Jest. Ciekawy i wyjątkowy jest interfejs aparaty przy kręceniu filmów. Do tego obsługa szybkiego WiFi, czytnik odcisków na pleckach (nie mogę się przekonać do ekranowych), mocna 4-amperogodzinowa bateria i „goły” Android. Tylko przyklasnąć.

Oszczędności? Pewnie znaleźliby się tacy, którzy narzekaliby na ekran IPS LCD, ale bez przesady – to jednak telefon z tych tańszych. Ciężej jest mi pogodzić się ze Snapdragonem 665 i 4GB RAMu. To za mało i to niestety się czuje przy nieco bardziej wymagających zadaniach. To nie jest telefon dla power-usera.

No i rysik. Fajnie, że jest, ale na tej zasadzie można by taki element dołożyć do każdego innego telefonu. O ile w Note’ach rysik to element komplementarnego interfejsu urządzenia, w Motoroli G Pro po prostu… jest. Nie idzie za tym przemyślane dostosowanie oprogramowania i danie użytkownikowi do ręki narzędzi, które pomogłyby ten element specjalnie wykorzystać. Inna rzecz, że nawet gdy nie bierzemy pod uwagę rysika, cena i tak wydaje się być wystarczająco przyzwoita.

Co prawda akurat Moto G Pro nie mamy, w naszym e-sklepie znajdziecie sporo innych smartfonów Motoroli, na które warto zwrócić uwagę.

Abus 770A SmartX – Najlepszy strażnik roweru

Uwielbiam urządzenia internetu rzeczy. Komputer, smartfon, nawet słuchawki – to gadżety, które mógłbym określić mianem „oczywistych”. Są, jesteśmy przyzwyczajeni, używamy ich. Ale inteligentne… zapięcie do roweru? Wiecie, że musiałem tego spróbować, prawda? 🙂

Hej, rowerzyści, jak często zdarzyło się Wam zgubić kluczyk od zapięcia? Albo zapomnieć z domu? Albo zobaczyć, że wstawiliście rower w tak pustym miejscu, że ktoś był uprzejmy rozwiercić zapięcie? A jak często zapominacie z domu smartfona? No właśnie.

Abus 770A SmartX do działania potrzebuje wyłącznie smartfona (w sumie przydałby mu się jeszcze rower, ale jak chcecie, to można go przypiąć po prostu do płotu 🙂 ). Nie ma w nim miejsca na kluczyk, jedynie gniazdo USB-C do ładowania. Uruchamiając zabezpieczenie po raz pierwszy musimy sparować je z aplikacją w smartfonie. Wszystko jest przemyślane, nie ma możliwości, że złodziej przyjdzie i sparuje ze swoim – w tym celu potrzebujemy specjalnej karty z kodem QR, którą skanujemy aplikacją. Potem już możemy się poczuć jak w nowoczesnej limuzynie – zapięcie może się odblokowywać, gdy zbliżymy się w jego zasięg (uprzednio ustawiony w aplikacji). Ja wolę jednak odblokowywanie ręczne, bowiem nie mogę się pozbyć wrażenie, że nagle GPS przekieruje mnie na chwilę obok roweru, zapięcie się rozłączy i część bazowa, wyjątkowo ciężka, siłą grawitacji zsunie się i zostawi mojego aluminiowego rumaka odbezpieczonego.

Część bazowa nie bez przyczyny jest tak ciężka. Zawiera bowiem system wykrywający wstrząsy w trzech wymiarach. Ruch powoduje uruchomienie prealarmu, mającego kilkoma szybkimi piskami odebrać złodziejowi chęci kradzieży roweru. Jeśli nie da się przekonać – włączy wyjący przez 15 sekund 100-decybelowy alarm. Jeśli on też nie pomoże – pozostaje specjalna hartowana stal, z której całe urządzenie jest skonstruowane. Nie próbowałem jej piłować, ale mam wrażenie, że nadeszłyby kolejne święta Bożego Narodzenia, a ja jeszcze bym to robił.

To nie są tanie rzeczy, ale przyznam Wam, że nawet do mojego nie najdroższego roweru nie wyobrażam sobie innego zapięcia. Nie tylko dlatego, że jestem największym gadżeciarzem jakiego znam :), a ze SmartX 700 korzysta się intuicyjnie. Przede wszystkim jednak dlatego, że to pierwsze zapięcie, pod pieczą którego nie boję się zostawić mojego roweru. A to uczucie nie ma ceny.

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (34)

Urządzenia

Testujemy LG Wing

21 grudnia 2020

Testujemy LG Wing

„Co też oni w tym LG za dziwactwo wymyślili!” – gdy zobaczyłem po raz pierwszy LG Wing, wybuchnąłem śmiechem. Gdy kilka tygodni później trafił w moje ręce, spodobał mi się tak, że przejął rolę mojego pierwszego telefonu i nie zanosi się na to, by szybko ją oddał.

