Gaming

Co to motion capture? W ten sposób aktorzy stają się wirtualni.

22 lutego 2021

Co to motion capture? W ten sposób aktorzy stają się wirtualni.

Słowem wstępu kim jest Graczo?

Cześć. Jestem Bartek, ale wszyscy mówią na mnie „Graczo”. Ksywka powstała nie tylko od mojego zamiłowania do gier komputerowych, ale również od nazwiska. Widocznie takie było moje przeznaczenie, aby nie tylko grać w gry, ale również o nich pisać, czy opowiadać. Co poniedziałek na blogu Orange, będę publikował artykuły opisujące moją domenę, czyli wirtualną rozgrywkę. Zróbcie sobie herbatkę, odłóżcie pada i zapraszam na kilka minut relaksu z „Graczyk o grach”. Na pierwszy ogień idzie temat motion capture.

Co to motion capture?

„Motion capture” to technika animacji komputerowej pozwalająca na przeniesie ruchu aktora w świecie rzeczywistym na wirtualny szkielet postaci. Wykorzystywana jest w filmach z elementami CGI, reklamach, teledyskach czy  grach komputerowych. To dzięki technologii motion capture smok z Hobbita odegrany przez Benedicta Cumberbutcha mógł ruszać ustami w naturalny sposób( o ile smok jest w stanie mówić „realistycznie”)?

Gdyby nie „mocap” kultowa scena „interakcji na jednorożcu” w grze „Wiedźmin 3” wyglądałaby jak pokaz dziecka bawiącego się lalkami „Barbie”. 

Rozgrywce towarzyszyłyby sztywne i nienaturalne ruchy postaci(to taki pstryczek w nos serii Gothic). 

Na początek lekcja historii

„Motion capture” w dosłownym tłumaczeniu z angielskiego oznacza „ przechwytywanie ruchu”. Nie jest to nowość na rynku. Animatorzy kreskówek już od momentu wynalezienia kinematografu próbowali uprościć sobie pracę w tworzeniu realistycznych animacji.

Rysunek tworzony był na podstawie odwzorowania kliszy filmowej, klatka po klatce. Jeżeli wyobrażenie tego procesu sprawia Ci trudność, to przypomnij Sobie lekcje plastyki z podstawówki, na których dzieci rysowały kalki znanych obrazów. 

To dokładnie to samo, ale w wykonaniu profesjonalistów oraz, powtórzone wielokrotnie. W celu nagrania jednej sekundy filmu, trzeba wykonać od 15 do 30 obrazków. 

Przykładem implementacji takiego rozwiązania jest animacja z 1937 roku czyli „Królewna Śnieżka i 7 krasnoludków”. 

Rozwiązanie to profesjonalnie nazywa się „rotoskopia”, a jej zastosowanie jest co raz rzadsze, najczęściej jednak wykorzystuje się je w celu wyróżnienia swojego dzieła. Przykładem jest polsko-brytyjskiego film animowany „Twój Vincent” z 2017 roku. 

Od filmu do gier

Znaczna zmiana nastąpiła w erze digitalizacji. Na początku lat 70tych Hollywood dysponowało już komputerami zdolnymi do generowania animacji 3D.

W 1972 roku na uniwersytecie w Utah, Edwin Catmull oraz Fred Parke zaprezentowali światu minutowy film przedstawiający animację realistycznie odwzorowanej dłoni.  Moment ten był przełomowy, ponieważ udowodnił, że ówczesne komputery są zdolne do tworzenia czegoś więcej niż tylko symboli reprezentujących liczby i litery. 

Wydarzenie te rozpaliło wyobraźnie kolejnych pokoleń filmowców, dzięki czemu w latach 90tych widzowie na salach kinowych mogli zaobserwować morfowanie androida w Terminatorze, czy dinozaury w Parku Jurajskim. 

Gry nie gęsi, swoją historię mocapu mają….czy jakoś tak….

Warto zwrócić uwagę na fakt, że wspomniana wcześniej rotoskopja została wykorzystana w kreacji animacji do gry Karateka(1984r.) oraz pierwszego Prince of Persia(1989r.), a faktyczne użycie motion capture datuje się na 1994r w Virtua Fighter produkcji Yu Suzumi, gry wydanej przez firmę SEGA oraz Rise of Robots produkcji Warner Bros. 

Zanimowane zostały jednak same ciała. Pierwsza całkowicie wygenerowana postać od stup do głów wraz z mimiką twarzy została wprowadzona w filmie STAR WARS I (1999r.), gdzie znienawidzony przez większość fanów Jar Jar Bings z elementów ludzkich posiadał tylko głos oraz ruchy. 

W grach  komputerowych, wysokiej jakości ekspresje twarzy mogliśmy zauważyć na przełomie 2010 roku w połowie żywota 7dmej generacji konsol. Wtedy co raz to więcej studiów deweloperskich korzystało z odwzorowania ruchów również głowy. Rewolucją okazały się L.A Noire (2011r.) produkcji Rockstar Games, Heavy Rain( 2010r.) produkcji Quantic Dream, czy seria gier Uncharted(2008r.) produkcji Naughtydog. To te tytuły wyznaczały nową jakość odwzorowania mimiki w grach komputerowych. Kolejne kroki były ewolucją ówczesnych rozwiązań.

Jak działa motion capture?

Sposobów na odwzorowanie ruchu jest wiele, ale najważniejszy jest efekt końcowy, który widzi odbiorca. Widz gołym okiem nie jest w stanie odróżnić techniki w jakiej zrealizowany został motion capture. Najczęściej jednak obraz jest składową wielu technologii złączonych w jedną.  Dzisiejsze kamery są w stanie śledzić ruch obiektów za pomocą obserwowania różnicy w kontraście kolorów  – uproszczając na takiej zasadzie działa tryb „autofocus” znajdujący się nawet w budżetowych smartfonach. Te jednak nie posiadają czujników podczerwieni, które zamieszczane są w studiach „mocapowych” zarówno na specjalnych hełmach śledzących mimikę czy na całej powierzchni „planu filmowego” w celu odnalezienia obiektu w przestrzeni na której się znajduje. To dzięki takim sensorom, byłem w stanie usiąść na skrzynce, która w świecie wirtualnym okazała się być kanapą( materiał pokazujący moje doświadczenia z mocapem poniżej – możecie zobaczyć jak się wygłupiałem). 

 

Podczerwień odnajduje mnie w przestrzeni, a specjalne markery( białe gałki zaczepione na całym moim ciele) pozwalają na wygenerowanie dokładnego szkieletu, który reprezentuje moje ciało w komputerze. 

Czytając ten tekst weźcie pod uwagę fakt iż nie jestem specjalistą od motion capture, a pasjonatem gier komputerowych oraz półprofesjonalnym filmowcem, dlatego nie zdradzę wam wszelakich tajników tej technologii, a moja historia jest znacznie uproszczona. W celu przybliżenia wam świata animacji przeprowadziłem rozmowę z Adrianem Perdjonem – prezesem studia BONES, które zajmuje się produkcją mocapu dla największych domów mediowych czy deweloperów gier komputerowych w całej Polsce jak i na świecie. 

Wywiad z Adrianem Perdjonem – prezesem studia Bones

Bartek:

Adrian. Skoro w dzisiejszych czasach filtry na instagramie są w stanie śledzić ruchy naszej twarzy, a nawet ciała nakładając na nie dodatkowo specjalne animacje/obrazy, to czy oznacza to, że mocap możemy wykonać w domu? 

Adrian: 

Narzędzia z których korzystamy w studiu motion capture są prosto mówiąc w znacznym stopniu bardziej skomplikowane. W przypadku rejestracji mimiki, mamy więcej punktów referencyjnych, które rejestrujemy, odpowiadając jednak na twoje pytanie, jesteśmy w stanie w domu rozpocząć swoją przygodę z mocapem, ponieważ obecnie na rynku mamy na rynku dwa budżetowe kombinezony immersyjne z czujnikami przypiętymi do ciała. 

Bartek:

Ile taka zabawa kosztuje? 

Adrian: 

Jeden kosztuje 1500$, drugi 2500$ i to są najtańsze rozwiązania wykorzystujące tego typu narzędzia.

