Oferta

Test vivo V21 5G. Smartfon ze świetnym aparatem do selfie

19 października 2021

Test vivo V21 5G. Smartfon ze świetnym aparatem do selfie

Vivo w Polsce jeszcze nie zdobyło powszechnej rozpoznawalności, ale globalnie znajduje się już w pierwszej piątce największych producentów smartfonów. Od niedawna telefony tej chińskiej firmy są dostępne w ofercie Orange. Jednym z nich jest średniopółkowy vivo V21 5G. Tym, co go wyróżnia na tle konkurencji, jest aż 44-megapikselowy aparat do selfie z podwójnym doświetleniem LED.

vivo V21 5G wygląda podobnie do smartfonów w swojej klasie – ma wąskie ramki wokół ekranu, niewielkie wcięcie na przedni aparat i wyspę z głównym modułem aparatu. Choć obudowę wykonano z plastiku, sprawia wrażenie solidnej. To smukła konstrukcja, o grubości zaledwie 7,39 mm i wadze 177 gramów, dzięki czemu telefon trzyma się w ręku z przyjemnością. Miło jest też patrzeć na gradient pokrywający tylny panel.

vivo V21 5G

Nie ma gniazda słuchawkowego, ale w pudełku znajdziemy przejściówkę z USB-C do minijack i słuchawki. Dołączono też ładowarkę do szybkiego ładowania. Należy docenić obecność tych akcesoriów w zestawie z telefonem – kiedyś była to oczywistość, teraz staje się rzadkością. Do szufladki możemy włożyć dwie karty nanoSIM albo w miejsce jednej z nich – kartę microSD, co pozwala zwiększyć 128 GB pamięci ROM nawet o 1 TB. Czytnik linii papilarnych został ukryty w ekranie i działa bez zarzutu.

vivo V21 5G

Sprawnie i bez problemów

Smartfon vivo V21 5G ma 6,44-calowy ekran AMOLED FullHD+ z opcjonalną częstotliwością odświeżania 90 Hz, co oznacza dobre wrażenia wizualne. W zależności od swoich preferencji, możemy wybrać tryb wyświetlanych kolorów: standardowy, profesjonalny lub jasny. Nie zabrakło też automatycznego dostosowywania jasności oraz funkcji ochrony oczu, ocieplającej barwy. Bardzo rozbudowane jest menu tzw. efektów dynamicznych, czyli wyboru animacji uruchamianych przy różnych okazjach, np. podczas ładowania czy rozpoznawania twarzy. Doskwierać może brak głośników stereo – musimy się zadowolić jednym, znajdującym się na dole obudowy.

Przeczytaj też: Smartfony z najlepszym ekranem. W tych telefonach wyświetlacze zachwycają jakością obrazu

vivo V21 5G

Płynną pracę smartfona zapewniają procesor MediaTek Dimensity 800U i 8 GB pamięci RAM. W codziennych zastosowaniach, jak również podczas korzystania z popularnych aplikacji, nie powinniśmy się spotkać z żadnymi przestojami. Bateria o pojemności 4000 mAh nie należy do największych stosowanych w tej klasie telefonów, powinna jednak wystarczyć na dzień dość intensywnej pracy. Szybkie ładowanie 33W pozwala naładować do pełna akumulator w około godzinę. Należy odnotować brak ładowania indukcyjnego.

Przeczytaj też: Procesor w telefonie – jakie znaczenie ma liczba i rodzaj rdzeni?

Ulepszony Android

W vivo V21 5G system operacyjny Android 11 został zmodyfikowany nakładką producenta Funtouch OS. Na szczęście nie oznacza to w tym przypadku zainstalowanych domyślnie wielu zbędnych i obniżających wydajność urządzenia aplikacji. Funtouch OS to przede wszystkim dodatkowe funkcje w menu. Możemy korzystać ze skrótów uruchamiających zdefiniowanymi gestami zrzut ekranu lub podział ekranu na dwie części. Latarka może być uruchamiana potrząśnięciem smartfona lub przytrzymaniem dłużej przycisku obniżającego głośność. Dla osób o mniejszych dłoniach przygotowano tryb obsługi jedną ręką, w którym pomniejszony obszar roboczy przesuwa się do prawego dolnego rogu wyświetlacza.

vivo V21 5G

Do dyspozycji mamy też EasyShare, czyli narzędzie umożliwiające łatwe przesyłanie danych, a także iManager, służący do optymalizacji pracy smartfona. Dla graczy przygotowano kilka udogodnień – w nazwanym szumnie trybie e-sportowym do minimum ograniczane są powiadomienia, a ustawienia graficzne, w tym częstotliwość odświeżania, są optymalnie dostosowywane do temperatury procesora.