Grubasek 🙂

„Nie no, natury się nie da oszukać!” – mawiał grany przez Jerzego Stuhra Maksymilian Paradys w mojej ukochanej „Seksmisji”. Jeśli ktoś Wam powie, że LG Wing to mały, smukły i zgrabny telefonik, upewnijcie się do jakości jego zmysłów (ewentualnie, czy na pewno myślicie o tym samym telefonie). Wing jest najnormalniej w świecie gruby (może dlatego tak dobrze czujemy się razem? 🙂 ) i ciężki. Prawie 1,1 cm i 260 gramów to wartości niespotykane w dzisiejszych czasach. Ale tak naprawdę widzę tu jeden minus – nie podłączę Winga do pilota od mojego drona. Cała reszta to kwestia przyzwyczajenia. Tym bardziej, że pozostałe rozmiary – 17 cm wysokości, 7,5 szerokości – od standardów już nie odbiegają. Aha, i sorry, że tu akurat zabrakło GIFa z unboxingu – dostałem egzemplarz niesprzedażowy, bez pudełka.

T jak Telefon

Czyli na pierwszy rzut oka telefon jak każdy inny – tylko trochę grubszy. Wszystko się jednak zmienia, gdy jego dolny brzeg przesuniemy zdecydowanie w lewo…

LG Wing w formie rozłożonej przypomina literę T

I Brzydkie Kaczątko stało się łabędziem! Sami przyznacie, że czegoś takiego jeszcze nie było. Obok głównego, 6,8-calowego P-OLEDa, który nagle z pionowego staje się poziomym, pojawia się drugi, kwadratowy G-OLED o przekątnej 3,9”. Komórkowy multitasking w totalnie nowej odsłonie. Wiem, brzmi jak kiepskie hasło marketingowe. Ale po opisanym na wstępie wybuchu śmiechu, gdy później dostałem LG Wing do rąk i spędziłem z nim trochę czasu…

No bo kurczę, sami pomyślcie. Często korzystacie z opcji dzielenia ekranu na dwie aplikacje? Ja na początku próbowałem, gdy taka możliwość się pojawiła, jako ciekawostkę. Dlaczego? Bo nie było to absolutnie intuicyjne. A tutaj jest, bo w zasadzie funkcjonalnie mamy dwa telefony, „przyczepione” do siebie.

Mapy plus jeszcze coś

Ja zacznę niestandardowo, o możliwościach filmowych, na które nacisk kładzie producent, będzie później. Ja „podwójność” LG Wing wykorzystuję przede wszystkim w samochodzie, głównie jako dodatek do nawigacji. Znam moje miasto, wiem, jak dotrzeć w różne miejsca :), jednak Google Maps pomagają mi często uniknąć nieplanowanego wpadnięcia w korek. Zazwyczaj zajmują większy ekran, wtedy na dole mogę np. stojąc na światłach odpowiadać na SMSy/Messengera, czy (trochę się zawstydziłem, ale generalnie jestem z Wami szczery) złapać szybko Pokemona, albo zakręcić pokestopem.

Nawigacja „spada” natomiast na dół, gdy jadąc autem muszę wziąć udział w telekonferencji, bądź po odwiezieniu synów w niedzielny wieczór wracam do domu, rzucając w bezpieczniejszych momentach okiem na trwające mecze NFL. Warto zaznaczyć, że nie każda aplikacja zadziała dobrze w kwadratowym okienku, domyślnie tylko część ma tę możliwość, ale możemy „na złość mamie odmrozić sobie uszy” i odhaczyć dowolną z nich. Mnie jeszcze nie zdarzyło się, by któraś na mniejszym ekranie nie chciała zadziałać.

Więcej możliwości multitaskingu to też np. oglądanie filmu i czatowanie z partnerem, jakie zakupy zrobić po drodze do domu (tak, przed pandemią jeździło się komunikacją miejską, pamiętacie jeszcze?). Albo dużo łatwiejsze oglądanie Youtube’a, gdy na małym ekranie pokazuje się rozbudowany panel obsługi. Wreszcie przeglądanie zdjęć, gdy na jednym ekranie widzimy „karuzelę”, zaś na drugim oglądane aktualnie ujęcie. No i pisanie SMSów, z treścią na małym ekranie, a klawiaturą na wielkim. Dobra, to akurat dla mnie intuicyjne nie było, ale się da 🙂

W ogóle LG Wing to pierwszy testowany przeze mnie telefon, który w formie poziomej można włożyć do… pionowego uchwytu samochodowego. Dolna „baza” bez problemu utrzymuje się w uchwycie, a rozłożona górna część stabilizuje telefon.

Gimbal… bez gimbala

Dobra, przecież i tak wiem, że czekacie na część o kamerach 🙂 Ale na początek pomarudzę, bo w Wing, jak w każdym LG, brakuje mi porządnego zoomu. Choć to właśnie „eldżiki” jako pierwsi wprowadzili do telefonu drugi, szerokokątny obiektyw, wciąż, by zbliżyć widok bardziej, niż dwukrotnie, musimy to robić po pierwsze „szczypiąc” ekran, po drugie zaś – cyfrowo.