Bartek:

Są jakieś tańsze substytu…

Adrian: 

ALE istnieje oprogramowanie EYEPETsoft, które pozwala na użycie starych kamerek od PlayStation 3 – one kosztują około 30 złotych na rynku wtórnym. Stawiasz takich pięć, ubierasz się na czarno, ustawiasz kamery na białą ścianę i w taki oto sposób jesteś w stanie zrealizować swój pierwszy domowy mocap. 

Bartek:

Nie potrzeba do tego sensorów( białych kulek przyczepianych do kombinezonu)?

Adrian:

Tak! Wystarczy czarna piżama albo jakieś getry. Chodzi o to byś kontrastował się od ściany. Kamery rejestrują obraz i w taki sposób tworzą szkielet.

Bartek: 

Co z kinectem? Z tego co pamietam kamerka od xboxa 360 pozwalała nie tylko na granie w gry ruchowe, ale studenci politechniki wykorzystywali ją do tworzenia sensorów do robotów. To dość zaawansowany sprzęt, wykorzystujący podczerwień w celu wykrycia odległości użytkownika od kamery.

Adrian:

Obecnie wspomniane wcześniej oprogramowanie pozwala na rejestrację obrazu z dwóch kinectów. 

Motion capture w domu vs w studiu

Bartek:

Skoro tak to czy takie kamery wykorzystujecie w swoim studiu? 

Adrian:

Technologia jest podobna, ale te czerwone światełka, które widzisz wokół siebie to nie są ozdoby, a kamery optyczne-pasywne. Kamera nie widzi cię jako Ciebie, a chmurę kulek w przestrzeni, ponieważ do sensorów zamieszczonych na twoim ciele wysyła wiązki światła podczerwonego, który się odbija od sensorów po czym wraca do kamer.  Mając 61 kamer, każda śledząca Ciebie z osobna, jesteśmy w stanie stworzyć idealny obraz reprezentujący twój ruch. To jest różnica między systemem pasywnym, a immercyjnym. Ruch względny i bezwzględny. Względny pozwala na dokładne odwzorowanie ruchu, a bezwzględny na „moonwalka”. Ten ruch jest w slowmotion i w nim „ pływasz”.

Czynnik ludzki czyli aktorzy w motion capture

Bartek:

Skoro wiemy jak działają technikalia, to co z czynnikiem ludzkim? Jak branża wyglada z perspektywy aktorów? 

Adrian: 

Z aktorami jest problem, ponieważ nie wszyscy są anglojęzyczni, a tego typu produkty są przygotowywane pod rynek światowy.

Bartek:

Czyli w studiu mocapowym nie nagrywa się tylko ruchu ale i „voice over”? 

Adrian:

Ich mimika (aktorów) również musi odwzorowywać ruchy anglojęzyczne, jak i musimy mieć referencyjny materiał źródłowy pod który dalej aktor dubbingowy podłoży głos. Polscy aktorzy oczywiście grają z akcentem, ale ważne jest również odegranie mimiki. Mając performance, mamy ruch, emocje oraz głos, gdzie dalej amerykańscy aktorzy mogą mieć lepsze źródło inspiracji. To bardzo ciekawie wygląda, gdy znasz oryginał, a potem oglądasz finalną wersję. 

Bartek:

To oznacza, że na miejscu są również reżyserzy?

Adrian:

Tak. Na miejscu są również reżyserzy, którzy korygują akcję. 

Bartek:

Ale głównie realizujecie produkcje do gier?

Adrian:

Tak. Żyjemy głównie z gier, reklama to mały projekt, a gra trwa dwa/cztery lata. 

Musimy zrealizować podstawowe animacje jak ruchy postaci, ale również cutsceny( wcześniej wyprodukowane animacje na silniku gry, w których gracz ogląda film bez możliwości interakcji). To wieloletni proces nad animacjami. Dziennie potrafimy nagrać 150 animacji z aktorem, ale finalna postprodukcja trwa kilka miesięcy. 

Proces nagrywania gier

Bartek:

Skoro proces jest tak czasochłonny to jak wygląda praca z deweloperami gier? 

Przychodzą z prośbą pt. „ Zróbcie mi mocap”! Co dalej? 

Adrian:

To dobre pytanie. Z gamedevem jest tak, że na szczęście klient wie czego chce. 

Najczęściej dostajemy już na starcie listę animacji i schematyczne/szablonowe surówki cutscenek czyli „animatiki”  oraz dostajemy reżysera wraz z konceptami postaci. Na postawie konceptów dobieramy odpowiednich aktorów na castingu, po czym na próbach kreujemy proste gesty, które potem łączymy w bardziej skomplikowane animacje. 

Bartek:

Dziękuję Ci Adrian za przybliżenie naszym czytelnikom technikaliów jak i procesów twórczych w produkcji motion capture. Mam nadzieję, że ten artykuł zainspiruje czytających go graczy do poszerzenia wiedzy na temat omawianej dziś branży.

Adrian: 

Też mam taką nadzieję i była to dla mnie przyjemność.

 

Udostępnij: Co to motion capture? W ten sposób aktorzy stają się wirtualni.

Reklama

Ekipa Orange z bliska – poznajcie Michała

11 grudnia 2020

Ekipa Orange z bliska – poznajcie Michała

Obiecałam Wam tu na blogu przybliżyć sylwetki członków naszej Ekipy Orange. Są z nami już dwa lata, a ostatnio zadebiutowali nawet w świątecznej kampanii Orange w telewizji, więc to już chyba czas najwyższy zdradzić Wam trochę ich sekretów. 😉 Tydzień temu mieliście szansę poczytać więcej na temat naszej jedynej dziewczyny w składzie Ekipy – Ulki Woźniakowskiej. Dziękuję za tak ciepły odbiór, bo to był w życiu blogowym mój pierwszy wywiad. Ale skoro się przyjęło, to idziemy dalej i dziś na ławkę przesłuchań trafia Michał Dudziński, który jest z nami jak Ulka od samego początku. Michał jest aktywny w mediach społecznościowych, gdzie możecie go podglądać na prywatnym kanale na Instagramie. Z wykształcenia aktor, który zarządza najmniejszym teatrem świata w mediach społecznościowych. Zawodowo zajmuje się castingami np. do seriali. Czasem też w nich grywa. Kocha podróże, zdrowy styl życia, dobre jedzenie, ale żeby Wam dozować emocje (jak w klasycznym filmie Hitchcocka) zacznę od najbardziej szokującego wyznania – Michał jest AFOLem! 😉

Świat z klocków

Stella: Michał, no to po takim wstępie pytanie nasuwa się samo. Kim jest AFOL?

Michał: To dorosły, który bawi się klockami LEGO. Ale to nie ja. Nigdy nie powiedziałem, że jestem dorosły.

S: Oj tak, bo niby widziałam datę urodzenia w Twoim paszporcie, ale potwierdzam, że żyjesz zgodnie z zasadą „Never grow up!”, co jest bardzo pozytywnym podejściem do życia, którego ja się na razie uczę. To jeszcze pozostając w temacie LEGO opowiedz wszystkim czym jest prowadzony przez Ciebie najmniejszy teatr świata i co się w nim dzieje na co dzień?