Przeczytaj też: Jaki telefon z Androidem wybrać? Sprawdź dobre smartfony ze średniej półki cenowej

Szałowe selfie

Czas omówić być może najciekawszy element w vivo V21 5G, czyli jego przedni aparat. Choć obiektyw wygląda niepozornie, ma aż 44 megapikseli, a do tego wyposażono go w optyczną stabilizację obrazu i autofocus potrafiący śledzić oczy fotografowanej lub filmowanej osoby. Jakby tego było mało, w trybie nocnym możemy korzystać z rozbudowanego doświetlania – nie tylko samym ekranem, jak ma to miejsce w większości smartfonów, lecz także podwójną diodą LED. 

To wszystko sprawia, że w niemal każdych warunkach oświetleniowych uzyskamy wysokiej jakości zdjęcie portretowe. Jeśli wierność aparatu w odwzorowywaniu naszych rysów twarzy wcale tak bardzo nas nie cieszy i chcielibyśmy oszukać naturę, możemy skorzystać z licznych filtrów i funkcji upiększania twarzy. Są tu takie tryby jak wygładzanie, wybielanie, smukła twarz, zmiana kształtu szczęki, czy wąska rynienka podnosowa… Ciekawe efekty można też uzyskać dzięki możliwości nakładania na siebie dwóch zdjęć.

Tylny aparat prezentuje się nieco mniej spektakularnie, ale daje przyzwoite efekty. Składa się z 64-megapikselowego obiektywu głównego, 8-megapikselowego obiektywu szerokokątnego o kącie widzenia 120° i soczewki supermakro. Tu również  skorzystamy z optycznej stabilizacji obrazu. Zdjęcia w ciągu dnia są dość szczegółowe, zwłaszcza w standardowym trybie, ale w tej klasie cenowej mogłoby być lepiej – zdarzają się szumy i zniekształcenia.

Obiektyw główny:

vivo V21 5G  vivo V21 5G

Obiektyw szerokokątny:

vivo V21 5G

Tryb nocny, obiektyw główny:

vivo V21 5G

Makro:

vivo V21 5G

Podsumowanie – czy warto kupić vivo V21 5G?

Zalety vivo V21 5G:

  • smukła obudowa
  • wysoka jakość wykonania
  • świetny aparat do selfie z podwójnym doświetleniem LED
  • dobre tempo pracy
  • ekran AMOLED
  • szybkie ładowanie
  • nakładka systemowa, która oferuje wiele dodatkowych funkcji
  • obsługa 5G

Wady vivo V21 5G:

  • brak głośników stereo
  • brak gniazda słuchawkowego
  • brak ładowania indukcyjnego

Sprawdź smartfon vivo V21 5G w sklepie Orange>>

 

Udostępnij: Test vivo V21 5G. Smartfon ze świetnym aparatem do selfie

Urządzenia

Xiaomi 11T Pro – #RzutOkiem

18 października 2021

Xiaomi 11T Pro – #RzutOkiem

Ktoś zaiwanił jedno „Mi”?! Od razu coś mi się nie podobało, gdy spojrzałem na pudełko Xiaomi 11T Pro. Dopiero po chwili sobie przypomniałem, że począwszy od nowej serii lider polskiego mobilnego rynku porzuca nazwę „Mi”, pozostawiając tylko cyfry i dodatki. A czy trafiający od dziś do regularnej sprzedaży w naszym sklepie 11T Pro stracił coś innego, niż tylko dwie literki? Na szybkie testy miałem dosłownie kilka dni, ale wystarczyło na #rzutokiem.

Bateria, która nigdy się nie skończy

Wiem, że to niestandardowe, zaczynać akurat od baterii. Akurat w Xiaomi 11T Pro to ona (do spółki z ładowarką) jest absolutnym hitem. Pisałem Wam już niedawno, że moi synowie mówią: „Nasz stary jest fanatykiem ładowarek”? Całe mieszkanie zawalone ładowarkami z różnym prądem, odpowiednimi kablami do każdej z nich… Ale żeby 120 watów? Nic dziwnego, że pierwszy co zrobiłem, było wyczerpanie ogniwa prawie do zera (dokładnie do 8 procent) i podpięcie go pod olbrzymią w porównaniu do innych ładowarkę.

Mógłbym pomarudzić, że wcale nie było tak, jak opisuje producent. Ale naprawdę, przy baterii 5000 mAh nie sprawia żadnej różnicy, czy telefon naładuje się w 17 minut od 0 do 100%, czy w 20,5 minuty od 8 do 100. Już od kilku lat mam nieodparte wrażenie, że wszystkie smartfony są do siebie coraz bardziej podobne. Dlatego w każdym staram się szukać czegoś, co ze „staropolska” można nazwać gamechangerem. Zastanawiam się oczywiście, jak to wpłynie na żywotność baterii (o to pytaliście pod moimi tweetami o tempie ładowania), ale do tego potrzeba czasu. Póki co, testując, byłem pod niesamowitym wrażeniem, że gdy muszę awaryjnie wyjść z domu, a na wyświetlaczu widzę 23% baterii – podpinam go pod dedykowaną ładowarkę, szykuję się szybko do wyjścia, by po bodaj 5 minutach schować do kieszeni z ponad połową pojemności ogniwa. Wielkie wow.