LG Wing w trybie gimbala

Ale to tylko takie moje marudzenie, bo naprawdę jest dobrze, szczególnie biorąc pod uwagę „tryb T”. Po rozłożeniu telefonu dostajemy bowiem do dyspozycji urządzenie z… gimbalem. Programowym rzecz jasna, z tylnej części obudowy nie wyłażą patyki, czym pająk z horroru, tym niemniej jakość kręconego w ten sposób materiału jest absolutnie na poziomie średniopółkowych fizycznych gimbali. Minus – oczywisty, gimbal bez „patyka” nie będzie selfie stickiem. Plus – równie oczywisty, który zrozumieją ci, którzy trzymali przez 10 minut ciężki telefon na wysięgniku.

Aparaty LG Wing:

64 MP, f/1.8, 25mm, 1/1.72″, 0.8µm, PDAF, OIS
13 MP, f/1.9, 117˚, 1/3.4″, 1.0µm
12 MP, f/2.2, 120˚, 1/2.55″, 1.4µm

W trybie gimbala mamy możliwości ustawienia opcji: „Pierwszy plan”, „Śledzenie panoramiczne” oraz „Obserwowane” a także blokady na obiekt. I pewność, że nie zrobimy przypadkiem pionowego wideo, którego nie da się oglądać 😉 Warto jednak zapamiętać, że z rozłożonym telefonem uruchomiwszy kamerę nie zrobimy… zdjęcia. Rozłożony telefon + włączona aplikacja aparatu = jedynie możliwość kręcenia filmów.

Możemy za to robić film na dwie kamery naraz, co docenią rodzice małych dzieci (i tu znacząco się uśmiecham 🙂 ). Możliwości są trzy – albo dzielimy ekran na pół, albo obraz z przedniej kamery „wjeżdża” w małym okienku, bądź też kręcimy dwa oddzielne filmy, a montujemy sobie potem. Np. korzystając z LG Creators Kit.

No i wysepka z aparatami wygląda bardzo gustownie, nie sądzicie? Mogę tylko pozdrowić pewną konkurencyjną firmę ;), której – czego nie ukrywałem w moim teście – ten aspekt „nie do końca wyszedł”. Aha, a jeśli nie widzicie na zdjęciach kamerki do selfie, to… dobrze. Jest schowana i jeśli trzeba jej użyć, to szybciutko się wysuwa. Mnie się to podoba. Aha, i ma światło f/1.9, dość rzadko spotykane w selfie-camach.

Wysepka z aparatami w LG Wing wygląda gustownie i nienachalnie

200 tysięcy „T”

A jak to działa na co dzień? Mam wrażenie, że za każdy razem zadaję tu takie pytanie, ale przecież tak naprawdę o to w testowanych smartfonach chodzi. Pierwsze pytanie, które zadawał mi praktycznie każdy, widząc LG Wing, brzmiało… Jak sądzicie? Oczywiście: „A czy te zawiasy się nie wyrobią”. Producenci twierdzą, że testy wykazały, iż 200 tysięcy rozłożeń w żaden sposób nie wpływa na jakość połączenia między elementami telefonu. Aż tyle podczas miesiąca używania go nie rozkładałem, ale jestem w stanie uwierzyć, że to jest nawet mocne niedoszacowanie. Mechanizmy nie jest też zbyt luźny. Przez przeszło miesiąc tylko raz się zdarzyła sytuacja, gdy ruszył się wbrew mojej woli – grałem wtedy w Pokemon Go i chyba zbyt dynamicznie kręciłem Pokeballem 🙂

Nie udało mi się też telefonu zalać (korzystałem na deszczu, na wszelki wypadek nie myłem 🙂 ). Zadrapać dolnego ekranu też nie. Na plażę nie chodziłem ale w domu różne rzeczy mogą się zdarzyć. To zasługa certyfikatu odporności IP54.

Kilka razy nawet mi upadł. Nie rzucałem nim o ziemię tak jak kiedyś V10 (miałem wtedy zgodę 🙂 ), ale z kanapy się zsuwał, mój puls znacząco przyspieszał… do momentu, gdy okazało się, że nie ma żadnej rysy. Odporność zgodna ze standardem MIL-STD-810G pozwalałaby pewnie grać nim w hokeja na korytarzu. Sorry, ale za bardzo mi się podoba, żeby to próbować.

Na pokładzie (prawie) wszystko

Gdybym się chciał czepnąć, to w zasadzie znalazłbym jedno. Dlaczego nie możliwości odblokowania telefonu twarzą? Ja wiem, że to nie jest tak do końca bezpieczne, że kiedyś można było podstawić po prostu zdjęcie (teraz już tak łatwo nie jest), ale… kurczę, uświadomcie mnie o ryzyku i po prostu pozwólcie to zrobić. I tak nie wypuszczam telefonu z ręki/kieszeni, a twarzą odblokowuję go od razu, podczas, gdy czujnik odcisków nie zawsze daje radę za pierwszym razem.