M: Na szczęście pandemia i lockdown ominęły mój teatr szerokim łukiem. Odwiedzając go nie trzeba zakładać maski ani zachowywać dystansu. Mojego miasta LEGO Covid na szczęście nie odwiedził. Teatr LEGO to mój autorski projekt – świat, który mieszka w mojej głowie. Od zawsze marzyłem, żeby zostać aktorem. Pochodzę z dosyć małej miejscowości w której hasło „teatr” kojarzone było z chałturami, pseudo spektaklami wystawianymi w salach gimnastycznych w szkołach lub domach kultury. Do najbliższego teatru miałem ponad 100km, nie mogłem sobie pozwolić na częste wizyty, a żyła wciąż we mnie jakaś taka wielka tęsknota i przyciąganie do tej instytucji. To były czasy, kiedy w polskich domach zaczęto zakładać pierwszy internet, stałe łącze, które nie naliczało już opłat jak modem telefoniczny. Całymi nocami siedziałem w internecie przeglądając strony wszystkich teatrów w Polsce i oglądałem zdjęcia ze spektakli. To mnie czarowało. Nie miałem dostępu do teatru, więc to musiało mi wystarczyć. Bardzo mnie kręciła scenografia, kostiumy, światła, ujęcia… aż pewnego razu zacząłem się bawić w teatr klockami LEGO (tego nigdy w domu nie brakowało, a pierwsze zestawy były z Pewex’u). Zacząłem układać jakieś scenki, bawić się światłem. I coś mnie natchnęło, żeby zacząć robić zdjęcia. Zabawa ewoluowała. Zbudowałem dioramę, czyli miniaturę profesjonalnej sceny, zacząłem przerabiać ludziki, rozpisywać ujęcia, projektować światła. Zdąża mi się „zrobić spektakl” na podstawie popularnych dramatów, natomiast większość historii jest wymyślana przeze mnie. Teksty i dramaty, które są w mojej głowie, ale nigdy ich nie napiszę, bo nie umiem pisać. Umiem je jedynie pokazać na zdjęciu. Bawię się tak od jakiegoś 17 roku, czyli przez pół życia.

 

Na co dzień

S: Jak wspomniałam na wstępie wiem, że zdarzało Ci się pojawiać w serialach czy programach telewizyjnych. W czym mogliśmy Cię zobaczyć i pracę, na planie którego z nich wspominasz najlepiej?

M: Właśnie sobie uświadomiłem, że pracuję w zawodzie od 14 lat. Debiutowałem w Teatrze Słowackiego w Krakowie, w tym samym roku w którym dostałem się na Wydział Aktorski w Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Przez ten czas zagrałem kilkadziesiąt ról w filmach, serialach i teatrze. Większych i mniejszych. A epizody zagrałem chyba w co drugim polskim serialu, z tych, które powstały od 2006 roku. 😉 Co do wspomnień z planu – nie zawsze te najprzyjemniejsze przynoszą te najlepsze efekty. Niestety zapamiętuje zazwyczaj te złe. Z jednym bardzo „modnym” reżyserem wspominam pracę koszmarnie. Nie wiem czy chciałbym z nim jeszcze kiedykolwiek współpracować. Oczywiście efekt pracy był taki, że usłyszałem, że to chyba moja najlepsza rola.

S: Aktor/ aktorka, którzy są dla Ciebie autorytetem w dziedzinie warsztatu zawodowego?

M: Nie miałem nigdy autorytetów. W żadnej dziedzinie życia.

S: Ulubiony serial, do którego chętnie wrócisz ponownie to?

M: „Sense8” na Netflix rodzeństwa Wachowskich. Widziałem ponad 10 razy. Dziwny serial. Ma swoich wyznawców jak i przeciwników. Jest w nim pewien rodzaj wrażliwości, emocjonalności, tęsknoty i samotności, której nigdy nie spotkałem na ekranie. Zakochałem się od pierwszej sceny, w której (uwaga spoiler, ale to pierwsza scena przypominam ;-)) Daryl Hannah popełnia samobójstwo. Ma elementy fantastyki i kręcony jest na wszystkich kontynentach. To był najdroższy serial w historii Netflixa. Po drugiej, niedokończonej serii, Netflix nie zrobił trzeciego sezonu. W wyniku petycji fanów po dwóch latach został nakręcony Finale Episode. I uwaga – przez jeden dzień oddychałem tym samym powietrzem co ósemka głównych bohaterów. Jeżeli ktoś jest spostrzegawczy może mnie wypatrzy w 1/3 sekundy na ekranie w odcinku finałowym Sense8. To była najmniejsza rzecz jaką kiedykolwiek zagrałem. Nawet ciężko to nazwać „graniem”, ale to był chyba mój najpiękniejszy dzień na planie zdjęciowym.

S: No też coś. Zawsze myślałam, że Twój najpiękniejszy dzień na planie zdjęciowym to ten, w którym kręciłeś pierwszą reklamę telewizyjną dla Orange. 😉 Ok, to wiemy już co robisz zawodowo w życiu równoległym do mediów społecznościowych. Ale śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że Twój kanał na Instagramie, to również miejsce pracy. Opowiesz nam o swoich początkach i pierwszych krokach w Internecie? Skąd pomysł, żeby tam się pojawić i kiedy to było?

Wielki świat influencerski

M: Zaczęło się 5 lat temu. Nie planowałem tego. Po tym jak straciłem ukochaną pracę we Wrocławskim Teatrze Współczesnym wylądowałem w Warszawie. Rzeczywistość była dla mnie bardzo trudna. Nie mogłem znaleźć pracy w zawodzie. Przez przynajmniej rok znajomi namawiali mnie, żebym założył konto na Instagramie, bo to będzie dla mnie najlepszy i darmowy PR. W końcu założyłem. Bylem bardzo aktywny. Wierzyłem, że Insta pomoże mi w rozkręceniu wizerunku aktorskiego i znalezieniu roli. Oczywiście tak się nie stało. Przeobraziło się to w (nie lubię tego słowa) bycie influencerem. Nie mówię, że jest to złe, bo jest bardzo przyjemne. 😉 Chodzi mi o to, że mój kanał miał mieć w założeniu zupełnie inny cel. Prowadzenie profilu zajmuje mi mnóstwo czasu. Przy codziennym publikowaniu jednego wpisu/ zdjęcia mogę to porównać z pracą na pełen etat. Lubię to, pomimo tego, że często przechodzę Instagramowy kryzys, bo pracuję na swój wizerunek. Dodam również, że Instagram nigdy nie był i nie będzie celem. Jest tylko drogą do celu, narzędziem do budowania personal brandingu.

S: Ja potwierdzam, że dopiero przy Tobie zrozumiałam jaka to praca wstawić jedno zdjęcie. Do tej pory jak potrzebowałam jednego zdjęcia, to tylko jedno robiłam. Kiedy pojechaliśmy w lutym do Wietnamu i poprosiłam Cię o zrobienie mi zdjęcia, to dostałam… ponad 20. 😉 Ale teraz już rozumiem, że musisz mieć z czego wybierać, a czasem tego ujęcia nie da się już powtórzyć, bo jesteś w innym miejscu i czasie. Ale wracając do naszej rozmowy – czy masz jakieś dobre rady dla kogoś kto stawia w świecie social media pierwsze kroki?

M: Twórzcie ciekawe treści, dajcie ciut serca, pokażcie to, czego nie widzą inni i róbcie jakościowe zdjęcia. Najtańszym smartfonem można zrobić perełki. Content jest ważniejszy od ilości followersów.

S: To pozostając jeszcze chwilę w temacie pracy – jakie jest Twoje największe zawodowe marzenie? Gdzie widzisz się za kilka lat i co dawałoby Ci poczucie, że robisz to, co kochasz?

M: Chciałbym wrócić na stałe do zawodu. Grać w dobrym teatrze, mieć stałą rolę w serialu, a pomiędzy spektaklami, a serialem jeździć na plan zdjęciowy do filmów fabularnych. Mam takie przyziemne marzenia. Kiedy pracuję w zawodzie jestem po prostu szczęśliwy.

Życie na walizkach

S: To trzymam za to mocno kciuki. A teraz płynnie przejdźmy z pracy do czasu wolnego. Wiem, że uwielbiasz podróżować. Który kraj zapamiętasz najbardziej i dlaczego?

M: Mam swoje trzy ukochane kraje, do których na pewno wrócę: Brazylia, Tajlandia i (pomimo wielu kontrowersji) Singapur. Dlaczego akurat te? Brazylia, a konkretnie Rio de Janeiro – niepowtarzalny latynoski klimat, pazur, oddech, dusza. Do tego 40stopniowy upał, lodowaty ocean z wysokimi falami i przepyszne drinki na bazie świeżych owoców. I najpiękniejsi ludzie na świecie. Z kolei do Tajlandii wrócę za widoki, luz, przepyszne jedzenie, lokalne produkty i ciepło. A Singapur – państwo miasto, to z jednej strony królestwo zakazów, gdzie wielu rzeczy nie wolno, ale czułem się tam paradoksalnie wolny i bezpieczny jak nigdzie. To też multikulturowość i widoki jak z kosmosu.