11T Pro wraca na wyspę

Sam telefon wydaje się być dość masywny. Mimo rozmiarów podobnych do Vivo X60 Pro mam wrażenie, że jest o numer większy. Może to przez 204g masy? Czy to przeszkadza? Mnie nie. Może dlatego, że przez długi czas testowałem Mi 11 Ultra? Tam przez „kontynent” z aparatami i dodatkowymi ekranem czułem się, jakbym miał w kieszeni telewizor. W 11T Pro, przy również trzech, acz nieco innych aparatach:

108 MP, f/1.8, 26mm (szeroki), 0.7µm, PDAF
8 MP, f/2.2, 120˚ (ultraszeroki), 1.12µm
5 MP, f/2.4, 50mm (telefoto makro), 1.12µm, AF
dwutonowy podwójny flash

Xiaomi zdecydowało się wrócić do koncepcji foto-wyspy. Telefon przestał być potencjalnym narzędziem zbrodni, ale za tym płakać nie będę. Tył, choć plastikowy, wygląda jak szczotkowane aluminium i nie robi wrażenia tandetnego. Jest ładnie.  Same aparaty to niezmiennie wysoki standard, przede wszystkim główne, 108-megapikselowe „oczko” z dobrym światłem. Ale – tu zaskoczenie – bez optycznej stabilizacji obrazu. W dzień jest idealnie, ale do tego Xiaomi już nas przyzwyczaiło. Kolory, HDR, jasność, szczegółowość… Gdyby powiedzieć kilkanaście (a może nawet mniej) lat temu ludziom, biegającym z lustrzankami, że takie zdjęcia będą robiły smartfony, to stukaliby się znacząco w czoła. A już w nocy, w niemal totalnej, rozświetlanej bladymi lampami ciemności?

Wyspa z aparatami Xiaomi 11T Ultra

Ultraszeroki – jak to ultraszeroki, jego używa się w sytuacjach, w których zwykły nie daje rady. Miło zaskoczył za to 5-megapikselowy obiektyw makro. Nie jest to mikroskop jak w Oppo Find X3, ale mimo tego bez problemu łapie ostrość z bardzo blisko i idealnie wyłapuje szczegóły. Filmów nie kręci… A nie, jeden kręciłem, żeby sprawdzić audio zoom – faktycznie działało, gdy filmowałem olbrzymie stado ptaków siedzących na instalacji wysokiego napięcia, zoom powodował, że faktycznie ich ćwierkanie było słychać wyraźniej.

Kino w kieszeni

Ładnie jest też, gdy spojrzymy na ekran. Mimo, iż w mojej testerskiej szufladzie leży teraz też Samsung Z Fold 3, seriale chętnie oglądałem na 11T Pro. Duży, wyraźny, soczysty i naturalny Amoled + naturalna łatwość trzymania w dłoni powodowały, że bardzo chętnie sięgałem po Xiaomi.  Nie zabrakło oczywiście będącego już coraz częściej standardem 120-hercowego odświeżania. Przy takim telefonie ciężko mówić o tym, że źle wpłynie na baterię 😉 Oczywiście zgodność z HDR 10+/Dolby Vision, miliard kolorów (to w ogóle tyle jest?), jasność do 1000 nitów… No i 5G. W efekcie obejrzymy wszystko, zawsze i najładniej jak się da 🙂 Skoro już mówimy o marzeniach sprzed lat – kto by pomyślał o ekranie kinowym w kieszeni? Nawet, gdy testowałem moją pierwszą HTC Cha Cha – nie wpadłbym na to 🙂

11T Pro już z pudełka działa pod kontrolą MIUI 12.5. Lubię tę nakładkę – jest oczywista i intuicyjna w korzystaniu i nawet nieco bloatware’u nie przeszkadza, zawsze można go przy konfigurowaniu telefonu usunąć. Przy ostrzejszej grze, czy używaniu aplikacji zdarza mu się odrobinę podgrzać na pleckach, ale to w żaden sposób nie przeszkadza. Gierki śmigają pięknie, a muzyka, na głośnikach stereo Harman Kardon, pięknie gra. Oczywiście nie ma problemu z żadnymi, nawet wymagającymi grami. Co ciekawe, mimo Amoleda, czytnik odcisków palców znajdziemy na bocznym przycisku odblokowania. Dziwne? Trochę tak. Ale jak dla mnie wygodne i bardziej intuicyjne.