„Pod maską” LG Wing:
Snapdragon 765G (7 nm):
1×2.4 GHz Kryo 475 Prime,
1×2.2 GHz Kryo 475 Gold,
6×1.8 GHz Kryo 475 Silver)
Grafika: Adreno 620
8 GB RAM

Cała reszta, mimo braku topowego procesora, absolutnie daje radę, a zaręczam, że wymagań nie mam niskich. PUBG działało, asystent gier nie pozwalał, by podczas walki ekran zasłaniały powiadomienia z komunikatora. Jeśli się nań przełączałem, to bez problemu wracałem do gry. W ogóle nie spotkałem się z sytuacją, by system zabił bez mojej woli aplikację, do której wcześniej, czy później potrzebowałem wrócić. P-OLED 1080×2460 z zagęszczeniem 395 pikseli na cal robi obłędne wrażenie. WLAN radzi sobie z najnowszymi standardami WiFi, systemy GPS obsługuje 4 (ale to już coraz częściej standard), muzyki przez słuchawki z mini-jackiem nie posłuchamy, za to 4-amperogodzinową baterię, która bez problemów wytrzyma cały dzień, naładujemy zarówno ładowarką w standardzie QC 4.0+, jak też indukcyjną. No i ma 5G, ale do tego przyzwyczaiłem się już na tyle, że jest dla mnie oczywiste.

LG Wing i… nie tylko

Myślę, że na dłuższy czas LG Wing zostanie moim głównym telefonem, a to chyba nie jest zła rekomendacja? Wy na gwiazdkę możecie już nie zdążyć (choć może jeśli się pospieszycie? 🙂 ), ale Mikołaj dał Wam trochę więcej czasu. Do 15.01 kupując LG Wing w naszym salonie albo w e-sklepie dostaniecie nie tylko świetny telefon w fajnej cenie, ale jeszcze dodatkowo trafią do Was słuchawki LG Tone Free FN6, głośnik XBOOM Go PL2 oraz ważny rok voucher na naprawę obu wyświetlaczy.

Brzmi jak niegłupi deal, co? 😉

Udostępnij: Testujemy LG Wing

Oferta

Konkurs – test z Orange Love

19 grudnia 2020

Konkurs – test z Orange Love

Pokochaliście już Orane Love, a teraz zróbcie nasz prosty test i sprawdźcie, co dla Was dokładnie oznacza miłość. Poza fajną zabawą – do wygrania atrakcyjne nagrody!

 

Miłosny test

Mamy dla Was niespodziankę. Zajrzyjcie na specjalną zakładkę www.orange.pl/quizlove i rozwiążcie quiz – 5 pytań o miłości. Wszystko jest przygotowane w lekkiej i humorystycznej formie. Możecie też przejść przez test razem z Waszymi ukochanymi. Zobaczcie, co wyjdzie i sprawdźcie Waszą charakterystykę, która pokaże się po odpowiedzi na ostatnie pytanie. Rozwiązanie quizu będzie też idealną podpowiedzią – jaki pakiet usług Orange Love pasuje do każdego z Was.

Dodatkowo, jeśli odpowiecie na pytanie: co oznacza wieczór w stylu LOVE, możecie wygrać aż 200 kart prezentowych do Empiku! Na prezenty dla osób, które kochamy lub po prostu dla siebie. Ciekawe, czy wśród naszych czytelników i klientów są raczej sentymentalni romantycy, a może spontaniczni i szaleni zakochani?

 

Łączy nas love

Orange Love to aż 4 pakiety do wyboru: Mini (pakiet złożony z abonamentu komórkowego i internetu domowego) oraz Standard, Extra i Premium (w skład tych pakietów wchodzą aż 4 usługi: abonament komórkowy, internet domowy, telewizja z bogatą ofertą kanałów – w zależności od rodzaju pakietu oraz telefon stacjonarny).

Dlaczego kochamy Orange Love? Bo każdy bez trudu znajdzie pakiet usług dopasowany do własnych potrzeb i upodobań. Można rozszerzać swój pakiet, dodawać kolejne opcje, jak np. abonament komórkowy dla swoich bliskich. Wszystko w ramach jednej umowy. Dlatego Love łączy usługi i ludzi. Dodatkowo jest jeden rachunek, umowa oraz jeden punkt kontaktu. Kompleksowo, tanio, szybko i wygodnie. Kochamy to.

Kliknijcie tutaj i sprawdźcie wszystkie szczegóły naszej zabawy.