S: A jakie kraje przed Tobą, czyli co masz na swojej liście „Wyprawy marzeń”?

M: Lubię uciekać z Polski, kiedy u nas jest jesień i zima. Omijam depresję jak tylko się da. Od dziecka marzy mi się Japonia, ale Japonia ma wiosnę i lato w tym samym czasie co Polska, więc jakoś nigdy się nie zgrało. Nie specjalnie mnie kręci Afryka. Uwielbiam Azję i Amerykę Południową. Chciałbym być teraz w Argentynie, tam jeszcze nie byłem. Niestety granice są zamknięte. BTW – Czy czytelnicy wiedzą, że zadajesz mi teraz pytania z Polski, a ja jestem w Meksyku? 😉

S: O, faktycznie, nie wspomniałam o tym, że pracujemy na odległość. W sumie od marca to jakby nic nowego, tym bardziej, że biuro można mieć gdzie się chce, byle był dobry internet i mała różnica czasu. Ja pracowałam już na przykład z Berlina i bardzo ten model pracy polecam – 8-10 godzin w pracy, a popołudnia i weekendy na eksplorowanie miasta. Teraz na co dzień mam calle np. z Reykjavikiem (pozdrawiam Dominikę! ;-)). Niesamowite jak ten rok zmienił naszą pracę i czasem zastanawiam się czy jeszcze kiedykolwiek (w czasach „po wielkiej zarazie”, kiedy się zaszczepimy i zyskamy zbiorową odporność) wrócimy do modelu pracy 5 dni w biurze. Myślę, że ten czas pracy z domu wielu niedowiarkom udowodnił, że jesteśmy równie (o ile nie bardziej) efektywni i przełożony nie musi mieć cię na oku, żebyś wykonał swoje zadania. Ale wracając do Ciebie w Meksyku – tu nam dochodzi jeszcze różnica czasu. I tak na przykład prawie każdy dzień witam „nocnymi” wiadomościami od Michała. Za oknem szara depresja, a Ty mi nagrywasz filmiki z białej szerokiej plaży spod palmy.  😉 A teraz temat, który pewnie wszystkim doskwiera od dłuższego czasu. Od marca nasze życie wygląda zupełnie inaczej. Jak już wspomniałam pracujemy z domu. Mniej podróżujemy. Mniej się spotykamy. Co Tobie w pandemii najbardziej dało w kość?

Czas wielkiej zarazy

M: Paradoksy. Rozumiem, że jest niebezpiecznie, musimy uważać, ale paradoksy zniszczyły mnie kompletnie. Największym paradoksem było zamknięcie siłowni. Jak mówi przysłowie „w zdrowym ciele zdrowy duch”. Siłownie naprawdę przestrzegają reżimu sanitarnego. Na ogromnych przestrzeniach ćwiczyła garstka ludzi. Ryzyko zarażenia się było tysiąc razy mniejsze niż np. w supermarkecie. Chorzy ludzie nie chodzą ćwiczyć, bo dbają o swoje zdrowie, natomiast chorzy chodzą do supermarketów. Po zamknięciu siłowni myślałem, że zwariuję. Zacząłem źle się czuć, dostałem depresji, aż w końcu uciekłem z Polski.

S: A czy ten „inny” czas przyniósł też jakieś dobre zmiany w Twoim życiu? Podam Ci przykład. Ja nauczyłam się mniej przejmować, bardziej skupiać na sobie i być większą egoistką jeśli chodzi o to, czego ja chce i jakie mam potrzeby. I o dziwo te potrzeby stały się mniej materialne. Dziś zamiast nowej sukienki wolę bilet na samolot, a zamiast wizyty u fryzjera (nie to, że się zapuściłam 😉) czas spędzić na wartościowej rozmowie (niestety głównie przez telefon). Ten czas pokazał mi też kim są ludzie wokół mnie. Nie każdy zdał egzamin na przyjaciela (choć ta ławka i tak była dość krótka), ale co ważne wolne miejsca na mojej ławce zapełniły się nowymi, bardzo wartościowymi osobami. Tą metaforą daję Ci znać, że siedzimy na tej ławce razem, co jest dla mnie mocno zaskakujące, bo w „poprzednim” życiu starałam się mieć dwie ławki: zawodową i prywatną. Ale rozgadałam się, jakby to było moje show, a przecież dziś gwiazda jest tylko jedna (Mówiłam Ci już, że moje imię w tłumaczeniu na polski to gwiazda? 😉). Dlatego wróćmy do pytania – jest coś, za co chcesz podziękować losowi po tych 8 miesiącach?

M: Za Ciebie i za nasz wspólny home office w moim LEGO mieszkaniu. Innych plusów niestety nie widzę. Mam wrażenie, że przez ten czas nie rozwinąłem się w żaden sposób.

S: To szybko tłumaczę czytelnikom hasło „wspólny home office”. Oboje mieszkamy w Warszawie. I był taki moment, kiedy dotarło do nas, że dużo lepiej pracuje się, kiedy obok jest żywy człowiek, z którym można zderzyć myśli, wypić kawę czy razem zjeść lunch. Także mniej więcej raz w tygodniu pracowałam od Michała. Często to wyglądało tak (za co Cię Michał przepraszam, ale służba nie drużba), że się właściwie mijaliśmy i ja jadłam przy laptopie, przy którym pojawiały się tylko stawiane przez Michała kubki ze świeżą kawą, a jak miałam 5 minut przerwy, to nagle okazywało się, że jestem w domu sama, bo Michał poszedł po zakupy czy na siłownię, ale i tak świadomość, że obok jest ktoś bardzo mi pomagała. Ale wracam do naszej rozmowy i pytanie z kategorii telco (bo w końcu spotykamy się na łamach bloga telekomunikacyjnego) – Twój telefon marzeń to?

Kategoria „Telekomunikacja”

M: Od zawsze najważniejszy byl dla mnie aparat. Uwielbiam robić zdjęcia smartfonem. Idealny powinien mieć przynajmniej 4 obiektywy z tyłu i dwa z przodu. Do tego bardzo wysoka rozdzielczość i pamięć operacyjna. Nie może się zacinać, szczególnie przy robieniu zdjęć. Zdjęcie powinno być robione przynajmniej z dwóch obiektywów, bo dla mnie bardzo ważne jest używanie funkcji przysłony! Wszystko na androidzie, bo do jabłka raczej nigdy się nie przekonam. I teraz wisienka – nie podam marki, ale idealnie by było gdyby mój idealny telefon obsługiwał usługi Google. 😉

S: To już chyba wszyscy wiedzą jakiej marki masz telefon. 😉 Ja potwierdzam, że wszystkie moje najładniejsze zdjęcia robił telefonem Michał. Ale pozostając w kategoriach telefonicznych – wolisz zadzwonić czy napisać?

M: Pisać. Nie znoszę siedzieć i gadać na telefonie. Dzwonię jedynie wtedy, kiedy potrzebuję pilnej odpowiedzi.

S: Przed „wielką zarazą” miałam podobnie. Ploteczki przez telefon, to nie była moja bajka. A teraz się to lekko zmienia. Może przez to, że jestem zwierzęciem stadnym, to jakoś sobie tymi rozmowami rekompensuję brak żywych istot obok. Michał, to czego Ci życzyć na koniec naszej rozmowy?

M: Przecież wiesz, że kryształowej kuli Tańca z Gwiazdami, rozszyfrowania Agenta i tytułu polskiego LEGO Master 🤪

S: O tak, potwierdzam, że to prawdziwe marzenia, a nie żarty. Także jeśli czyta nas ktoś decyzyjny z Polsatu – halo, mam dla Was kandydata! 😉 Michał, bardzo dziękuję za poświęcony czas i otworzenie się przed naszymi czytelnikami.