Czego brakuje? Porządnej wodoodporności (jest IP53) i ładowania indukcyjnego. Da się bez tego żyć? Nie muszę myć telefonu mydłem i bieżącą wodą, ale moja płytka indukcyjna koło komputera faktycznie czuje się samotna. Ale to ładowanie…

Udostępnij: Xiaomi 11T Pro – #RzutOkiem

Urządzenia

Co w gadżetach piszczy (39)

9 października 2021

Co w gadżetach piszczy (39)

Wiecie, że mój nieregularnik o gadżetach miał kilkanaście dni temu… siódme urodziny? Tak, sam jestem w szoku, że to tak długo! Ktoś pamięta, co wtedy testowałem? Oczywiście możecie spojrzeć sami, ale jeśli wolicie zrobić to potem, były to: przystawka do TV Ferguson FBox 2, tablet Nvidia Shield i ciekawy (acz technologia NearFA się nie przyjęła) głośnik bezprzewodowy Xrinda.

Czasy zmieniły się dość znacznie, technologie zrobiły olbrzymi krok do przodu. Gdy pisałem pierwszą część, na pewno nie wszystkie urządzenia, które opiszę poniżej byłbym sobie w stanie wyobrazić. Dziś przyjrzymy się kolejnemu sprzętowi, ułatwiającemu pracę zdalną, nowej odsłonie słuchawek, której jestem ogromnym fanem i małemu urządzonku, które znacząco ułatwia przenoszenie się między domowym i – hmmm – prawdziwym(?) biurem.

Poly P21 – Co najmniej cztery w jednym

Home office… Gdyby nie było wielu, naprawdę wielu kandydatów na Słowo Roku 2020 (kurczę, a może nawet jeszcze ’19?) to byłby zdecydowany zwycięzca. Choć z drugiej strony… Powiedzcie sami, czy czas pandemii trochę nam nie pomógł? OK, linie lotnicze, czy kolejowe – że o hotelach już nie wspomnę – pewnie narzekają, ale czy to faktycznie nie wygodniejsze, zamiast jeździć/latać w różne miejsca Europy/świata, po prostu siąść przed monitorem? Najlepiej takim, jak Poly P21 🙂

Monitor, hub do wideokonferencji, profesjonalny głośnik, a nawet… ładowarka do komórki. Poly P21 spełnia sporo ról, w każdej spisując się bardzo dobrze. Zacznę od tej ostatniej, bo ona mnie faktycznie mocno zaskoczyła. Widzicie to drobne wybrzuszenie na środku stopki na zdjęciu? Otóż to ładowarka indukcyjna! Nie sprawdzałem prędkości ładowania, po prostu odkładałem na nią telefony, gdy pracowałem w domu, po jakimś czasie podnosząc naładowane 🙂

Monitor to 21 cali w rozdzielczości Full HD, z zasłoniętym domyślnie czerwoną zaślepką okiem kamery o podobnej rozdzielczości. Nie śledzi nas co prawda (to oko) jak w przypadku P15, ale opcje aplikacji Poly Lens (niezbędna do uruchomienia monitora) dają bardzo dużo możliwości ustawień, włącznie z maksymalnie czterokrotnym zoomem. No i widoczny na dole, rozpostarty na całą szerokość głośnik. Uwielbiam głośniki Poly – ich jakość jest taka, że bez problemu można przez nie puszczać dynamiczną muzykę.

Do tego ultrałatwe przygotowanie do pracy (wsunięcie stopki, aż „kliknie”), podłączenie kabli, instalacja aplikacji Poly Studio i w zasadzie tyle. A potem tylko korzystać. Mnie się podobało.

Jabra 85t – Wyznacznik jakości

Jestem fanbojem Jabry. Po prostu. Testowanie kolejnych bezprzewodowych słuchawek duńskiego producenta, począwszy od debiutanckiego modelu 65t, stało się moją pasją 🙂 Serio, nie żartuję. Gdy trafiły do mnie pierwsze TWSy Jabry wiedziałem, że znalazłem słuchawki kompletne. Z tym większym zainteresowaniem brałem się za kolejne, zastanawiając się, co można w nich jeszcze poprawić?

Douszne „pchełki” (to mój ulubiony rodzaj słuchawek) na kablach zawsze mnie irytowały. To, kiedy rozplątując, uszkodzę sprzęt, było tylko kwestią czasu, więc mnie akurat rezygnacja producentów smartfonów z gniazd mini jack zupełnie nie zmartwiła. Małe Jabry trzymam w pudełku w kieszeni, a gdy ktoś zadzwoni – wkładam do ucha, one się włączają, łączą z telefonem i odbierają rozmowę. Nie inaczej jest w przypadku modelu 85t, acz w ich przypadku pudełko jest wyraźnie większe od poprzednika, choć nie na tyle, by przeszkadzało. Zmienił się też nieco kształt i rozmiar (na mniejsze) samych słuchawek, a także gumek. O tych drugich muszę powiedzieć „niestety”, bowiem 85t to pierwsze małe Jabry, które potrafią wypaść mi z ucha, podczas gdy poprzednie trzymały się jak przyklejone.