 

 

 

 

Udostępnij: Konkurs – test z Orange Love

Urządzenia

Testujemy – Nokia 8.3 5G

24 listopada 2020

Testujemy – Nokia 8.3 5G

Pamiętacie swój pierwszy telefon? Moim była Nokia 1610. Legenda 🙂 Przez pierwszy, długi okres mojej fascynacji mobilną telefonią byłem wierny fińskiej marce, mając nawet okazję pracy na legendarnej 6310. Potem pojawiła się era smartfonów i Nokia… cóż, mocno się przeliczyła. Jakiś czas temu wróciła, ale tylko na rynek, bo na powrót do starej pozycji dawno już nie ma szans. Ale składać broni nie zamierza, bowiem jej najnowszy model, Nokia 8.3 5G przygarnął do swojego arsenału gadżetów Bond. James Bond.

Nowa broń Agenta 007? 🙂

Tak jak Bond jest wielką gwiazdą, seria filmów o nim wielką marką, tak Nokia 8.3 5G jest wielkim telefonem. Wielkim dosłownie, co widać już na pierwszy rzut oka. Nie wiem, skąd ta masywność, to przecież ekran 6,8” to nie jest w dzisiejszych czasach jakieś szaleństwo, jednak wymiary (w centymetrach) 17,2×7,9×0,9 i masa 220g powodują, że nawet dla mnie wydaje się za wielki. A może to taki plan był? Żeby Bond mógł dać nim komuś w łeb, tak, żeby wróg stracił przytomność? 🙂

Nokia 8.3 5G widok z tyłu

Trzeba jednak przyznać, że ładny jest. W tylnej ściance odbite światło pięknie się mieni na niebiesko, a kółko z firmowanymi przez Zeissa obiektywami to jak dla mnie jeden z najgustowniejszych sposób poradzenia sobie z optyką na tylnej ścianie smartfona. Aparaty wyglądają naprawdę ładnie…

Kolejnego Bonda kręcimy Nokią?

…a jakie robią zdjęcia? Tu Was zaskoczę. O zdjęciach będzie później, zacznę od… filmów. Przypadkiem, przeglądając opcje aparatu, wpadłem na opcję „kino”. Ustawiwszy ją nakręciłem krótkie wideo, po czym o nim zapomniałem. Kilka dni później odpaliłem i szczęka trochę opadła. No bo przecież każde dziecko wie, że im więcej FPS tym lepiej, prawda? W grze może tak, ale jeśli kręcimy filmik, to na ekranie, smartfona, czy telewizora, to polecam 24 klateczki. Nie uwierzyłbym póki bym nie zobaczył, że już wydawać by się mogło głupia zmiana FPSów powoduje, że film zaczyna wyglądać kinowo.

Mam wrażenie, że Nokia 8.3 5G to kolejny smartfon, którym spokojnie można by nakręcić film, czy teledysk. Mam wrażenie, że zerknięcie na listę profesjonalnych opcji w trybie kino spowodowałoby, że nawet fachowcom zaświeciłyby się oczy. Czyli jak, nowy Bond kręcony Nokią? Trochę żartuję, ale gdyby tak ze dwie prostsze sceny nakręcili smartfonem, to ciekawe, czy ktoś odczułby różnicę?

A jak z optyką? Główny aparat 64 Mpix, światło f/1.9 i autofokus z detekcją fazy, 12-megapikselowy ultraszeroki (f/2.2, 120˚), dodatkowy dwa „oczka” 2 Mpix – ToF (pomiar głębokości sceny) i makro. Do selfie 24 Mpix, który mimo światła f/2.0 całkiem ładnie daje sobie radę w pomieszczeniu przy niedużym sztucznym oświetleniu.

Na ekranie jak w kinie

A jak to wygląda na ekranie telefonu? Na pewno znajdą się tacy, którzy będą narzekać, że ekran „tylko Full HD”. Też chciałem trochę ponarzekać, gdy zobaczyłem specyfikację matrycy, ale… kurczę, ilu z Was miało/ma telefon z wyższą rozdzielczością? A spośród tych, którzy mają – kto widzi różnicę? Większą różnicę widać w częstotliwości odświeżania – gdy przyzwyczaicie się do 90-120Hz, powrót do 60 może być… Cóż, bolesny może nie, bardziej użyłbym określenia „odczuwalny”.

Netflix na Nokii 8.3 5G bardzo dobrze pokazuje możliwości ekranu telefonu

Od czasów wejścia pierwszych smartfonów o proporcjach ekranu 20/21:9 wpadłem po uszy w kinowy format na kieszon… – no dobra, to prawie 7 cali 😉 – mniejszym od tabletu urządzeniu. Nokia 8.3 5G to dodatkowo tryb Pure Display, poprawiający jakość prezentowanego obrazu. Jak? Upscale’ując każde wideo do HDR, poprawiając jakość obrazów i automatycznie dostosowując jakość obrazu do warunków zewnętrznych. Efekt? Wiecie, że nie wyciągnę wam nagle wyników serii specjalistycznych badań, prawda? 🙂 Ale mogę powiedzieć, że bardzo przyjemnie ogląda się filmy i seriale na „bondowej”, a Pure Display niejako kompensuje fakt, iż mamy do czynienia z matrycą IPS, a nie wciskanym do każdego nie-tylko-flagowca Amoledem.