Jeśli ktoś z Was ma niedosyt, to oczywiście niech pyta w komentarzach. A kolejny wywiad już za tydzień. Porozmawiam wtedy z Bartoszem, czyli jednym z trzech nowych członków Ekipy Orange. A może jego chcecie o coś zapytać? Śmiało piszcie w komentarzach, a ja będę go przesłuchiwać w Waszym imieniu. I do przeczytania/ zobaczenia za tydzień! 😊

Udostępnij: Ekipa Orange z bliska – poznajcie Michała

Reklama

Ekipa Orange z bliska – poznajcie Ulkę

4 grudnia 2020

Ekipa Orange z bliska – poznajcie Ulkę

Ja wiem, jeszcze trochę, a powiecie, że ze mną można tylko w kółko na jeden temat i to robi się nudne. Ale jak człowiek dorobi się dziecka (choć to dziecko ma dużo rodziców – Tomek, Dominika, Aneta, Gosia dzięki za wspólne potomstwo, które wyjątkowo nam się udało 😉) i ów potomek wypływa na szerokie wody zasięgów telewizyjnych, to ma się ochotę obdzwonić wszystkich krewnych, przyjaciół i koleżanki z pracy, żeby się pochwalić. Spieszę wytłumaczyć tą skomplikowaną metaforę. Nasze dziecko to oczywiście Ekipa Orange, czyli osoby, które przejęły już prawie dwa lata temu kanały Orange Polska w mediach społecznościowych.

I powiem Wam, że radzą tam sobie bardzo dobrze, bo Ekipa Orange, to nie tylko coraz lepsze wyniki naszych kanałów, nagrody (choć to nie dla nich człowiek żyje), ale ostatnio też nowy format reklamowy Orange Challenge, w którym Ulka i Michał wcielają się w rolę hostów i rzucają wyzwania. Jak choćby to, w którym prosimy Was o zapakowanie świątecznych prezentów tak, żeby swoim kształtem przypominały coś zupełnie innego. No i na fali tej rosnącej popularności zaczynam dziś cykl wywiadów z naszymi gwiazdami, aby przybliżyć Wam wszystkich pięciu członków Ekipy Orange. Na dobry początek na warsztat biorę Ulkę. W Ekipie od samego początku. Ona sama i czterech facetów i choć, to może onieśmielać, to Ulka radzi sobie z nimi zadziwiająco dobrze. Część z Was zna też jej lifestylowe oblicze z konta na Instagramie o nazwie Mymoodbook. Ale żeby nie przedłużać, oddaję głos naszej dzisiejszej bohaterce i strzelam pierwszym pytaniem.

Przeszłość

Stella: Zacznę klasycznie. Jak w prawdziwym show łowcy talentów. 😉 Skąd do nas przyjechałaś? Opowiedz nam coś o sobie.

Ulka: (perlisty śmiech XD) Do Warszawy przyjechałam z Krakowa jakieś 9 lat temu. Urodziłam się w Krakowie, ale płynie we mnie również góralska krew. Mój dziadek od strony mamy był rdzennym góralem, moja babcia była z Warszawy i razem z dziadkiem mieszkali w Bukowinie Tatrzańskiej. Spędziłam tam połowę swojego dzieciństwa. Z kolei krakowska część mojej rodziny od strony taty posiada dom w Zakopanem, więc można powiedzieć, że zarówno poprzez mamę jak i tatę związana byłam z górami od samego początku. Panuje powszechne przekonanie, że Krakusy nie znoszą Warszawy, a według znanego żartu ulubionym miejscem każdego z nich jest Dworzec Centralny, bo można kupić tam bilet do Krakowa. No cóż, w takim razie jestem przedstawicielką mniejszości. 🙂 W Warszawie zakochałam się od pierwszego wejrzenia, kiedy odwiedziłam ją w wieku 5 lat. Wynika to chyba z faktu, że od dzieciaka fascynowały mnie wielkie metropolie najeżone wysokimi domami i tętniące życiem, jakże odmiennym od krakowskiego. Kraków to w porównaniu z Warszawą wielkie sanatorium (no może wyłączając wysoki poziom smogu ;-)), czas płynie tam zupełnie inaczej. Lekko kiczowaty obraz tego miasta przedstawiany przez rozmaitą literaturę, na kartach której zamyśleni krakowscy poeci przechadzają się plantami, a pisarze siedząc w Bunkrze Sztuki, zapisują drobnym maczkiem kolejne stronice swych brulionów lub dyskutują od rana do nocy na palące tematy sztuki, nie odbiega wiele od prawdy. Po pierwsze: Kraków to rzeczywiście miasto literatów. Po drugie: w Krakowie nie ma czegoś takiego jak szybka kawa, czy spotkanie na pół godziny. Tutaj – w przeciwieństwie do Warszawy- zawsze ma się czas. I może się to wydać dziwne, ale właśnie tego wielkomiejskiego pędu i szumu od zawsze mi brakowało.

 

Teraźniejszość

S: Patrząc na Twoje konto na Instagramie można odnieść wrażenie, że jesteś kolorowym przybyszem z innej planety, gdzie Polska nie przytłacza codziennością, gdzie ubrania nie kłują w oczy szarością i nudą i puszczasz do nas kolorowe oko z zawsze nienagannym makijażem, jesteś otoczona pięknymi ludźmi, dobrym jedzeniem i muzyką. Ale mimo Twojej dużej aktywności tam, to przecież pokazujesz nam może jeden procent swojego życia. Jakie ono jest naprawdę? Czym zajmujesz się na co dzień, kiedy nie jesteś influencerką z internetu?

U: To bardzo dobre pytanie ponieważ blogowanie i influencing, to mój jedyny zawód i często bardzo trudno zachować mi balans pomiędzy pracą, a prywatnym życiem. W przypadku social media jedno i drugie silnie się ze sobą wiąże. Oczywiście na Instagramie pokazuję tylko część siebie, buduję pewnego typu personę stworzoną tylko z niektórych moich cech. Jestem więc prawdziwa, ale nie odkrywam wszystkich kart.  Na profilu @mymoodbook moi odbiorcy widzą kolorową istotę, która kocha modę, techno, kosmetyki z wysokiej półki i dobre wino. Bo tym chcę się z nimi dzielić i one są fundamentem mojej online persona. O tym, że lubię chodzić po górach, że jestem choleryczką, że miewam depresyjne stany, że wydałam kiedyś książkę i jestem w trakcie pisania drugiej, że najbardziej na świecie boję się śmierci, ciemności i samotności, że chciałabym zwiać z Polski do Berlina albo Londynu i o wielu innych rzeczach mówię rzadko, bo nie po to stworzyłam @mymoodbook. Tworząc ten profil  postanowiłam przede wszystkim odciąć się od polskiej szarości i bylejakości i pokazać ludziom, że można inaczej. Że dlaczego zawsze szaro i „klasycznie” (Polacy sięgają po słowo „klasycznie” często i z lubością, definiując nim – jakże przez siebie ukochaną – modową nudę i beznadzieję) skoro można lepiej, ciekawiej, inaczej? Dostaję mnóstwo wiadomości od swoich obserwatorek (czasem też od obserwatorów), że jestem dla nich modową inspiracją. Część pisze, że podziwiają mój styl, ale jest dla nich zbyt odważny, część z kolei, że dodaję im odwagi i że właśnie kupili sobie coś o czym zawsze marzyli, ale bali się założyć. Takie wiadomości są na wagę złota i sprawiają, że rosną mi skrzydła.

S: No dobrze, to zajrzeliśmy już do codzienności Mymoodbook, a teraz przenieśmy się do Twoich marzeń – co jest największym?

U: Osobna garderoba (perlisty śmiech XD). W mieszkaniu, w którym mieszkamy ciuchy ledwo mieszczą się już na wieszakach, jeden ostatnio załamał się pod ciężarem ubrań. A tak serio, to poza marzeniami dotyczącymi ogółu ludzkości i stanu naszej planety, takie moje własne prywatne dwa, to: pies i wielkie mieszkanie, najlepiej penthouse, w samym centrum Warszawy. Tak, żebym co rano mogła witać dzień z widokiem na moje ukochane miasto. Jedno z tych marzeń spełni się już na wiosnę, na penthouse będę musiał jeszcze chwilę poczekać. XD

Marzenia

S: A Twoja praca marzeń?