Jakość jednak wyrywa z butów. Wróciliśmy do pracy hybrydowej, więc 1-2 razy w tygodniu jeżdżę metrem, gdzie ANC okazuje się zbawieniem. Mój mózg jest bardzo czuły na pewne specyficzne, piskliwe dźwięki, m.in. te, które wydaje podziemna kolejka. Nawet przy ostatnim, 11. poziomie wyciszania, nieco stukotu słychać, ale wystarczy włączyć tryb Hear Through, by zdać sobie sprawę jak wielka jest różnica. W ogóle jakość dźwięku w nowych TWSach Jabry możne bardzo szczegółowo stuningować pod siebie – począwszy od opcji MyFit, która poinformuje nas, czy dobraliśmy dobry rozmiar wkładek, skończywszy na MySound, która przetestuje „słuchalność” każdego ucha oddzielnie, by generować jak najlepszy dźwięk właśnie dla nas.

Pamiętam, gdy moja ś.p. Babcia na odkurzacz mówiła: „Misiu, wyjmij elektroluks”. Wpadłbym jeszcze na parę pomysłów, gdzie konkretny produkt jest wyznacznikiem jakości do tego stopnia, że jego nazwa staje się potoczną dla wszystkich. Dla mnie małe TWSy to po prostu „Dżabry”.

Baseus Hub – Klik i wszystko podłączone

To urządzenie to gadżet wyjątkowy, bowiem nie dostałem go na testy, lecz po prostu, bez próbowania, kupiłem. Tak, takie też mi się zdarzają 🙂 Co więcej, kupiłem impulsywnie, na szybko, gdy trafił do mnie opisywany dwa odcinki temu Poly P15. A to dlatego, że w zestawie był wyłącznie kabel do połączenia USB-C – USB-C, a mój służbowy komputer ma tylko jedno takie gniazdo! Nie byłoby to większym problemem, gdyby nie fakt, że dla ułatwienia przenoszenia się z home office do „biurowego biura” wszystkie niezbędne kable podłączam do huba, włącznie z ładowaniem przez USB-C właśnie. A skoro po podłączeniu dongla od słuchawek, kabla od drukarki, ładowania i HDMI rzecz jasna w poprzednim hubie nie miałem już na nic miejsca, to… jak przetestować belkę wideo? Szybkie poszukiwania w pewnym serwisie aukcyjnym 😉 skończyły się odnalezieniem jednego jedynego spełniającego moje wymagania modelu. Halo, producenci! To naprawdę problem zrobić huba z USB-C pass-through i drugim gniazdem?

A sprzęt Baseusa – cóż, co można napisać o hubie? Fajnie wygląda z tą przezroczystą częścią. Niektórym może się nie spodobać fakt, iż jest dopinany „na sztywno” do gniazda (trzeba dopchnąć, aż kliknie). Ja akurat domowe biurko mam dość małe, więc idealny jest dla mnie sprzęt ściśle przylegający do komputera. Nie zajmuje miejsca 🙂 A poza tym, po prostu działa. Dla dongla nie jest problemem fakt, że nie jest podłączony bezpośrednio do komputera, a obraz z monitora… Cóż, toż transmisja jest cyfrowa, więc może albo działać albo nie. Tutaj działa 🙂 Problem? Jeden. Akurat tego modelu, CAHUB-TD03 nie ma obecnie na magazynie producenta. Jeśli znacie jakiegoś innego producenta takich hubo, dajcie znak w komentarzu.

Oczywiście czym byłyby „piszczące gadżety”, gdyby nie odnośnik do naszego sklepu, prawda? 🙂 Choć akurat żadnego z opisywanych sprzętów w nim nie ma (sorry 🙁 ), w kategorii „Akcesoria” dla miłośnika słuchawek, hubów i nie tylko na pewno coś się znajdzie!

Udostępnij: Co w gadżetach piszczy (39)

Urządzenia

Z Flip3 5G – smartfon, który uzależnia

29 września 2021

Z Flip3 5G – smartfon, który uzależnia

Historia telefonów komórkowych zatoczyła wreszcie pełne koło. Najpierw były ogromne telefony „przenośne” rozmiaru małych walizek. Potem projektowano coraz mniejsze, aż do momentu, gdy pojawiły się pierwsze modele składane. Następnie pojawiły się smartfony, ekrany rosły do absurdalnych chwilami rozmiarów bliskich (lub nawet je przekraczających) 7 calom. Aż w końcu na rynek wróciły urządzenia, które można złożyć. Takie jak nasz dzisiejszy bohater, Galaxy Z Flip3 5G. Smartfon, który – mimo jednej istotnej wady – uzależnia.