Update prosto z pudełka

Po „reboocie” marki i zakończeniu w mojej opinii całkiem owocnego romansu z mobilnym Windowsem Nokie trafiły do programu Android One. O tym jak poważnie Google podchodzi do wyzwania aktualizacji należących do niego smartfonów, przekonałem się po pierwszym uruchomieniu mojej testowej 8.3. Pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, gdy telefon po wyjęciu z pudełka… od razu ściągał update oprogramowania. Wow. No i Nokia = „surowy” Android, do tego stopnia, że nawet aplikację z widżetem pogody musiałem ściągnąć. Czy mi to przeszkadzało? W życiu. Nie dość, że mogę wybrać taką, jaką chcę, to przede wszystkim nie mam wrzuconego żadnego bloatware’u. Współpraca z Google to też dedykowany przycisk do Asystenta. Są ludzie, którym to przeszkadza – mnie akurat nie. Często korzystam z Google Assistanta, i zamiast „okejguglować” wolę po prostu wcisnąć intuicyjnie umieszczony, z lewej strony pośrodku, guzik.

Nokia 8.3 szybka jak Aston Martin

„Bebechy” Nokii 8.3 wydają się stać co najmniej krok za flagowcami konkurencji. Nie starczyłoby mi palców u rąk i nóg na sarkających, że „tylko Snapdragon 765”. Iii tam. Nokia 8.3 to kolejny przykład na to, że topowe procesory są – używając korporacyjnego języka – „nice to have”, a nie „must have”. Ten telefon naprawdę działa na jednostce, która średnią półkę wydaje się mieć tylko w nazwie. Na pewno pomaga 8 GB RAMu, nie przeszkadza też dobrze zoptymalizowany system operacyjny. Wymagające gry, aplikacje biurowe, filmy, seriale – wszystko śmiga niczym Bondowski Aston Martin DBS Superleggera.

Nawet radia FM można posłuchać (są jeszcze tacy), a słuchawki wpiąć w gniazdo jack (!). Odciskiem palca odblokujemy telefon, dotykając przycisku na lewej ściance. Tak tak – Nokia 8.3 5G z racji matrycy IPS, a nie Amoled, nie ma czujnika w ekranie. I przyznam Wam szczerze, że ja nie narzekam. Ostatnio czujniki w ekranie raczej mnie irytowały, a tutaj wystarczy dotknąć palcem raz i sprawa załatwiona.

Nie będę Wam jednak wciskał, że Nokia 8.3 to telefon idealny. Dla wielu naprawdę może być zbyt duży. Znajdą się tacy, którzy krytykują brak certyfikatu odporności na wodę (w lekkim deszczu go używałem, było ok). Jeśli chcecie słuchać z telefonu muzyki to – well – wybierzcie inny, albo dokupcie głośnik. Tu macie słaby bzyczek mono, brzmiący jakbyśmy słuchali muzyki przez telef… Hej, w sumie to prawda, co nie?

Bateria 4,5 amperogodziny to ponad obecny rynkowy standard i bez problemu starcza do końca dnia, acz na przesadnie szybkie ładowanie bym nie liczył. Nokia 8.3 przyjmie maksymalnie 18 watów, ale to w sumie nie jest wielki problem, skoro i tak podpinamy ją na noc.

Bond już ją ma, a komu jeszcze się przyda?

Zawsze pod koniec tekstu staram się odpowiedzieć na pytanie komu przyda się testowany telefon i coraz częściej mam z tym problem. Smartfonów pojawia się na rynku tak dużo, z tak różnymi możliwościami, że w zasadzie ciężko je zaszufladkować. Niemal siedmiocalowy ekran jak dla mnie sprawia, że Nokia 8.3 5G powinna być traktowana jak telefon biurowo/biznesowy, bądź multimedialny. Masywny, nie robiący wrażenia zabawki, pozwalający – przy dobrym wzroku – nawet na pracę na arkuszu kalkulacyjnym, a wieczorem na obejrzenie odcinka serialu (HDR10 gorąco, czy raczej kolorowo, pozdrawia). No i te filmy w 24 FPS… Marzy mi się zobaczenie nakręconej tym smartfonem choćby filmowej etiudy.

Jeśli Wam też się marzy czas z Nokią 8.3 5G, zajrzyjcie do naszego sklepu. Dostaniecie ją tam dodatkowo ze słuchawkami Earbuds BH405. Jestem fanem małych słuchawek dousznych, za moje Jabry 75t Active dałbym się pokrajać 🙂 Pudełko na Earbudsy jest nieco większe, ale wyposażone w przydatny wskaźnik poziom naładowania. Uwierzcie mi, z tak dużym telefonem słuchawki się przydadzą 😉 No i skorzystacie z #Hello5G!