U: To właśnie to, co robię: blogowanie, pisanie i prowadzenie konta na Instagramie. Jestem jednym z tych szczęśliwych ludzi, którzy robią zawodowo to, co sobie wymarzyli.

S: To teraz zmiana tematu. Jak ładujesz akumulatory?

U: Chciałabym odpowiedzieć, że idę na wystawę albo sięgam po ulubioną książkę. 😉 Niestety… Ładuję na zakupach, bo dają mi niezły zastrzyk endorfin (uwielbiam zakupy, jestem taką typową babą), przy mało wymagających serialach dla nastolatek (najlepiej coś o wampirach, wilkołakach i tym podobnych :D), ćwicząc balet (zaczęłam rok temu i jestem uzależniona) albo na techno rave’ach, które w czasie pandemii niestety odpadają.

S: Introwertyk czy ekstrawertyk?

U: Ekstrawertyk, zdecydowanie.

S: No to teraz kategoria „Kuchnia”. Bez jakich pięciu potraw nie wyobrażasz sobie spotkań z przyjaciółmi w ulubionych warszawskich restauracjach (jak już je w końcu otworzą)?

U: 1. Śniadanie w Charlotte (potraktujmy to jako jedną potrawę ;-))
2. Pizza w Cudach na Kiju
3. Ramen w Vegan Ramen Shop
4. Ostrygi w Koszykach
5. Kanapka z Green Coffee Nero, najlepiej z burakiem i bryndzą 🙂

Ze „Złotych Myśli” 😉

S: Pamiętasz prowadzone w szkole tzw. „Złote Myśli”? Czyli takie zeszyty, gdzie autor wymyślał pytania i kategorie i na kolejnych stronach każdy wpisujący musiał umieścić swoje odpowiedzi. Pytania były typu: ulubiony kolor, ulubiony przedmiot w szkole, czy masz chłopaka i czy mnie lubisz. To ja trochę pozostanę w tej konwencji i zapytam: Twoja ulubiona muzyka to? (i teraz czekam w napięciu czy zdradzi Wam wszystkim, czego słuchamy ostatnio w kółko i dla ułatwienia dodam, że nie jest to piękna i długa reklama jednej z firm biżuteryjnych).

U: Jasne, że pamiętam 🙂 U mnie w szkole nazywano to Pele Mele. Nie wiem dlaczego. 😉 Muzyka? Techno. I wiesz co jeszcze… Bo dziś dość nisko jest niebo XD

S: A kolor (bo przecież nie wypada tu pytać czy masz chłopaka)?

U: Wiadomo!! Różowy! (mam męża XD)

S: Podzielam miłość do różu. U mnie przyszło z wiekiem. I jeszcze cekin. 😉 To jeszcze powiedz mi kim chciałaś zostać jak chodziłaś do wspomnianej już podstawówki?

U: Nie pamiętam kim konkretnie, ale wiem, że przede wszystkim chciałam być sławna :D, więc pewnie aktorstwo by mnie usatysfakcjonowało albo pisanie poczytnych książek 😀 Wtedy jeszcze YouTube nie istniał, więc taki zawód jak YouTuber był poza zasięgiem mojej wyobraźni. Ale gdyby coś takiego istniało, to bycie YouTuberem też byłoby OK, bo przecież oni bywają sławni. XDDDD Nie wiem skąd się wzięło to moje umiłowanie sławy w wieku 8 lat, może większość dzieciaków tak ma?

Inny czas

S: A teraz pytanie poważne. Bo za nami wiele miesięcy innego życia. Mam na myśli oczywiście pandemię. Ja na przykład na początku cierpiałam, bo spotkania, podróże, imprezy i generalnie Żuławy Wiślane (czyt. depresja) oraz „Halo, gdzie jest moje życie?”. Jestem ekstrawertykiem i jak nie mam widzów, to nie ma teatru, do którego byłam przyzwyczajona. Ale po tych 8 miesiącach wiem, że to czas z wielu powodów dla mnie dobry – pokazał mi co jest w życiu ważne. Dziś wiem na przykład, że żaden lew nie traci snu przejmując się opinią owiec. I piszę to zupełnie serio, bo kiedyś traciłam noce na rozkminianie problemów, a dziś tracę je już tylko z Netflixem i HBO i przyznam, że to dość stabilny trójkąt. 😉 Z dobrych rzeczy przestałam też obsesyjnie kupować sukienki i buty – wiem, to błahe, ale dla mnie ogromy postęp. Kto mnie zna, ten wie. Był nawet kiedyś taki konkurs dla pracowników „Ile sukienek miesięcznie kupuje Widomska?”. Jak się domyślacie wygrało go Zalando. Ale to najważniejsze, co pokazał mi ten czas, to wartość prawdziwej przyjaźni. Ba, on mi zdefiniował przyjaciół prawie zupełnie na nowo i co ciekawe odnalazłam ich w bardzo nieoczywistych miejscach. Dziś jak w czasach „przed wielką zarazą” też zaczynam dzień od kawy z osobami, które są blisko mojego serca (ja zwykłam na nie mówić druga rodzina – ta z wyboru), a z kolei inne osoby, bez których w czasach „przed zarazą” nie wyobrażałam sobie życia zwyczajnie rozpłynęły się we mgle. I to cenna lekcja. Ale dość o mnie, bo to wywiad z Tobą. Z czym było Ci najciężej w pandemii, a co zmieniła w Tobie i Twoim życiu na lepsze?

U: Ja też przestałam kupować sukienki, ale zaczęłam… dresy 😀 Serio, nie mieszczą mi się już w szafie 😀 Takie oversizowe sety dresowe w jednym kolorze, bluza + spodnie, oszalałam na ich punkcie 😀 Co do samej kwarantanny, najciężej mi było (i nadal jest) zmagać się z własnymi myślami w czterech ścianach mojego mieszkania. Miewam i zawsze miewałam stany depresyjno-lękowe i w momencie, kiedy ograniczyłam wychodzenie do ludzi i ilość rozproszeń, musiałam zmierzyć się ze swoimi lękami sam na sam. Nie było knajpy, do której w każdej chwili mogłam pójść na wino (wszystkie knajpy zamknięte), nie było galerii handlowej, w której mogłam poprzymierzać fajne ciuszki (wszystkie galerie zamknięte), nie było kin, nie było teatrów. Było puste miasto i ludzie pozamykani w domach. Kwarantanna to bardzo duże wyzwanie dla tych, którzy zmagają się ze smutkiem i lękiem, ale podobnie jak Ty czuję, że była mi potrzebna. Pomogła mi lepiej poznać siebie, postarać się zrozumieć genezę i znaleźć źródło lęku oraz wypracować nowe mechanizmy obronne. Poza tym utwierdziłam się w przekonaniu, że najbardziej na świecie lubię spędzać czas ze swoim mężem. Kwarantanna bardzo wzmocniła nasz związek ☺

Kategoria „Telekomunikacja”

S: To ostatnie wyznanie i odkrycie szanuję. Częściej słyszałam jednak pandemiczne historie, w których ludzie nagle budzili się w obcym domu otoczeni obcymi, z którymi nie umieli już dawno rozmawiać i od których nie mieli jak i gdzie uciec. Ale idźmy dalej. Rozmawiamy dziś sobie na łamach bloga telekomunikacyjnego, więc służbowa przyzwoitość (ale i ciekawość) każe mi zapytać Cię o telefon marzeń.

U: Jest taki i będzie mój już w styczniu. iPhone 12 PRO Max. 🙂

S: Z Twoimi kolejnymi odpowiedziami odkrywam coraz więcej cech wspólnych – róż, telefon marzeń, no i to muzyczne niskie niebo (zdradzę czytelnikom – był taki moment, że uzależniłyśmy się od słuchania w kółko nowego kawałka Pezeta „Nisko jest niebo”, gdzie gościnnie pojawia się Kayah, a muzyka urodziła się w głowie Auera. Polecam, choć ostrzegam – silnie uzależnia!). No dobrze, ale  ostatnie pytanie. Moje ulubione z rozmów rekrutacyjnych. „Gdzie widzi się Pani za 5 lat?”.