„A ten zawias w Z Flip3 to się nie rozwali?”

Zastanawiacie się, czy przyzwyczailibyście się do składanego smartfona? Nie mogę oczywiście mówić za każdego, ale za większość z Was dałbym sobie rękę uciąć, że tak. Składanie/rozkładanie w przypadku Z Flip3 jest totalnie intuicyjne. Już następnego dnia, biorąc do ręki inny telefon, oczywiście chciałem go złożyć. Na szczęście nie przesadziłem z użytą siłą 🙂 To dlatego, że mechanizm, użyty w Z Flip3 działa wzorowo. Dwie części telefonu nie są ani za luźne, ani też nie chodzą zbyt ciasno. Bez problemu da się złożyć urządzenie, używając jednej dłoni.

Wiecie, jakie pytanie najczęściej słyszy posiadacz Z Flip3? „A to się nie wyrobi ten zawias i nie rozwali się ekran?”. Korzystałem ze składanego Samsunga dość krótko, jednak jestem w stanie uwierzyć w zapewnienia o gwarantowanych kilkuset tysiącach cykli otwarcia i zamknięcia. Miejsce, gdzie ekran się zgina, oczywiście czuć. Jednak w łapaniu Pokemonów 😉 mi nie przeszkadzało, a przy oglądaniu filmów nie zwracałem na nie uwagi. W oczy rzucało się jedynie przy korzystaniu z aplikacji/internetu, ale szybko przestało mi przeszkadzać. W końcu – składany czy nie – to wciąż Amoled, w dużej wersji aż 6,7-calowy.

To co najlepsze z „łamania”

Galaxy Z Flip3 byłby jednak zwykłym (tylko składanym) telefonem, gdyby nie fakt, iż producent do tego specyficznego modelu dostosował interfejs. Tryb Flex to zbiór udogodnień, pozwalających wyciągnąć z faktu „łamania” obudowy wszystko co najlepsze. Do tego telefonu nie będziecie potrzebować podstawek, czy statywów. Przy wideo rozmowie możecie go po prostu położyć na stole i ustawić w takiej pozycji, by rozmówca widział Was w przedniej kamerze. Galeria w wersji na Z Flip3 po zgięciu ekranu pokazuje na górnej części zdjęcie, dolną czyniąc dużym dotykowym panelem nawigacyjnym. Dodatkowe funkcjonalności zależne są od konkretnych aplikacji (coraz więcej popularniejszych z nich „dogaduje” się już z „łamańcem” Samsunga). No i zdjęcia! Fani zdjęć nocnych albo hyperlapse’ów będą mieć wielkie pole do popisu…

…przy wykorzystaniu dwóch aparatów z matrycą 12 megapikseli – szerokiego ze światłem f/1.8 i ultraszerokiego (123 stopnie) f/2.2, wzbogaconych oczkiem selfie (10 Mpix, f/2.4). Jak jest? Dobrze, nawet bardzo dobrze, ale testowałem już telefony (nawet Samsunga) z lepszymi jednostkami fotograficznymi. W dzień jest znakomicie (ale to już potrafi niemal każdy), w nocy pomaga możliwość położenia telefonu albo oprogramowanie kompensujące drgania ręki. Zabrakło mi jednak jakiegoś „wow”, jednak za plus można na pewno uznać możliwość zrobienia sobie selfie głównym aparatem! A to dzięki temu, że – w porównaniu z pierwszą edycją Z Flipa – mamy znacznie bardziej…

…funkcjonalny tylny ekran

To jest jak dla mnie absolutny – wybaczcie język „korpolski”, ale bardzo mi to słowo tutaj pasuje – gamechanger. Pierwsza edycja dysponowała wąskim paskiem. Z Flip3 ma z tyłu pełnoprawny 1,9-calowy ekran AMOLED. To w sporej części dzięki niemu telefon mimo składanej formy powinien sporo wytrzymać. Drugi ekran pozwala bowiem… rzadziej go otwierać. Nie robiłem dokładnych obliczeń, ale mam wrażenie, że podczas testów rozkładałem bryłę telefonu co najmniej dwa razy rzadziej! Większość powiadomień oglądałem na małym ekranie, tam też sprawdzałem godzinę, pogodę, budzik, czy przełączałem utwory w Spotify. Choć trzeba przyznać, że muzyki najfajniej słuchało się na nieco tylko zgiętym ekranie, gdy obiegał mnie dźwięk z dwóch świetnych, firmowanych przez AKG głośników stereo. To zresztą kolejny plus specyficznej formy Galaxy Z Flip3 – jeśli chcemy obejrzeć film, siedząc przy stole, wystarczy lekko go zgiąć i położyć na boku!