Udostępnij: Testujemy – Nokia 8.3 5G

Urządzenia

Testujemy Xiaomi Mi 10T Pro 5G

12 listopada 2020

Testujemy Xiaomi Mi 10T Pro 5G

Kolejny tydzień – kolejny smartfon na rynku! Nie macie czasami wrażenia, że jest tego za dużo? Niezły początek jak na recenzję u operatora komórkowego, co? 😉 Trochę żartuję, bo akurat Xiaomi Mi 10T Pro 5G (ufff, powiedzcie to dwa razy na jednym wydechu) jest już na rynku od pewnego czasu. Kilka chińskich firm już od jakiegoś czasu próbuje przekonać nas do tego, że zbudowany w Europie przez lata duopol Samsung-Apple powinien – niczym Kartagina ustami Katona Starszego – zostać zniszczony.

Dobra, on już dawno nie istnieje. Huawei już od dawna skacze sobie między stopniami podium, a inni producenci z Państwa Środka co i raz udowadniają, że im też należy się spory kawałek tego tortu. Mi 10T Pro 5G na pewno nie przeszkodzi Xiaomi w zwiększonej konsumpcji. Nawet mimo kilku uwag, które mam do nowego topowego (niecałe pół roku temu testowałem „zwykłe” Mi 10, bez dodatkowych zwrotów w nazwie) telefonu Chińczyków.

Aparaty obudowane telefonem

Dobra, ciężko się nie zgodzić 🙂 Podobno wysepka z aparatami w Mi 10T Pro 5G wystąpiła o status odrębnego państwa w ON… tzn. podobno jest większa, niż ta w Samsungu Note 20 Pro :), ale mi jakoś nie przeszkadza. Serio – nie wywołuje we mnie tak wielkiego dysonansu ja ta opisana wcześniej.

A jak ze zdjęciami? Generalnie standardowo, jak w każdym topowym smartfonie. Walka na megapiksele na razie się zatrzymała na 108 Mpix, ale domyślnie robimy je w trybie 25 Mpix. Co to oznacza? To, z czterech pikseli „robi się” jeden, o ogromnym jak na mobilną fotografię rozmiarze 1.6 µm. W dzień jest znakomicie, w nocy – jeśli nie mamy przesadnie przeładowanej i ruchliwej sceny – algorytmy też dają radę odpowiednio ją naświetlić.

Co zatem jest łyżką dziegciu? Dla mnie to brak teleobiektywu. Tzn. jest charakterystyczny dla Xiaomi interfejs aparatu, gdzie jednym-dwoma kliknięciami można się przełączyć na najpopularniejsze zoomy. Tylko, że o ile do x3 w zasadzie jest optycznie (dzięki łączeniu pikseli można sporo bezstratnie „wycropować”). Potem już hybrydowo, a w największym zbliżeniu – cyfrowo. Łapiąc chwile w wykonaniu mojego pięciomiesięcznego szkraba spokojnie sobie z tym poradzę. Na dworzu nie byłoby już tak dobrze. Inna sprawa, że mam wrażenie, iż to używanie dużych zoomów to tak trochę z lenistwa. W większości przypadków można się po prostu kawałek ruszyć 🙂

Tele nie ma, jest za to szerokokątny (123 stopnie) i – to coraz popularniejsze – obiektyw do makro. Oba pełnią swoją rolę, szczególnie w tym drugim małe elementy, fotografowane z bliska, wychodzą bardzo ładnie.

Wideo używam rzadko, choć ostatnio mój najstarszy syn został fanem tricków na deskorolce i nie ukrywam, że slow-motion w Full HD w 960fpsach to coś, czego sobie raczej nie przypominam. Filmy 8K to (to nie będzie pierwszy raz, gdy używam tego słowa w tym tekście) fanaberia, ale nadające się do oglądania slow-mo to faktycznie fajna sprawa. Tym bardziej, że kamera ma żyroskopową optyczną stabilizację. Są tacy, którzy docenią możliwość kręcenia filmu z dwóch kamer na raz – ja chyba jestem już na to za stary 🙂

Pudełko duże, w pudełku…niewiele

Nie za wiele w środku, co? Brakuje słuchawek, ale za to mamy przynajmniej przejściówkę USB-C – mini-jack. Mnie i tak się nie przyda, używam wyłącznie słuchawek Bluetooth, ale wiem, że są tacy, co narzekają. Inna sprawa, że Mi 10T Pro 5G ma – co wcale nie jest zasadą, nawet na najwyższej półce – głośniki stereo. Wiele lat temu pisałem o takich sprzętach, że „potrafią nagłośnić niezłą imprezę”. Teraz już dojrzałem i patrzę na to realnie :), ale nie zmienia to fakt, że ten telefon naprawdę ładnie gra…

…a jeszcze ładniej wygląda, kiedy go włączymy. Ekranowi puryści krzykną: „Ale to nie Amoled!”. Prawda, ku – nie tylko – mojemu zaskoczeniu mamy tu do czynienia z ekranem IPS LCD. Technicznie krok w tył od poprzednich urządzeń z tej linii. Nie zmienia to faktu, że pograłem sobie na nim, pooglądałem filmy, poczytałem net i… nie przeszkadza mi to. Fakt, przyzwyczajenie do Amoledów robi swoje i widzę różnicę. Ale to trochę tak jak z wodą filtrowaną i warszawską kranówką – odróżniłbym je od siebie, ale obie są równie smaczne.