U: Za pięć lat widzę siebie siedzącą w kawiarni na Manhattanie i piszącą strony kolejnej książki. Nie wiem dlaczego taki akurat obrazek maluje wyobraźnia, kiedy myślę o niedalekiej przyszłości, ale nie pozostaje mi nic innego jak wierzyć w to, że ta wizja skrystalizuje się w realu. 🙂 Bardzo bym tego chciała.

A ja bardzo Ci tego życzę. Jeśli się uda, to od razu zapowiadam swoją wizytę. Posiedzimy w tej kawiarni razem. Całe w różu. 😉 Ulka (zdradzę czytelnikom sekret – nigdy nie mówcie do niej Ula, bo nienawidzi  ) bardzo Ci dziękuję za naszą rozmowę. I słowa do tych, którzy dobrnęli do samego końca – jeśli czujecie niedosyt i chcecie Ulkę zapytać o coś jeszcze, to śmiało zadawajcie pytania w komentarzach, a ja będę je przekazywać naszej dzisiejszej bohaterce i odpowiadać na nie tutaj. A może macie od razu pytania do naszej kolejnej „gwiazdy” rubryki z wywiadami – Michała. To też piszcie śmiało.

Udostępnij: Ekipa Orange z bliska – poznajcie Ulkę

Obsługa i Relacje z Klientami

Podpisu z tabletu nie przeniesiesz metodą „kopiuj-wklej” – wywiad

27 stycznia 2020

Podpisu z tabletu nie przeniesiesz metodą „kopiuj-wklej” – wywiad

Umowy na tablecie możecie już podpisać we wszystkich salonach Orange. O tym jak były wdrażane, czy są bezpieczne i dlaczego są tak ważne przeczytacie w wywiadzie z Olgą Złotnicką, Dyrektor Zarządzania Łańcuchem Dostaw w Orange Polska.

Piotrek Domański: Dlaczego Orange zdecydował się umożliwić podpisywanie umów na tabletach, czy dobre papierowe rozwiązania nie były wystarczające?

Olga Złotnicka: Choć przysłowie mówi że papier wszystko przyjmie, są sytuacje, w których dokument elektroniczny sprawdzi się znacznie lepiej. Elektroniczny obieg dokumentów jest szybszy i  pewniejszy niż ten papierowy. W salonie Orange nadal można podpisać umowę w tradycyjny sposób, nadal można także wyjść z niego z plikiem dokumentów. Zachęcamy jednak naszych klientów, by korzystali z elektronicznego podpisu. W naszych salonach robi to już 9 na 10 klientów, a łącznie z salonami agencyjnymi obsłużyliśmy w ten sposób już ponad 760 tys. osób.

Jakie są korzyści z takiego rozwiązania?

Dla klientów to przede wszystkim wygoda związana z tym, że dokumenty są od razu na ich skrzynkach mailowych, a nie w teczce, którą trzeba zabrać do domu. Skraca to także czas konieczny na „papierową robotę”, zarówno w trakcie obsługi klienta, jak i na zapleczu salonu. Pozostawia to więcej czasu na rozmowę z klientem. Z kolei dla Orange podpisy na tabletach oznaczają na przykład mniej pomyłek. Często, gdy ruch w salonie jest duży konsultant może zapomnieć o jednym z wielu podpisów. W przypadku umów na tablecie system po prostu mu o tym przypomni. To także oszczędności – dokumenty podpisane przez klientów należy zebrać, zapakować, przewieźć do archiwów, rozpakować, zeskanować. Gdy umowa zostaje podpisana na tablecie tych czynności nie trzeba wykonywać.

Ile czasu minęło od pierwszego pomysłu do dzisiaj, gdy podpisać umowy można już we wszystkich salonach z logo Orange?

Pomysł narodził się w czerwcu 2017, a pod  koniec tego samego roku uruchomiliśmy pierwsze pilotażowe wdrożenie w dwóch salonach – w Miasteczku Orange oraz przy ul. Okrzei w Warszawie. Teraz  jest już ono dostępne w około 700 salonach z logo Orange. Kilka dni temu uruchomiliśmy ostatni – w Sadyba Best Mall w Warszawie.

Czemu między pierwszymi testami, a ostatnim wdrożeniem minęły blisko 2 lata?

Czas ten był niezbędny by przełożyć procesy, które wcześniej wymagały papieru na ich cyfrowe odpowiedniki. Jednocześnie dążyliśmy do zautomatyzowania i zoptymalizowania tego co było możliwe. Podpis na tablecie w salonie to dla nas sam początek. Kolejne kroki odbywają się z pomocą RPA, czyli Robotic Process Automation. Drugim ważnym powodem było zastosowanie najwyższych standardów bezpieczeństwa w całym procesie. Dokumenty naszych klientów muszą być bezpieczne.

Czym jest owe RPA?

To rozwiązania, wykorzystujące boty, które uzupełniają pracę człowieka, samodzielnie wykonując proste, niewymagające czynności. Nie wykazują się innowacyjnością, czy przebłyskiem geniuszu, za to są bardzo dokładne i nie popełniają błędów. Dzięki temu ludzie mogą zająć się pracą  bardziej kreatywną.

Czy to rozwiązanie jest bezpieczne? Przecież skopiowanie takiego podpisu z dokumentu nie jest chyba specjalnie trudne?

To bezpieczne rozwiązanie, na inne byśmy się nie zdecydowali. Skopiowanie tego podpisu metodą „kopiuj-wklej” nie zadziała.

Czy Orange wdraża inne podobne rozwiązania?

Tak, możemy podpisać e-umowę przez naszą stronę internetową. Kurier nie musi dostarczyć wersji papierowej.  To zupełnie nowe rozwiązanie, bardzo bezpieczne i cieszące się sporym zainteresowanie. Co ciekawe z takiej e-umowy można skorzystać także dzwoniąc do nas lub gdy my dzwonimy do klienta. Lubimy wyznaczać nowe trendy i kierunki na rynku.

Czy rynek, nie tylko telekomunikacja będzie szedł  w tą stronę, czy są jakieś ograniczenia, które powodują, że jeszcze przez wiele lat nie zobaczymy nic podobnego w innych miejscach?

Liczby mówią same za siebie. 9 na 10 klientów, którzy podpisujących umowy w salonie robi to na tablecie. Od wdrożenia e-umowy w Orange  skorzystało z niej ponad 70% klientów zamawiających usługi telefonicznie lub przez naszą stronę www.  Odsetek ten cały czas wzrasta. Sądzę, że kolejne sektory i branże także będą chciały iść w tą stronę.  Zapraszam do korzystania z naszych doświadczeń.

Udostępnij: Podpisu z tabletu nie przeniesiesz metodą „kopiuj-wklej” – wywiad

Sieć

Wywiad – co jest nam potrzebne do 5G… tego prawdziwego

28 marca 2019

Wywiad – co jest nam potrzebne do 5G… tego prawdziwego

Dużo ostatnio mówi się o 5G, zarówno tej bez przymiotników jak i z nimi (na przykład „Ready”), dlatego postanowiłem zadać jednemu z naszych ekspertów , którzy pracują w Orange nad rozwojem tej sieci przyszłości – Konradowi Dobrzynieckiemu kilka pytań. Wojtek zapowiadał go w swoim tekście na blogu. Od razu ostrzegam – jest sporo technicznego języka, dlatego na końcu znajdziecie linki do tekstów, w których wyjaśniłem najtrudniejsze zwroty.

Piotrek Domański – Co jest potrzebne by odpalić sieć 5G?

Konrad Dobrzyniecki – W tym momencie i najbardziej generalnie mówiąc: „aktywna antena”, łącząca w sobie antenę i moduł radiowy, sprzęt do 5G w stacji bazowej, smartfon lub router u klienta, częstotliwości, działająca sieć 4G do sygnalizacji i wsparcie dla 5G w sieci rdzeniowej i transmisyjnej operatora. To wymagania wynikające z pierwszego zdefiniowanego przez 3GPP i wdrożonego przez dostawców scenariusza, nazywanego Non-Standalone, w skrócie NSA. Zakłada on, że dla działania sieci piątej generacji będzie niezbędna również dodatkowa warstwa 4G. Ma ona za zadanie przenoszenie danych sygnalizacyjnych (np. zestawienie połączenia, zarządzanie połączeniem, przełączanie pomiędzy stacjami bazowymi).