Galaxy Z Flip3 rozłożony do oglądania filmu

Minus? Ja podczas testów znalazłem jeden, o którym notabene pisali na Twitterze wszyscy testujący. Bateria 3300 mAh nie dość, że niknie w oczach to ładuje się – hmmm – nieprzesadnie szybko (15W na kablu/10W bezprzewodowo). Warto pamiętać, by – jeśli dysponujemy ładowarką indukcyjną – po prostu na wszelki wypadek po wykorzystaniu odkładać tam telefon.

Galaxy Z Flip3 5G – czy warto?

Ponieważ jednak moi synowie mówią o mnie: „Mój stary jest fanatykiem ładowarek, całe mieszkanie zawalone kablami” 😉 z tym akurat problemu nie miałem. A w zamian miałem telefon, który mogłem po prostu wsunąć do kieszeni dżinsów (183g to nie jest przesadnie dużo), pograć w cokolwiek chciałem (Snapdragon 888/8 GB RAMu) i którego nie dało się stłuc. Tzn. nie to, żeby mi upadł – wiem, jakie dokumenty podpisywałem 😉 – ale nie wyobrażam sobie, by upadek złożonego Z Flip3 uczynił mu jakąś wielką krzywdę. Tym bardziej, że plastik w kolorze oksydowanej czerni, z którego (z wyjątkiem ekranu) zbudowany jest tył nie robi wrażenia delikatnego. A do tego aktywna klapka – otwieramy, mamy połączenie; kończymy – zamykamy. Bajer!

Galaxy Z Flip3 z tapetą, udającą konsolę Nintendo

Fajny telefon. To nie są tanie rzeczy, wiem – ale od tych z pozoru drobnych, ułatwiających życie cech składanego smartfona łatwo się uzależnić. Dlatego, gdybym mógł wybrać sobie dowolny smartfon z portfolio Samsunga – byłby to Z Flip3 5G. Serio.

A gdybyście sami chcieli pójść tym tropem, znajdziecie go też w naszym sklepie, w promocji z bezprzewodowymi słuchawkami Buds 2!

Udostępnij: Z Flip3 5G – smartfon, który uzależnia

Urządzenia

OPPO Reno 6 5G – szybki rzut okiem

9 września 2021

OPPO Reno 6 5G – szybki rzut okiem

Fajnie jest mieć więcej czasu na przetestowanie telefonu, wtedy można się lepiej i bardziej szczegółowo przyjrzeć. Jednak mimo tego, gdy Wojtek kilka dni temu zadzwonił do mnie i powiedział: „Michał, mam OPPO Reno 6, publikacja w czwartek” – przyjąłem wyzwanie. Nie ma co marudzić – skoro mam okazję zerknąć na nowego smartfona OPPO choćby przez te kilka dni, to warto. Choćby po to, by powiedzieć Wam, czy – cóż – warto?

Ładowarka jak błyskawica

W zgrabnym, ładnym kolorystycznie pudełku znajdziemy standardowy zestaw. Poza smartfonem – ładowarka SuperVOOC i kabel. Wbrew pozorom to ważne, bowiem OPPO Reno 6 jako jeden z niewielu telefonów wspiera ładowanie prądem 65W. Nie mierzyłem dokładnie czasu, ale danie urządzeniu z 28% baterii kilkunastu (z grubsza) minut wystarczyło, bo odpiąć je z ogniwem pełnym niemal w 2/3. To się przydaje – może nie na co dzień, ale podczas bardziej wymagających testów bateria o pojemności 4300 mAh potrafiła wyczerpywać się całkiem szybko. Dane producenta mówią o 25% pojemności ogniwa uzupełnianych w 5 minut. Wow.

No ale to nie ładowarkę miałem testować 🙂 Biorąc do ręki OPPO Reno 6 miałem przez chwilę wrażenie, że to… iPhone. Jeśli się inspirować to bezdyskusyjnie najlepszymi :), tym niemniej po krótkim czasie doszedłem do wniosku, że to pierwsze wrażenie to wina… ramki. Masywnej (ale nie przytłaczającej) twardej, aluminiowej ramki. Ona w dotyku i przy wygaszonym ekranie faktycznie upodabnia najnowsze Reno do produktu z nadgryzionym jabłkiem. Ale tylko do momentu odblokowania, bo z przodu nie ma nie będącego już szczytem mody notcha, a jedynie mały otwór w górnym rogu, skrywający 32-megapikselową kamerę do selfie.

Duże oko pełne światła

Fanem selfie nigdy nie byłem, ale tak dokładny obiektyw gwarantuje szczegółowe i wyraźne zdjęcia. Oczywiście pod warunkiem przynajmniej niezłego oświetlenia, bo sam – jak to z selfie-camami – w słabym świetle średnio sobie poradzi. Inaczej z tylnymi obiektywami, których mamy 3, w delikatnie wystającej z wysepce.