Co więcej, rezygnacja z Amoled jak dla mnie w jednym aspekcie wyszła zdecydowanie na dobrze. Otóż trzeba było przenieść czytnik odcisków palców z ekranu na bok, pod przycisk odblokowania. To moje zdecydowanie ulubione miejsce – wreszcie czytnik działa zawsze! Brakowało mi tego od czasów serii Z od Sony. Nie brakowało mi za to pretensjonalnych inspiracji konkurencyjnym produktem z Cupertino. Zsuwając pasek powiadomień, zobaczywszy Centrum Kontroli, zastanawiałem się, czy ktoś mi nie podmienił telefonu. Do tego trzeba się przyzwyczaić – zsuwając pasek z prawej strony mamy Centrum, a z lewej – klasyczne Androidowe powiadomienia

Bardzo Dużo Herców

Kluczową informacją w aspekcie ekranu jest jednak jego częstotliwość odświeżania. Gdy wpadł mi w ręce pierwszy telefon ze 120 Hz najpierw myślałem, że to fanaberia, ale szybko się przyzwyczaiłem. Potem każdy inny interfejs wyglądał, jakby schowany pod ekranem biedny zmęczony ludzik kręcił korbką ostatkiem sił. W Mi 10T Pro 5G mamy zaimplementowaną charakterystyczną dla gamingowych monitorów technologię Activesync. O co chodzi? O dobieraną w zależności od uruchomionej aplikacji częstotliwość od : 30 do 144 Hz (a między nimi 48, 50, 60, 90 i 120).

Po co tak? Żeby dostosować możliwości do potrzeb. Ferrari średnio się przyda do jazdy po zakupy krętymi osiedlowymi uliczkami, prawda? No a przede wszystkim spali mnóóóstwo benzyny. W przypadku smartfonu synonimem strzałki wskazującej napełnienie baku jest poziom naładowania baterii. W efekcie czego nie robiłem, w aspekcie płynności było idealnie. A 5-amperogodzinna bateria, podpinana pod dołączoną do zestawu 33-watową ładowarkę, bez problemu starczała do końca dnia jeszcze ze sensownym zapasem. Szkoda tylko, że nie można jej ładować indukcyjnie. To kolejna z rzeczy, którą kiedyś miałem za fanaberię, a okazuje się być na co dzień całkiem przydatna.

Mi 10T Pro 5G – czy warto?

Ogólnie Mi 10T Pro 5G to telefon nie do zajechania, w czym niewątpliwie pomaga Snapdragon 865 i będące już standardem (kto by kilka lat temu pomyślał, co?) 8 GB pamięci operacyjnej. Chciałbym napisać, że to tradycyjnie urządzenie dual SIM, ale… mam wątpliwości. A to dlatego, że w obecnej wersji oprogramowania telefon po włożeniu dwóch kart informuje, że bardzo mu miło, ale on w tej sytuacji technologii 5G obsługiwał nie będzie. Jeśli wybierzemy 5G – automatycznie wyłączymy drugiego SIMa. Tyle dobrego, że podobno jeden z kolejnych update’ów ma to zmienić. Żaden update nie zmieni za to braku wodo-, czy choćby „chlaposzczelności”. Inna sprawa, że testowałem Mi 10T Pro 5G w deszczu i nic mu się nie stało. Ale do wanny/szklanki bym go jednak nie wrzucał. Ja nie próbowałem.

Możecie go za to wrzucić do… koszyka w naszym sklepie. Co więcej, razem z telefonem dostaniecie jeszcze oczyszczacz powietrza (właśnie wyobraziłem sobie Niemca, który próbuje wymówić cztery ostatnie słowa 🙂 ) Xiaomi Mi Air Purifier. Czy warto? To dobre pytanie. Najnowsze Xiaomi to telefon, który z jednej strony w żadnym momencie nie wywołuje we mnie głośnego „wow!” – może poza sytuacją, gdy spojrzę na wysepkę z aparatami. Z drugiej jednak – tu naprawdę nie ma się do czego przyczepić z kwestii, na które zwraca uwagę każdy lub prawie każdy użytkownik. Najszybszy na rynku procesor, bardzo dobre aparaty, odświeżanie 144Hz, znakomita w porównaniu do konkurencji bateria. Jeśli robisz sobie listę smartfonów, nad których kupieniem się zastanawiasz – warto dodać do niej Xiaomi Mi 10T Pro 5G.

Udostępnij: Testujemy Xiaomi Mi 10T Pro 5G

Dodano do koszyka.

zamknij
informacje o cookies - Na naszej stronie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z orange.pl bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza,
że pliki cookies będą zamieszczane w Twoim urządzeniu. dowiedz się więcej