Grafika ilustracyjna - wywiad 5G

PD – Czym się będzie różnić ten drugi scenariusz?

KD – Ten drugi scenariusz to Standalone, czyli SA. Zakłada on brak konieczności 4G, dane sygnalizacyjne przesyłane są po warstwie 5G. Niesie on również ze sobą zmianę architektury i wymaga wielu prac w sieci Core operatora. Chodzi o wdrożenie rozwiązań 5G-CN, czyli 5G Core Network. Co prawda standard SA jest już dostępny, niemniej jednak przyjdzie nam jeszcze chwilę poczekać na jego implementację w sprzęcie dostawców infrastruktury telekomunikacyjnej i terminalach użytkowników.

PD- Czym z technicznego punktu widzenia różni się sieć 5G od 4G?

KD – 5G to kolejna generacja sieci komórkowej. Postawiono przed nią kilka wymagań. Ma być szybsza – jej maksymalna prędkość, oczywiście w warunkach laboratoryjnych ma wynosić 20 Gb/s, podczas gdy w LTE było to maksymalnie 150 Mb/s. Mówię tutaj oczywiście o sieci LTE w pierwszej wersji, bez agregacji pasma, dzięki której można osiągnąć znacznie wyższe prędkości. Maksymalne opóźnienie w warunkach laboratoryjnych ma wynosić w sieciach 5G 1 ms, podczas gdy w sieci LTE – 30ms. Powinna ona także obsługiwać do miliona urządzeń na km2, podczas gdy LTE w podstawowej wersji, bez zastosowania LTE-M, maksymalnie 200. Założono także, że w sieci kolejnej generacji efektywność widmowa, czyli ilość danych które można przesłać w określonym paśmie radiowym ba być większa 3-4 krotnie niż w sieci 4G.

5G nie będzie tylko lepszym 4G

PD – A co Twoim zdaniem jest najważniejszą różnicą?

KD – Sieć 5 generacji w scenariuszu NSA to przede wszystkim zwiększenie prędkości przesyłania danych
i pojemności sieci, zmniejszenie czasu dostępu do usługi i bardziej stabilne połączenie. Użytkownicy 5G będą mogli korzystać z dużo lepszej jakości dostępu do Internetu, platform telewizyjnych oraz z dużo lepszych parametrów sieci szczególnie istotnych dla graczy. Tam, gdzie obecnie występują przeciążenia sieci 4G, zostaną dodane warstwy 5G na nowych częstotliwościach – gwarantujące podniesienie jakoś świadczonych usług.

PD – Czy zatem 5G będzie po prostu lepszym 4G?

KD – Na początku tak. Prawdziwą rewolucję przyniesie druga faza standardu 5G – 3GPP Release 16, która jest planowana na marzec 2020 roku oraz wdrożenie scenariusza SA. Oczywiście data Release 16 nie oznacza, że w tym samym momencie zaczną się zmiany – od publikacji 3GPP Release 16 do wdrożenia znajdujących się tam rozwiązań na pewno minie nieco czasu. Obie te zmiany pozwolą na kreowanie nowych usług dzięki technologii network slicing, umożliwiającej operatorowi tworzenia skrojonych na miarę sieci wirtualnych, specyficznych dla wymagań klienta. 5G uzyska możliwość oferowania usług o niezwykłej niezawodności i niskiego opóźnienia, czyli o parametrach wymaganych np. dla zdalnej kontroli infrastruktury krytycznej (opieka zdrowotna, operacje na odległość, kontrola i koordynacja dronów i wiele, wiele innych). Kolejna gałąź usług sieci kolejnej generacji związana będzie z możliwością masowej komunikacji różnego rodzaju sprzętu (samochody autonomiczne, automatyzacja w przemyśle, inteligentne miasta).

Lepszy rdzeń, lepsza „dosył”, lepsze anteny

PD – Co powoduje, że sieć 5G będzie bardziej efektywna niż sieć 4G ?

KD – Najkrócej mówiąc – postęp technologiczny. Jak w każdej dziedzinie przemysłu i nauki, jesteśmy w stanie wyprodukować coraz lepszy sprzęt i oprogramować go coraz bardziej wyrafinowanymi algorytmami. Tak samo jak z roku na rok użytkownicy sieci otrzymują coraz lepszego smartfona, ze zwiększoną liczbą pikseli w aparacie, podwojoną pamięcią oraz nowym systemem operacyjnym i aplikacjami, tak po stronie operatora sprzęt podlega ciągłemu unowocześnianiu, wprowadzaniu nowych funkcjonalności sieci.Przechodząc do konkretów, wiele rozwiązań stanowiących podstawę 5G pojawiło się już wcześniej, wiele jest jednak zdefiniowanych od początku. W pierwszej fazie do najważniejszych należą zmiany w interfejsie radiowym (5G NR – New Radio).

Przykładem niech będą aktywne anteny z technologią Massive MIMO (np. MIMO 32×32 lub 64×64). Polegają one na transmisji wielowiązkowej. W odróżnieniu do wcześniejszych standardów, gdzie jedna antena wytwarzała jedną wspólną falę radiową dla wszystkich użytkowników sieci komórkowej w danym sektorze, tym razem mamy do czynienia z „personalizowanym” sygnałem radiowym dla konkretnego odbiorcy. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy jest to antena z MIMO 4×4, najbardziej zaawansowana ze stosowanych w sieci 4G LTE Advanced. Dzięki Massive MIMO nasze urządzenia nie muszą odbierać niepotrzebnych sygnałów, a jedynie te które są przeznaczone dla nas.

W 5G pojawią się także zaawansowane warianty kodowania oraz modulacja 1024QAM.

PD – Kiedy w Polsce ruszy sieć piątej generacji?

KD – Na razie trwają testy. Jako pierwsi ruszyliśmy poza laboratorium w Gliwicach, potem były pierwsze testy w paśmie 26-28 GHz w Zakopanem z Ericssonem. Jednak poza testami trzeba mieć pasmo, na którym ta sieć mogłaby zostać odpalona. Z technicznego punktu widzenia można to zrobić na częstotliwościach, którymi już dysponują operatorzy, na przykład 1800, 2100, 2600 MHz, lecz wtedy ograniczymy pojemność sieci 4G, która obecnie z nich korzysta. Dlatego tak ważne jest rozdysponowanie częstotliwości, które zostały w Unii Europejskiej wytypowane do wdrożenia sieci kolejnej generacji – chodzi przede wszystkim o pasma 3,4-3,8 GHz oraz 26-28 GHz. Nie można także zapominać o polskich, restrykcyjnych normach PEM, które zadania nie ułatwiają. Bez ich dostosowania do poziomów bazujących na wytycznych WHO, które obowiązują w większości krajów świata rozwój sieci 5G może zostać skutecznie ograniczony. Siłą rzeczy niekorzystnie odbije się to na dostępności i jakości usług oferowanych klientom.

PD – Co jest dostępne, a co jeszcze musi się pojawić, by móc wdrożyć sieć 5G?

KD – Dostępny jest zatwierdzony standard 5G (3GPP Release 15, z grudnia 2018r.), na podstawie którego wdrożone zostaną pierwsze komercyjne sieci piątej generacji. Dostawcy są już gotowi, lub niebawem będą z wymaganym sprzętem oraz oprogramowaniem dla operatorów. Dla płynnego wdrożenia 5G brakuje częstotliwości oraz jednego, bardzo ważnego elementu układanki: terminali dla klientów. Pierwsze z nich pojawią się w połowie br.

Trudne słowa i teksty je wyjaśniające:

Więcej o 5G na blogu i w komunikatach prasowych pisaliśmy między innymi w tekstach:

 

Udostępnij: Wywiad – co jest nam potrzebne do 5G… tego prawdziwego

Dodano do koszyka.

zamknij
informacje o cookies - Na naszej stronie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z orange.pl bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza,
że pliki cookies będą zamieszczane w Twoim urządzeniu. dowiedz się więcej