64 MPix, f/1.7, szeroki, 0.7µm, PDAF
8 MPix, f/2.2, 119˚, ultraszeroki, 1.12µm
2 MPix, f/2.4, makro

Dodatkowo pod dwutonowym fleszem ukryty jest mały czujnik, odpowiedzialny za głębię kolorów.

Jak dają sobie radę aparaty? Główny zrobił na mnie świetne wrażenie. Od razu po włączeniu aplikacji łapał ostrość, a barwy oddawał tak, że aż chciało się patrzeć na mroczny, wilgotny, warszawski Ursynów. Co ciekawe, światło 64-megapikselowego „oka” (oczkiem go nie nazwę, jest dość spore) jest na tyle dobre, że w zasadzie nie musiałem uruchamiać trybu Ultra Night. Zresztą sami zobaczcie.

tryb Ultra Night

tryb Ultra Night

bez trybu Ultra Night

Fajniej było w trybie wideo, tu faktycznie było widać różnicę. Tryb sztucznej inteligencji, rozświetlającej otoczenie, na pewno przyda się Wam, jeśli kręcicie filmy po zmierzchu (że o nocy już nie wspomnę). No i – last, but not least – Bokeh Flare Portrait Video, czyli rozmycie tła, znane z fotografii portretowych, po raz pierwszy wprowadzone do… nagrań wideo. Oppo Reno 6 to pierwszy taki telefon w historii.

Nie do zajechania

Jak to działa na co dzień? Przyzwyczajony do obecnych we wszystkich flagowców procesorów SnapDragon z pewnym dystansem podchodziłem do Mediateka Dimensity 900. Niesłusznie. Ta jednostka centralna, tworzona w procesie technologicznym 6nm, wsparta 8 (lub 13 – możemy dołożyć 5 GB pamięci swap, nie zdążyłem przetestować) napędza telefon, którego w ciągu tych kilku dni nie zdołałem w żaden sposób spowolnić. Tu internet, tu Spotify, tu nawigacja, na światłach (ciiii 😉 ) Pokemony, do tego rozmówcy atakujący mnie dymkami czatu Messengera – wszystko działało płynnie, nic się nie wyłączało. I nie grzało, za co odpowiada specjalny system rozpraszania ciepła. Zapomnijcie o thermal trottlingu, ten telefon ciągle ma taką samą temperaturę.

OPPO Reno 6 Twoim nowym smartfonem?

Kurczę, podoba mi się ten telefon. Wiem, że to raptem kilka dni, ale gdybym musiał decydować o wyborze smartfona na dwa lata, włączyłbym Oppo Reno 6 do grupy kandydatów. Przyjemnie trzymać go w ręku, to solidny telefon, nie wyglądający jak zabawka, z niepalcującymi (wreszcie!!!) się pleckami. Na dodatek dość mały! Wiem, to brzmi szaleńczo przy ekranie 6,4 cala, ale – może dlatego, że przesiadłem się nań z Xiaomi Mi 11 Ultra – 156,8 mm wysokości i niecałe 8 grubości sprawiają, że odbieram go jako urządzenie wręcz kieszonkowe. Do wszystkiego – do chodzenia po necie, do grania (głośniki zgodne z Dolby Atmos to cudo!), czy oglądania wygrzewając się w wannie, na 90-hercowym Amoledzie, kolejnego odcinka serialu. Na dodatek szybko się ładuje, jego czytnik odcisków palców w ekranie jest jednym z lepszych, z których ostatnio korzystałem. No i oczywiście to kolejny telefon w naszej ofercie, wspierający 5G.

Co więcej, cena wcale nie zwala z nóg, a od dziś znajdziecie go oczywiście w naszym sklepie. Parę słów powiedzieli też o nim Wojtek i Pior Żaczko z OPPO, warto posłuchać ich rozmowy. I wiecie co? Trochę Wam zazdroszczę, bo ci, którzy kupią go w przedsprzedaży dzisiaj (do 23.59 w czwartek 9 września) dostaną w prezencie imienną koszulkę mojej ukochanej FC Barcelony! Jeśli potrzebujecie jeszcze chwili do namysłu, też nie jest źle, bo wpadną Wam w prezencie bezprzewodowe „pchełki”, OPPO Enco Free2 i roczną ochronę wyświetlacza. No ale ta koszulka… <3

 

Udostępnij: OPPO Reno 6 5G – szybki rzut okiem

Dodano do koszyka.

zamknij
informacje o cookies - Na naszej stronie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z orange.pl bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza,
że pliki cookies będą zamieszczane w Twoim urządzeniu. dowiedz się więcej